Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam opasłe tomiska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam opasłe tomiska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 grudnia 2014

[91] Krucha jak lód

Tytuł: Krucha jak lód

Autorka: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 606


Jodi Picoult nie boi się trudnych tematów. Widziałam to już w „Bez mojej zgody”, zobaczyłam także tym razem, w powieści „Krucha jak lód” tej samej autorki.

W obydwu tych książkach możemy dostrzec wiele podobieństw. Nieuleczalnie chora dziewczynka, jej rodzeństwo, rodzice, próbujący poradzić sobie z opieką nad niepełnosprawnym dzieckiem, w tle proces sądowy, dzielący rodzinę. A mimo tego, każdą z tych opowieści czytało się inaczej, każdą inaczej się przeżywało.

O czym w takim razie jest „Krucha jak lód”? Główną bohaterkę, Willow, poznajemy poprzez to, co mówią o niej (a właściwie do niej) inni. To ona jest adresatką poszczególnych rozdziałów, w których każda z ważniejszych postaci dochodzi do głosu w pierwszoosobowej narracji. Willow ma pięć lat, wzrost trzylatki i dojrzałość przynajmniej dziewięcioletniej dziewczynki. Te odstępstwa od „normy” to wynik ciężkiej choroby – OI – wrodzonej łamliwości kości. W ciągu swego krótkiego życia miała kilkadziesiąt złamań, wywołanych czasem prze kichnięcie czy zwykłe, niezbyt mocne uderzenie o, przykładowo, klamkę. Ma problemy z chodzeniem, nie może zbyt często brać udziału w zabawach ruchowych, w czasie wolnym czyta więc i buszuje po internecie, szukając przeróżnych ciekawostek, których opowiadaniem wciąż zaskakuje otoczenie. Wychowywanie chorej dziewczynki, potrzebującej specjalnego fotelika do samochodu, całodobowej opieki, specjalnego wózka i aparatu ruchowego, bardzo obciąża finansowo rodzinę. Na zapewnienie godnej opieki i materialne zabezpieczenie przyszłości swej córki, matka Willow znajduje nietypowy, kontrowersyjny sposób. Będzie musiała zdradzić zaufanie swej najbliższej przyjaciółki, zaryzykować małżeństwo, oddalić się od starszej córki. Czy poświęci wszystko, by Willow żyło się lepiej?

Akcja nie toczy się zbyt szybko, to przecież książka obyczajowa, nie przygodowa. Powieść obfituje w retrospekcje, dzięki którym lepiej poznajemy życie Willow i jej rodziny. Jodi Picoult poświęca też sporo czasu na wyjaśnianie czytelnikowi czym jest wrodzona łamliwość kości. Widać, że dobrze przygotowała się do napisania książki i wie, o czym pisze. Wystarczy zerknąć na początkowe podziękowania dla ludzi, z którymi konsultowała się na ten czy inny temat.  Ponadto zagłębia się w psychikę swoich postaci, tak, by czytelnik mógł zrozumieć ich postępowanie. Skutkiem tego, zostaje on postawiony przed dylematami moralnymi, które trudno rozwiązać, gdzie każda ze stron konfliktu ma rację, a jednocześnie jest w błędzie. Gdzie tak naprawdę nie ma dobrego rozwiązania.

O postaciach mogłabym pisać naprawdę długo, bo są świetnie wykreowane, przemyślane, przede wszystkim „żywe” – ze swoimi zaletami i wadami, z problemami, lękami, marzeniami i nadziejami. Sama Willow jest uroczym, kochanym dzieckiem, którego nie da się nie lubić. Jej siostra, Amelia, to z kolei dojrzewająca nastolatka, która pozbawiona zbyt dużej uwagi otoczenia (bo otoczenie skupia się, rzecz jasna, na młodszej z dziewczynek), nie radzi sobie z własnymi emocjami i trudną sytuacją, w jakiej znalazła się jej rodzina. Mimo to, nie przestaje troszczyć się o młodszą siostrę, która ze swej strony kocha ją i podziwia.

Charlotte to matka, nie widząca życia poza swoim dzieckiem, kobieta, która zawsze będzie o nie walczyć. Jej mąż, Sean z kolei próbuje pogodzić życie zawodowe z rodzinnym i jednocześnie bardzo uważa, by przy opiece nad Willow, nie zaniedbać starszej córki. Jako małżeństwo, często mają odmienne zdanie na pewne sprawy, jednak ich miłość wydaje się być niezniszczalna.

Oprócz tego poznajemy także innych bohaterów, m.in.  Piper, przyjaciółkę, a zarazem lekarkę Charlotte, której życie zostaje nagle wywrócone do góry nogami  oraz prawniczkę, Marin Gates, borykającą się z własnymi prywatnymi problemami.

„Krucha jak lód” porusza wiele trudnych kwestii. Mówi o niepełnosprawności i stawia pytanie: czy życie wypełnione cierpieniem ma jakiś sens? Czy warto walczyć do upadłego? Podejmuje problem przyjaźni i lojalności, zwraca uwagę na zagubienie młodych ludzi w okresie dojrzewania. Opowiada także o  adopcji – czy można być zupełnie szczęśliwym, nie znając swej przeszłości i korzeni? Czy biologiczna matka, która nie chciała wychowywać swojego dziecka, ma prawo nadal matką się nazywać?

Jodi Picoult umieściła też w swej powieści coś praktycznego: kilka przepisów na ciasta. Skąd się tam wzięły? Otóż książkowa Charlotte jest cukiernikiem. Musicie przyznać, że to ciekawy i oryginalny pomysł. 

Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na przecudną, słodką okładkę, w jaką oprawiona jest książka. Naprawdę brawa dla wydawnictwa. 


Szczerze polecam tę książkę tym, którzy chcą nad lekturą trochę pomyśleć i są gotowi na wiele, wiele emocji. 


Cytat:
"Żyjemy w dużych domach dla lalek, kompletnie nieświadomi tego, że w każdej chwili może pojawić się wielka dłoń i zmienić wszystko, co nas otacza, wszystko, do czego jesteśmy tak przywiązani."

Ocena: 9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






czwartek, 4 grudnia 2014

[90] Ruiny Gorlanu

Tytuł: Ruiny Gorlanu

Seria: Zwiadowcy #1

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 320

Do przeczytania „Zwiadowców” zbierałam się naprawdę długo. Sporą zasługę w zainteresowaniu mnie tą serią miała Stella, nieustannie opowiadająca mi, jak świetne są te książki. Jednak wciąż pojawiało się na moim czytelniczym horyzoncie coś innego, co odwracało moją uwagę od słynnego cyklu Flanagana. W końcu jednak udało mi się zasiąść do czytania pierwszej części. Czy długo wyczekiwane spotkanie z lekturą okazało się ciekawe?

Głównym bohaterem jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca przy pałacu barona Aralda. Nadszedł dzień, w którym zapadną decyzje dotyczące przyszłości chłopaka. Mimo marzeń o nauce w Szkole Rycerskiej, główny bohater trafia do legendarnego, owianego tajemnicą korpusu zwiadowców, jako czeladnik mistrza Halta. Tam poznaje historię swego kraju (i nie tylko), uczy się bycia niezauważalnym i uważnego obserwowania, bierze udział a tajnej misji i przeżywa niezapomniane przygody.

Zacznę od tego, że „Zwiadowcy” zdają się być taką trochę mieszanką „Harry’ego Pottera” z „Władcą pierścieni”. Świat przedstawiony niby raczej podobny do tolkienowskiego, ale sama historia zdolnego chłopca – sieroty  przywodzi nieustannie na myśl sagę Rowling. Nie brzmi to pewnie zbyt zachęcająco i zapowiada dość schematyczną lekturę, prawda? Nic bardziej mylnego! Mimo pewnych schematów, podobieństwa są subtelne, czytelnik się nie nudzi, a klimat wydaje się być taki „swojski”. Akcja toczy się dość szybko i chociaż to pierwszy tom, więc sporo miejsca autor poświęcił na przedstawienie postaci i nakreślenie świata, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie ma miejsca na nudę. Ciekawie skonstruowana, choć nie najoryginalniejsza jak na razie fabuła, naprawdę wciąga. Świat powstały w wyobraźni Johna Flanagana intryguje.

Przejdę może do bohaterów. Will już  na wstępie zdobył moją sympatię. Jest inteligentny, zdolny i wrażliwy, ale zdarza mu się też popełniać błędy i zachować zwyczajnie głupio (bójka z Horacem), co sprawia, że nie jest postacią papierową. Z drugiej strony mamy Horace'a, u którego błędów jest jednak znacznie więcej, ale chłopak rozwija się i z pewnością nie należy do postaci negatywnych. 

Poznajemy też kilku innych przyjaciół Willa z sierocińca, z których każdy jest nieco inny, choć autor nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Nie było jednak chyba takiej potrzeby, ich wątki z pewnością zostaną rozwinięte w kolejnych częściach (jeśli się mylę, dajcie znać). Uśmiech na mojej twarzy wywoływali też Stary Bob czy wyrozumiały, wiecznie uśmiechnięty baron Arald. Moim ulubieńcem jednak został mrukliwy, posępny, zgryźliwy, zawsze opanowany Halt, o którym mogłabym mówić naprawdę w samych superlatywach. Nie uniknął on co prawda podobieństwa do bohaterów znanych z innych książek (głównie widzę w nim trochę Broma z „Eragona”), ale takich postaci nigdy dość.

Trochę gorzej wygląda sprawa wydania powieści. Naprawdę nie wiem, co porabia korekta w wydawnictwie „Jaguar”, ale chyba niekoniecznie to, co powinna. Błędów tutaj bez liku, a przypominam, że inne propozycje tego wydawnictwa dbałością o poprawność też nie grzeszyły (świetna seria „GONE” i nie najgorszy początek cyklu „Czarny Londyn”). Szkoda, że tak dobre książki pełne są usterek: interpunkcyjnych, językowych czy zwykłych literówek.


Krótko mówiąc, pierwszy tom „Zwiadowców” polecam. Mam wrażenie, że rozpoczęłam „Ruinami Gorlanu” jakąś niezapomnianą przygodę. Opowieść o przyjaźni,  odwadze i honorze, opowiedziana nietrudnym, ale dość interesującym językiem, mimo paru niedociągnięć wydawniczych i podobieństwa do innych książek, na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.


Cytat:
"Jeśli przezwyciężyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. Pochwałą możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób na to, by przysporzyć sobie wrogów. 

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






poniedziałek, 10 listopada 2014

[88] Starcie królów

Tytuł: Starcie królów

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #2

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ilość stron: 1022


Odkąd skończyłam „Grę o tron” nie mogłam się wprost doczekać, kiedy zabiorę się za kontynuację i ponownie trafię do interesującego, ale brutalnego świata, który w swoich powieściach wykreował George Martin. Niestety, objętość tej książki jest jednak spora, a mnie gonią szkolne lektury, musiałam trochę poczekać. A apetyt czytelniczy rósł.

W Westeros trwa wojna i to na wszystkich możliwych frontach. Dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami, nikt nie jest zbyt skłonny do zawierania sojuszy, zdrada czai się na każdym kroku. Nawet bracia – Stannis i Renly Baratheon nie są w stanie dojść do porozumienia. W dodatku jeden z nich wprowadza w swym kraju nową religię. Nie mniejszy zamęt panuje w Królewskiej Przystani, w której Tyrion jako Królewski Namiestnik próbuje zaprowadzić porządek. Nie jest to łatwe na pełnym intryg dworze. Z kolei Robb Stark na polu bitwy radzi sobie świetnie, jednak nie ma pojęcia, co pod jego nieobecność dzieje się w Winterfell.

Oprócz tego obserwujemy przygody Jona, który wraz ze znaczną częścią Nocnej Straży wyrusza za Mur, by stawić czoła nieprzyjaciołom i… samemu sobie, Aryę, toczącą swą własną walkę i Daenerys, próbującą usilnie powrócić do ojczyzny. Jak potoczą się losy Siedmiu Królestw?

Po raz kolejny zostajemy wplątani w sieć intryg, zaciekłe walki o władzę i świat pełen wiarygodnie skonstruowanych, skomplikowanych postaci, z których każda jest zupełnie inna i ma swoją własną historię, nawet jeśli pojawia się  na kartach powieści stosunkowo rzadko. To zachwycające, jak autor potrafi połączyć te wszystkie wątki, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, w jedną spójną, logiczną całość. Polityka, wojna, sprawy zupełnie prywatne – wszystkie sfery ludzkiego działania przenikają się wzajemnie. Obserwowanie tego procesu to czytelnicza uczta.

Dodatkowo mam wrażenie, że akcja w tym tomie rozgrywa się znacznie szybciej niż w poprzednim, co sprawia, że jeszcze trudniej się od lektury oderwać. Wydarzenia w Westeros zdecydowanie nabierają tempa. Jak na powieść takiej grubości, naprawdę było tylko kilka momentów nużących, a to i tak krótkich. Poza tym, myślę, że to kwestia gustu, bo chodzi mi głównie o rozdziały z perspektywy Davosa. Jakoś wciągały mniej niż pozostałe, co nie znaczy, że były złe czy nie potrzebne. Tutaj nie ma nic niepotrzebnego. 

Niektórych może męczyć nie najprostszy chwilami styl Martina, ale sama nie miałam z nim żadnego problemu. Ba! Nawet nie gubiłam się w opisach walk, co często mi się zdarza w przypadku innych książek.

Jeśli chodzi o postacie, naprawdę nie wiem, co napisać, żeby nie wydłużyć tej recenzji do horrendalnych rozmiarów. Jeśli czytaliście - pewnie wiecie, co mam na myśli, jeśli nie – musicie uwierzyć mi na słowo: tutaj naprawdę KAŻDY jest wyjątkowy. Oczywiście pewnymi spostrzeżeniami się z Wami podzielę, nie byłabym sobą, gdyby tego nie zrobiła. Po pierwsze: brakuje mi zawsze honorowego Neda. Wiem, wiem, on kompletnie nie był przystosowany do życia w tym świecie, ale co ja na to poradzę? Po drugie: uwielbiam Jona, to się nie zmieniło. Moja sympatia do Tyriona z kolei wzrasta coraz bardziej, a Jaime zaczyna mnie intrygować. Jego dialogi z Catelyn są rewelacyjne. Do grona moich ulubieńców wciąż należy też Arya, ale i Sansa powoli się do niego dobija. Trzeba przyznać, że coś w sobie ma. Ogromnym plusem jest też rozbudowa postaci Theona. Z jednej strony – rozumiem go, z drugiej nienawidzę. I chyba jednak to drugie uczucie dominuje. A o tym, że Joffreya mam ochotę udusić w każdej scenie, w której jest, nie muszę chyba wspominać, prawda? To prawie tak oczywiste jak to, że Daenerys mnie irytuje, chociaż nie do końca wiem czemu. A, no i jeszcze jedno. NIE WOLNO przywiązywać się do którejkolwiek postaci, uwierzcie. Nie i już.

Na zakończenie napiszę króciutko, a, mam nadzieję zrozumiale: LEĆCIE CZYTAĆ. 


Cytat:
"Korony dziwnie wpływają na głowy, a które je włożono."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







sobota, 18 października 2014

[87] Boży bojownicy


Blogerka marnotrawna powraca. Strasznie Was przepraszam za tę ponad miesięczną nieobecność. Mój laptop postanowił odmówić współpracy, Blgoger w ogóle na nim nie działał. Na szczęście problemy natury technicznej są już rozwiązane i powoli wracam. Tu i na facebooka. Nie dam chyba rady nadrobić już zaległości u Was, nazbierało się ich zbyt wiele, przepraszam. Postaram się jednak od tego tygodnia zaglądać na Wasze blogi na bieżąco. Dziękuję wszystkim, którzy tu wytrwali. : )


Tytuł: Boży bojownicy

Seria: Trylogia husycka

Autor: Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Ilość stron:588


Po genialnym "Narrenturmie" wprost nie mogłam się doczekać ponownego spotkania z Reynevanem i spółką. Zostałam co prawda wcześniej ostrzeżona, że kolejne części "Trylogii husyckiej" są coraz poważniejsze, a atmosfera zagęszcza się w każdym kolejnym tomie, ale nie miałam wątpliwości, że Andrzej Sapkowski z pewnością poprowadzi tę historię nie obniżając poziomu. Nie myliłam się.

Reynevan, Szarlej i Samson na dobre zadomowili się u husytów. Ten pierwszy przekonany jest już niezawodnie, że walczy o słuszną sprawę. Coraz bardziej cenią go też wysoko postawione w husyckiej hierarchii osoby. A i na rozwijanie talentów magicznych Praga wydaje się być miejscem idealnym. Szarlej robi karierę w wojsku, oczywiście zasłużenie. Samson zaś w końcu zyskuje szansę na powrót do własnej postaci. Krótko mówiąc - żyć, nie umierać. Gdy więc obowiązki wzywają na Śląsk, na którym wrogów spotkać łatwo, przyjaciele nie są zbyt zachwyceni. Ich osobiste opinie nikogo jednak nie interesują, gdy w grę wchodzi Vogelsang - tajna grupa wywiadowcza. Czy Renevan będzie w stanie ją zrekonstruować? A co z jego ukochaną, Katarzyną Bieberstain? Czy Samson Miodek znów będzie sobą? Jak zakończy się husycki napad na Śląsk i co zdziałać może Inkwizycja? A przede wszystkim - co planuje Pomurnik?

Akcji jest tutaj o wiele więcej niż w pierwszej części. Rozpędza się już na początku i właściwie nie zwalnia aż do ostatniej strony. Nie ma tu jednak przesady, żadnego nadmiaru, który sprawiłby, że czytelnik gubi się w natłoku wydarzeń. Dostajemy kilka króciutkich chwil oddechu, które tylko potęgują naszą ciekawość. Dodatkowo nawet te krótkie momenty mają swój niepowtarzalny klimat i są opisane w sposób, który wręcz nie ma prawa znudzić.

Niesamowite było kontynuowanie przygody z tymi samymi postaciami, teraz jednak znacznie lepiej znanymi. Nie brakło również i nowych bohaterów, jak członkowie wspomnianego wyżej Vogelsangu. Jest ich trzech, ale każdy ma swoje charakterystyczne cechy, można ich rozróżnić, a jednocześnie mają wiele ze sobą wspólnego, stanowią zwartą, wyróżniającą się na tle innych grupę.
Co do starych ulubieńców, to polubiłam ich jeszcze bardziej. Tajemniczy w pierwszej części Urban Horn stał się kimś nieco mniej tajemniczym, ale nadal diabelnie interesującym, Szarlej wciąż wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech, a Samson Miodek... Cóż, Samson Miodek jest po prostu genialny. Uwielbiam, kiedy wprawia innych bohaterów (zwłaszcza tych, z którymi styka się p raz pierwszy) w całkowite osłupienie (nie zdradzę jak, jednak uwierzcie mi na słowo - potrafi to zrobić jak nikt inny) bądź zaczyna cytować "Boską komedię" Dantego.

Jeśli chodzi o głównego bohatera, tj. rycerza Reinmara z Bielawy, to muszę powiedzieć, że od poprzedniego tomu dojrzał jak mało kto. Już nie jest aż tak naiwny, teraz zdarza mu się pomyśleć zanim zacznie działać (co z tego myślenia wynika to już inna historia...). Miło jest patrzeć, jak coraz więcej znaczy w szeregach husytów, jak kształtują się jego poglądy, jak powoli (i często boleśnie) zdobywa życiową mądrość. Zdecydowanie warto mu kibicować. Ustatkowały się także jego miłosne zapędy, choć wciąż stanowią niemałą przyczynę problemów.

Co do tych miłosnych zapędów: warto wspomnieć o postaciach kobiecych, których mamy tu nieco więcej niż w poprzedniej części. Na uwagę zasługują szczególnie obydwie panie de Apolda. Ciekawie rozwinął się też wątek  Adeli von Stercza, że nie wspomnę o rewelacyjnej Dzierżce.

Ponownie możemy wręcz delektować się umiejętnościami językowymi Sapkowskiego, idealnie wplecionymi archaizmami, błyskotliwymi dialogami, indywidualnym stylem wypowiedzi każdej z postaci.

Po raz kolejny w tle obserwujemy wojny husyckie. Chociaż właściwie to już nie w tle, ten wątek powoli zaczyna dominować. Możemy przypatrywać się, jak stopniowo rodzi się historia. I - wierzcie lub nie - ta powieść naprawdę może wzbogacić nasza wiedzę historyczną. Dociekliwym radzę też przejrzeć przypisy, gdzie zawarte są przeróżne fakty z okresu wojen husyckich czy wyjaśnienia wykorzystanych w tekście łacińskich senctencji i cytatów.

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, że polecam, to... POLECAM. Zwłaszcza tym, którzy lubią powieści z historią w tle. Ciekawe, niebanalne. Inteligentne i z humorem. Polecam raz jeszcze.


Cytat:
" Coraz to o kolejne marzenie jesteśmy ubożsi. A gdy umiera marzenie, ciemność wypełnia miejsce przez nie osierocone. W ciemności zaś, zwłaszcza, gdy do tego jeszcze rozum uśnie, zaraz budzą się potwory."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







środa, 10 września 2014

[86] Przygody Hucka

Tytuł: Przygody Hucka

Autor: Mark Twain

Wydawnictwo: Iskry

Ilość stron: 415


„Przygody” Tomka Sawyera to jedna z tych książek, do których mam ogromny sentyment i które czytałam niezliczoną ilość razy. Przygody tego małego amerykańskiego urwisa zawsze dostarczały mi niezastąpionej rozrywki i rozśmieszały do łez. Wiele razy obiecywałam sobie sięgnąć po ich kontynuację – słynne „Przygody Hucka”. Jakoś się jednak z nimi rozmijałam, bo a to nie było w bibliotece, a to coś innego wpadło mi akurat w łapki. Po ładnych paru latach w końcu udało mi się zapoznać z najsłynniejszą chyba powieścią młodzieżową Marka Twaina. Jak wypadło to spotkanie?

Narratorem powieści jest tytułowy Huckleberry Finn, którego świetnie znają czytelnicy „Przygód Tomka Sawyera”.  Niegdyś bezdomny chłopiec  nie może znieść sztywnych zasad panujących w domu wdowy Douglas, która postanowiła go adoptować. Gdy w dodatku za edukację krnąbrnego, ale przesympatycznego Hucka zabiera się wymagająca panna Watson, chłopiec postanawia uciec. Wraz ze zbiegłym Murzynem, Jimem, wyrusza tratwą w podróż rzeką Missisipi. Po drodze czeka na nich wiele, wiele niespodziewanych przeżyć. Jak zakończy się ta eskapada?

Już od samego początku można wyczuć tak charakterystyczny dla Marka Twaina, niekiedy ironiczny, humor. Komizm sytuacji (Huck i Tomek uwalniający wolnego Murzyna!) , komizm postaci – wszystko naprawdę zabawne i na wysokim poziomie, w dodatku nietrudne do przyswojenia. Obdarzony niezwykłym zmysłem obserwacyjnym autor idealnie oddaje rzeczywistość  ówczesnej Ameryki.  Wyśmiewa różne absurdy, bawi i uczy.

Różnorodność postaci jest naprawdę zadziwiająca, jak na książkę o wcale nie takiej znowu dużej objętości. Każdy bohater jest inny, a wszyscy razem tworzą naprawdę sympatyczną gromadę. Zaczynając od głównego bohatera, Hucka – czasami zadziwiająco naiwnego, ale też sprytnego i niemal tak pomysłowego jak Tomek Sawyer, którego pod wieloma względami Huckleberry podziwia, poprzez poczciwego Jima, dwóch oszustów, każących nazywać się „Królem” i „Księciem” aż po krewnych Tomka – państwo Phelps.


Opowiadająca o tęsknocie za przygodą, wolnością i naturą powieść jest genialnym dziełem świetnego pisarza i wszystkim tym, którzy jeszcze jej  nie znają, polecam ją gorąco. Nie powinniście żałować. 


Cytat:
"Tłum to jedna z najbardziej godnych litości rzeczy na świecie; armia także jest tłumem."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





środa, 20 sierpnia 2014

[84] Forta

Tytuł: Forta

Seria: Algorytmy wojny #3

Autor: Michał Cholewa

Wydawnictwo: War Book

Ilość stron: 570


Pewnie zdążyliście zauważyć, że, o ile fantasy uwielbiam, o tyle nie przepadam za science fiction. Przez Lema ciężko mi się brnęło (nie bijcie, proszę!) i jakoś tak nie mogłam się do tego gatunku przekonać. Jednak nie tak dawno czytałam świetne opowiadanie science fiticion (nie zdradzę wam jakie, bo planuję zrobić o nim osobny post), a opis książki Michała Cholewy zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam po nią sięgnąć i dać fantastyce naukowej jeszcze jedną szansę. Jak się okazało, bardzo słusznie.

Rok 2212. Oddział kaprala Marcina Wierzbowskiego próbuje wymigać się od wyruszenia na front. W rezultacie trafia na planetę Atropos, gdzie ma pomóc w misji Dowództwa Operacji Specjalnych. Żołnierze nie są z tego zbyt zadowoleni, bo tak zwane oesy to jednostka o nie najlepszej sławie. Zaangażowana jest zazwyczaj w sprawy dziwne, a działa nie zawsze zgodnie z moralnością. Jak będzie tym razem? Kolonia Nijmegen to miejsce nietypowe i z pewnością tajemnicze. Surowa atmosfera Atropos i odcięcie od świata sprawiło, że ludzie wydają się tam pozbawieni emocji. W dodatku muszą walczyć z Grabieżcami – przeciwnikiem, o którym niewiele wiadomo. Odział Wierzbowskiego jest coraz bardziej zaniepokojony toczącą się grą o niewiadomej stawce. Tym bardziej, że poprzedni statek Unii Europejskiej wysłany na Atropos został zniszczony…

Zacznę od tego, co mi się nie podobało. Miałam spory problem (przynajmniej początkowo) ze zrozumieniem pewnych wyrażeń i tak dalej dotyczących maszyn. Być może ma to związek z tym, że science fiction to nie mój gatunek albo z tym, że nie czytałam poprzednich części, ale wydaje mi się, że tego wszystkiego było zwyczajnie za dużo. Trochę jak w „Żmiji” Sapkowskiego. Akcja nie toczyła się zbyt szybko, przez co chwilami lektura trochę się dłużyła. Czułam się czasem, jak bym czytała sprawozdanie, a nie powieść. Na szczęście im dalej, tym było lepiej. A może to ja przywykłam?

Jeśli chodzi o całą resztę – jest świetnie. Sporo postaci, z których każda jest inna i dość charakterystyczna, ale nie na tyle przejaskrawiona, by nie wypaść prawdziwie. Sam wybór głównego bohatera jest rewelacyjny – Wierzba nie jest na tyle wysoko postawionym żołnierzem, by zdawać sobie sprawę z całkowitych konsekwencji działań, w których bierze udział, ale nie jest też zwykłym szeregowcem pozbawionym opcji jakiegokolwiek wyboru. Dzięki temu możemy zobaczyć, jak próbuje rozgryźć o co toczy się gra i staje przed trudnymi wyborami. A może to tylko pozorne wybory? Bo na wojnie często nie ma dobrej opcji.

Polubiłam bardzo pułkownika Brisbane’a (mimo, że jest dupkiem), wiecznie tryskającą entuzjazmem Issakson, cynicznego dość Thorne’a, wiecznie narzekającego Szczeniaka i troszczącą się o wszystkich (prócz siebie) Kicię. A i cała reszta wypadła nie gorzej, tworząc całkiem ciekawy zbiór charakterów, którym aż chciało się kibicować.

Fabuła bardzo przemyślana i bardzo skomplikowana. Czytelnik nie wie do końca o co chodzi, a ujawniane stopniowo przez autora informacje wcale wszystkiego nie wyjaśniają. Ba! Często komplikują jeszcze bardziej, ale dzięki temu „Forta” naprawdę wciąga.

Książka Michała Cholewy opowiada o wojnie i trudnych wyborach moralnych. O ciężarze odpowiedzialności, którego nie można zauważyć, jeśli się go samemu nie dźwiga. O życiu, śmierci i tych kilku decyzjach, które je rozdzielają. O próbie pozostania człowiekiem, kiedy ludzkość jest coraz mniej ludzka.


Polecam zarówno fanom gatunku, jak i tym, którzy dopiero chcą przygodę z nim rozpocząć. Sama mam zamiar nadrobić poprzednie części („Gambit” i „Punkt cięcia”). 


Cytat:
"Każda wiedza jest bezcenna... - Cywil spojrzał na niego przez stół. - W ten lub inny sposób."

Ocena: 8/10


Książkę otrzymałam od wydawnictwa War Book dzięki życzliwości jej autora. Dziękuję! : )



Recenzja bierze udział w wyzwaniach: 






Po prawej mocno spóźniona ankieta na książkę lipca. Mimo tego opóźnienia (i braku podsumowania lipca) zapraszam do głosowania! : )
Książką czerwca została powieść Wielki Mistrz Trudi Canavan! : )

sobota, 12 lipca 2014

[80] Narrenturm

Czyżbym naprawdę od prawie miesiąca nie dodawała recenzji? Wybaczcie. Najpierw były ostatnie chwile walki o oceny, potem zamieszanie z załatwianiem przeróżnych pierdółek związanych z prawem jazdy, wyjazd na obóz, a następnie solidne przeziębienie. Ale powoli wracam do świata żywych. : )

Tytuł: Narrenturm

Seria: Trylogia husycka

Autor: Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Ilość stron: 593


Oj, długo polowałam w miejskiej bibliotece na Narrenturm, pierwszą część "Trylogii husyckiej" mojego ulubionego pisarza. W końcu wpadła w moje łapki. Przyznam, że łapki te otwierały ją nie bez obaw, po smutnej klęsce, którą okazała się ostatnia przeze mnie czytana powieść Sapkowskiego, „Żmija”. „Trylogię husycką” jednak wszyscy zachwalali, a już sam jej opis z tyłu okładki uznałam za genialny, więc  czy lekturę rozpocząć wątpliwości nie miałam żadnych. Jak się okazało, słusznie.

Młody rycerz, Reinmar z Bielawy, zwany Reynevanem, po uszy zakochany jest w Adeli von Stercza. Sądzi nawet, że z wzajemnością. Problem polega jednak na tym, że Adela jest zamężna, a jej szwagrowie są… dość agresywni. Oskarżony przy okazji o herezję (bo na studiach w Pradze zdarzyło mu się i magii  nauczyć) Reynevan musi umykać z Oleśnicy, ścigany przez braci  Stercza i najętych przez nich, dość groźnych, warto dodać, osobników. Zaczyna się pełna przygód, problemów i pościgów podróż, podczas której czytelnik wraz z Reynevanem poznaje coraz to ciekawsze osobistości i przygląda się terenom średniowiecznego Śląska. W tle wojny z husytami – spory religijne, palenie na stosie, przesłuchania Świętego Oficjum i Narrenturm, wieża błazna.

Zacznę od tego, że w „Narrenturmie” wciąż coś się dzieje. Reynevan wpada z jednych kłopotów w drugie, a czytanie o tym jest naprawdę zajmujące. Tu nie ma czasu na nudę. Śląsk Sapkowskiego tętni życiem, nigdy nie wiadomo, na co można się natknąć, bo kto by się spodziewał na przykład w stodole, w zupełnej głuszy, trafić na zebranie szlachty, biskupów i innych liczących się akurat w polityce dotyczące antyhusyckiej krucjaty? Kto by się spodziewał, że główny bohater, posmarowany lotną maścią, trafi na sabat czarownic? Kto by się spodziewał, że siedząc  przy ognisku z Zawiszą Czarnym, spotkać można istotę nie z tego świata?

Skoro już mowa o Zawiszy… „Narrenturm” zaludniają postacie nie tylko fikcyjne, ale również historyczne, takie jak wymieniony wyżej słynny rycerz z Garbowa. W przypadku wojen husyckich Sapkowski trzyma się faktów, umiejętnie wplatając rzeczywistą (sporą w dodatku) historyczną wiedzę pomiędzy zupełnie nieprawdopodobne przygody Reinmara. Dla tych, którzy interesują się historią, a zwłaszcza średniowieczem – pozycja prawie obowiązkowa.

Co do samych postaci są, jak to u Sapkowskiego zwykle bywa, genialne. Począwszy od głównego bohatera, Reynevana. Nie przypomina on co prawda mojego ulubieńca z wiedźmińskiego cyklu, Geralta – to zupełnie inny typ postaci. I przyjemnie było dostrzec, że i z nim autor sobie poradził. Reinmar, choć inteligentny i odważny, jest jeszcze młodziutkim rycerzem, naiwnym jakich mało, a kochliwym, jak chyba nikt inny. Przy tym wszystkim, szalenie jest jednak sympatyczny. Jego romanse, pochopne decyzje i przeróżne pomyłki, ściągają mu na kark coraz więcej wrogów i wplątują go w coraz większe kłopoty. Reynevan jednak na błędach się uczy, tak przynajmniej twierdzi. Nauka szłaby mu znacznie gorzej i boleśniej, gdyby nie jego towarzysz podróży, demeryt, Szarlej. Szarlej jest o wiele bardziej doświadczony, że tak powiem, nie da sobie w kaszę dmuchać. Bystry, nieufny, a niekiedy i dowcipny – świetny kompan dla Reinmara i świetna postać dla czytelnika. Równie dobrze wykreowany jest Urban Horn, choć to mężczyzna o wiele bardziej tajemniczy. Moją sympatię zdobyła też rezolutna szlachcianka, Katarzyna Bieberstein (czy raczej Nikoletta).

Oprócz tego wszystkiego znajdujemy w „Narrenturmie” i wątek fantastyczny, choć rozwija się on powoli. Kim są czarni rycerze? Kim tak naprawdę jest Pomurnik? Czy to słynny demon, uderzający w południe?


Język jest barwny, pełen humoru, a i odpowiedni dla epoki. Niektórych mogą jednak zmęczyć łacińskie wtrącenia, bo nie wszystkie znajdują się w wyjaśnieniach na końcu książki. Błyskotliwy styl Sapkowskiego znów mnie oczarował i sprawił, że pierwszy tom „Trylogii husyckiej” jest rewelacyjną lekturą. Choć, lojalnie Was ostrzegam, że ze względu na zawiłości historyczne, wcale nie lekturą najłatwiejszą. Jeśli więc ktoś do historii odczuwa szczególną niechęć, niech się lepiej za tę książkę nie zabiera. Całej reszcie gorąco polecam. Osobiście z pewnością sięgnę po kolejne części – już nie mogę się doczekac dalszych przygód Reynevana. 


Cytat:
"A ja myślę, że całe zło tego świata bierze się z myślenia. Zwłaszcza w wykonaniu ludzi całkiem ku temu nie mających predyspozycji."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





Nie warto już raczej robić podsumowania czerwca, chcę Was więc tylko poinformować, że najlepszą książką maja została w Waszej ankiecie pierwsza część Opowieści z Narnii C.S. Lewisa - Lew, czarownica i stara szafa. Nowa (uboga, bo i ubogo w czerwcu było z recenzjami) ankieta już po prawej - zapraszam do głosowania! : )


sobota, 14 czerwca 2014

[79] Wielki Mistrz

Tytuł: Wielki Mistrz


Seria: Trylogia Czarnego Maga

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Ilość stron: 718


„Gildia magów” chwilami wlekła się niczym czas do wakacji, „Nowicjuszka” odrobinę już przyspieszyła i miałam szczerą nadzieję, że „Wielki Mistrz” okaże się rzeczywiście najlepszy z tej trylogii, jak to wszyscy mi mówili. Mieli rację.

Sonea jako podopieczna Wielkiego Mistrza i zwyciężczyni oficjalnego pojedynku z Reginem nie jest już gnębiona przez innych nowicjuszy. Część z nich chętnie by się nawet z dziewczyną zaprzyjaźniła, ale ona unika bliższych kontaktów z rówieśnikami. Boi się, że Akkarin mógłby posłużyć się nimi, by ją szantażować. Główna bohaterka żyje w ciągłym strachu przed swoim mentorem odkąd widziała go uprawiającego czarną magię. Wkrótce poznaje kilka jego sekretów. Czy nie są aby tylko zmyśloną historyjką?

A co z Gildią, która nieoczekiwanie staje w obliczu wojny? Czy ze strachu i ignorancji odrzuciła jedyną możliwą formę pomocy? Co zrobi Lorlen rozdarty między tym, co słuszne, a dawną przyjaźnią? Czy Rothen zrozumie, w co wpakowała się Sonea?

Jaką rolę w tym wszystkim odegrają Złodzieje?

Co mnie zaskoczyło, to mnóstwo, naprawdę akcji. W porównaniu do poprzednich części, tutaj nie ma czasu na nudę, czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, wciąż coś się dzieje. Historię mimo trzecioosobowej narracji poznajemy z punktu widzenia różnych postaci, dzięki czemu wiemy, co w danym momencie dzieje się w poszczególnych miejscach. A zrozumienie pełnej fabuły tego wymaga.

Sama fabuła jest świetnie skonstruowana i całkiem nieźle dopracowana. Na siłę dałoby się wyszukać może i pewne niedociągnięcia, ale nie mają one absolutnie żadnego znaczenia. Czyta się to wszystko naprawdę interesująco. Gdyby tylko było tak przez całą trylogię, a nie dopiero w finale!

Postacie znowu się nam rozwinęły. No, niektóre. Z pewnością na pierwszy plan zaraz za Soneą, która, choć trochę wydoroślała i nabrała pewności siebie, wciąż jest jakoś tam pogubioną w życiu nastolatką (ale to naturalne i dobrze opisane)wysuwa się nam Wielki Mistrz. Poznajemy w końcu wielką tajemnicę Akkarina, który zmienia się praktycznie nie do poznania. Szczerze mówiąc, w tym miejscu mam mieszane odczucia. Z jednej strony uwielbiam nowego Akkarina. Jest spokojny, władczy, zaradny, ale równocześnie troskliwy. Z drugiej trochę brakuje mi wyniosłego, skrytego Wielkiego Mistrza. Można by się przyczepić, że ta zmiana następuje dość gwałtownie, ale mnie się wydaje to tutaj na miejscu. W końcu Akkarin na pewno nie był tak zamknięty w sobie całe życie. Wpłynęły na to pewne wydarzenia i masa sekretów, których musiał dopilnować. Gdy jego tajemnice ujrzały światło dzienne, wszelkie bariery puściły.

Rothen jak to Rothen wciąż jest kochanym, opiekuńczym magiem, Dannyl wreszcie ma o kogo się troszczyć (choć Tayenda nie ma w tej części zbyt wiele), Dorrien staje przed pewnym dość trudnym wyborem, a Cery… Cery to ktoś, kto tej książce dodał naprawdę mnóstwo kolorytu. Czytanie o Cerynim - Złodzieju, który stał się ważną postacią w podziemiu Imardinu to czysta przyjemność. A jego relacje z nową intrygującą postacią – Savarą są… warte uwagi. Cery się zmienił. Na plus.

Dostajemy tutaj także wątek romantyczny, którego zupełnie byście się nie spodziewali, więc nie zdradzę wam, kogo dotyczy. Mnie koleżanka zaspoilerowała i mam ochotę ją za to udusić. To mogło mnie naprawdę zaskoczyć! W każdym razie, wątek ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie wierzę, że to powiedziałam, bo na początku byłam pewna, że to durny pomysł i nie wypali. A jednak Trudi Canavan mnie zaskoczyła. Pozytywnie.

Co mnie denerwowało? Powtórzenia. Ja naprawdę rozumiem, że każdy ma jakieś swoje ulubione frazy i wyrażenia, które wplata w tekst czasami zupełnie nieświadomie. Ale ile razy mogę czytać o tym, że Tayend się rozpromienił (czy on kiedykolwiek zrobił coś innego?), Sonea zarumieniła, a kąciki ust Akkarina wygięły się/uniosły/powędrowały lekko do góry. W krzywym/gorzkim uśmiechu. Czułam się, jakbym czytała ponownie o niebieskich oczach i bladej cerze Marysia z „Gloria Victis”.

„Wielkiego Mistrza” oczywiście polecam i to gorąco. Nawet, jeśli nie czytaliście poprzednich części. Sądzę, że i bez nich zrozumiecie, o co chodzi. Ta książka jest naprawdę świetna. Z ciekawymi postaciami, wartką akcją, świetnie skonstruowanym światem przedstawionym. Bez cukierkowego happyendu. Mówi o wcale niełatwych wyborach, o moralności, odwadze, lojalności, przyjaźni, zaufaniu i nienawiści zmieniającej się w miłość. O tym, że najsilnejsi jesteśmy działając wspólnie.


Cytat: 
"Dwoje ma szansę przeżyć tam, gdzie jedno by padło."

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



niedziela, 1 czerwca 2014

[78] Nowicjuszka

Tytuł: Nowicjuszka


Seria: Trylogia Czarnego Maga #2

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Ilość stron: 641


Kiedy przeczytałam Gildię magów, wydała mi się ona zaledwie wstępem do kolejnych tomów trylogii. Chwilami była nudnawa i miałam nadzieję, że w drugiej części będzie zdecydowanie więcej akcji. Na szczęście się nie zawiodłam.

Sonea mimo swojego pochodzenia została przyjęta Uniwersytet. Teraz może kształcić swój magiczny talent pod okiem doświadczonych magów. Uzyskuje też opiekę jednego z nich, Rothena, tego, który zaopiekował się nią, gdy tylko przybyła do Gildii. Rothen próbuje zrobić wszystko, by dziewczyna jako Nowicjuszka czuła się jak najlepiej. Jednak jej szkolni koledzy i koleżanki pochodzący z arystokracji  nie chcą zaakceptować dziewczyny ze slumsów. Banda Nowicjuszy z aroganckim Reginem na czele gnębi Soneę zarówno psychicznie, jak i fizycznie. A to przecież nie jej jedyne problemy. Dziewczyna nie może przecież zapomnieć o tym, że widziała Wielkiego Mistrza,Akkarina,  uprawiającego czarną magię. Ona, Rothen i Administrator Gildii, Lorlen, nie mają pojęcia co zrobić z tą straszliwą wiedzą. Czy pomoże im Dannyl, który został właśnie mianowanym ambasadorem Gildii i uzyskał możliwość podróżowania?

Mimo, że pierwszą część czytałam ponad rok temu (matko, kiedy ten czas zleciał?!), nie miałam najmniejszych problemów z „ogarnięciem” fabuły, Trudi Canavan zgrabnie od początku ją prowadzi. No i jest tutaj o wiele więcej akcji niż w Gildii Magów. Nadal odrobinę za mało, mogłoby być jeszcze lepiej, ale i tak na plus. Myślę, że w trzeciej części będzie się działo jeszcze więcej. Irytował mnie trochę wątek dręczenia Sonei przez kolegów, bo ileż można czytać o tym samym. Ok, zrozumiałam, że Regin niszczył jej notatki itp., nie muszę tego przeczytać jeszcze z pięć razy. Gdybym chciała czytać w kółko o tym samym, czytałabym Orzeszkową.

 Druga połowa książki wciąga jednak niezmiernie. Nudnawy z początku wątek z podróżą Dannyla okazał się później niezwykle ciekawy. Dzięki niemu czytelnik może poznać obyczaje i kulturę mieszkańców innych Krain Sprzymierzonych, nie tylko Kyralii, gdzie mieści się siedziba Gildii. Ponadto Dannyl w czasie tej podróży odbywa też inną – w głąb samego siebie. Można powiedzieć, że na nowo sam się poznaje i akceptuje. To niełatwy, ale pouczający wątek (nie powiem nic więcej, bo bym zaspoilerowała).

Nieco irytująca w pierwszej części Sonea przestała mnie denerwować, choć jakiejś mojej zbytniej sympatii nie zdobyła. Brakowało trochę Cery’ego, ale syn Rothena, Dorrien, był jego godnym zastępcą, a nawet polubiłam go bardziej niż dawnego przyjaciela Sonei. Jest po prostu przezabawnym, inteligentnym, szczerym i niepokornym młodzieńcem. Rothen to wciąż sympatyczny i opiekuńczy mag, Akkarin intryguje coraz bardziej (chyba zaczynam go lubić). Możemy też poznać nieco bardziej pozostałych magów i tak dowiadujemy się o feministycznych zapędach Vinary, niekonwencjonalności metod nauczania Yikmo czy gadatliwości Tyi. Spotykamy też młodego Elyńczyka Tayenda, który zostaje asystentem, a zarazem przyjacielem Dannyla.

Wspólnie z Soneą uczymy się także coraz więcej o magii, zaczynamy rozumieć historię, politykę i tradycje Gildii, zapoznajemy się z systemem nauczania na Uniwersytecie. Ta podróż po świecie stworzonym przez Trudi Canavan jest naprawdę pasjonująca.

Warto zwrócić uwagę na mnóstwo określeń typowych dla tego jednego świata. Autorka postarała się – wymyśliła nowe owoce, potrawy, zwierzęta. Dzięki temu czytanie Nowicjuszki jest jeszcze lepszą przygodą!

Cała opowieść zaczyna mieć też lekko niepokojący klimat. Tajemnica Wielkiego Mistrza przewraca życie biednej Sonei do góry nogami. Czytelnikowi nie trudno poczuć tę atmosferę strachu i tajemniczości, druga część Trylogii Czarnego Maga oddziałuje na emocje o wiele silniej niż jej poprzedniczka.


Zdecydowanie polecam i mam nadzieję, że trzecia część okaże się jeszcze lepsza. 



Cytat: 
"Bohaterowie mają to do siebie, że ich moc wzrasta w miarę powtarzania opowieści."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





niedziela, 25 maja 2014

[77] Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Ech, obiecałam recenzję w środę, a znów jest w niedzielę. Przepraszam. I za zaległości u Was też przepraszam, poprawię się. : )



Tytuł: Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Seria: Opowieści z Narnii #1

Autor: Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Media rodzina

Ilość stron: 182


Lubię czasami wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Zawsze odkrywam w nich coś nowego.  To trochę jak spotkanie ze starym przyjacielem, bo książki to przecież są nasi przyjaciele, prawda? I tylko żałuję czasami, że tak mało czasu na czytanie, bo tylu książek jeszcze nie poznałam, a już jest sporo takich, które mogłabym czytać wciąż od nowa.

Jedną z takich właśnie książek, które warto sobie od czasu do czasu przypomnieć są Opowieści z Narnii. Pamiętam, że dawniej uważałam je za taki klasyczny przykład fantastyki, w którym to przekonaniu utwierdziły mnie jeszcze ekranizacje. Tym razem, czytając Lwa, czarownicę i starą szafę, miałam wrażenie, że nie czytam żadnej książki fantastycznej, a jedynie piękną baśń. Nie umniejsza to oczywiście zupełnie jej wartości.

Myślę, że fabuła jest prawie wszystkim znana, więc ograniczę się tylko do najważniejszego w jej przypomnieniu. Czworo dzieci, wysłanych w okresie nalotów bombowych na Londyn w czasie wojny do starego domu pewnego (również starego) profesora, wchodzi do szafy. Okazuje się,  że mebel prowadzi do zaczarowanej krainy zwanej Narnią, gdzie przez złą Białą Czarownicę panuje wieczna zima. Czy dzieciom uda się uratować Narnię?

Akcja nabiera tempa dość szybko, nie mamy tu zbyt długich opisów, książkę czyta się błyskawicznie. Ani się nie obejrzysz, już skończyłeś! A wszystko to za sprawą świetnego, lekkiego pióra C.S. Lewisa. Opowieści z Narnii przypominają nieco gawędę, jakąś opowiadaną gdzieś przy ognisku historię, bajkę. Narrator wydaje się wręcz naszym rozmówcą, co chwilę zwraca się do czytelnika, dopowiadając to i owo. Potęguje to jeszcze atmosferę swobodnie snutej opowieści. W dodatku cała powieść niepozbawiona jest niewymuszonego humoru.

Postacie są szalenie wprost sympatyczne. Waleczny i opiekuńczy w stosunku do młodszego rodzeństwa Piotr, poważna i spokojna Zuzanna, prostolinijna, odważna i zawsze radosna Łucja – to trójka dzieciaków, których nie sposób nie lubić. Specjalnie nie wymieniłam tu Edmunda, bo on różni się trochę od rodzeństwa. Nie znaczy to oczywiście, że go nie lubię. Ba! Lubię go chyba bardziej niż pozostałych, bo jest bardziej dynamiczny, zmienia się, popełnia głupstwa. Koniec końców, jest przecież tylko chłopcem, a nie superbohaterem, prawda?

Oprócz czwórki rodzeństwa Pevensie, w Narnii możemy też spotkać mówiące Bobry (czy tylko mnie pani Bóbr kojarzyła się trochę z Molly Weasley?), Białą Czarownicę, która jest typowym wręcz czarnym charakterem i Aslana. Tajemniczego, wspaniałego, groźnego, dobrego lwa Aslana. Chyba nie muszę mówić, że go uwielbiam, prawda? Poznajemy także całe mnóstwo mitologicznych istot z panem Tumnusem (faunem) na czele. Właściwie to właśnie obraz fauna idącego z paczkami przez ośnieżony las zainspirował C.S. Lewisa do napisania Opowieści z Narnii.

Można by się przyczepić, że to wszystko jest zbyt uproszczone, że to śmieszne, że Piotr, który nigdy wcześniej nie trzymał w ręku miecza, nagle prowadzi armię do walki itp., ale po co? Tutaj naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia. To baśń. Z baśniowym klimatem, baśniowymi postaciami i baśniowym urokiem.

Och, opisując postacie zupełnie zapomniałam o Profesorze. To dość intrygujący staruszek, no bo który dorosły uwierzyłby w istnienie Narnii? Wszystko staje się jednaj zrozumiałe, gdy tylko przeczytamy szóstą część cyklu, Siostrzeńca Czarodzieja. Bo tak naprawdę pierwsza część Opowieści z Narnii wcale chronologicznie nie jest pierwszą. Według kolejności wydarzeń jest druga. Chronologicznie można czytać w tej kolejności: 6, 1, 5, 2, 3, 4, 7. Prawdę mówiąc, miałam tym razem tak właśnie zrobić, ale znów zapomniałam. Myślę, że i tym razem odbiór byłby nieco inny.
\
Książka opatrzona jest świetnymi ilustracjami Pauline Baynes, a moje wydanie zawiera dodatkowo zdjęcia z filmu (który, swoją drogą, też kiedyś pewnie zrecenzuję).


Krótko mówiąc, kto jeszcze Lwa, zarownicy i starej szafy nie przeczytał, naprawdę sporo trac i radziłabym mu nadrobić te zaległości jak najprędzej. To cudowna historia o miłości, lojalności i przyjaźni. O walce dobra ze złem i sprawiedliwości. 


Cytat:
"Kto raz został królemw  Narnii, na zawsze nim pozostanie."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






Książkę wygrałam w konkursie u Stelli - dziękuję! : ) 

środa, 21 maja 2014

[76] Wędrówka przez sen

Tytuł: Wędrówka przez sen

Seria: Spętani przez bogów #2

Autorka: Josephine Angelini

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 366

Mitologia grecka fascynuje pisarzy nie od dziś. Bywa też inspiracją do stworzenia powieści typowo młodzieżowych. Ponieważ bardzo ją lubię, niezmiernie się ucieszyłam, gdy w konkursie na Head over heels with books  (dziękuję!) wygrałam Wędrówkę przez sen, drugą część trylogii Spętani przez bogów, bazującej właśnie na mitologii greckiej. Mój entuzjazm nieco osłabł, kiedy zauważyłam, że to paranormal romance, jednak dałam mu szansę. Czy było warto?

Części pierwszej nie czytałam, ale nie miałam większych problemów ze zrozumieniem fabuły. Może chwilami myliło mi się, kto jest kim w rodzinie, ale szybko udało mi się w tym połapać. Bogowie olimpijscy (słynna wielka dwunastka) zostali uwięzieni, gdy cztery domy (rody, rodziny) półbogów, zwanych Sukcesorami, zawarły rozejm. Rozejm jednak nie oznacza zupełnego pokoju. Erynie, boginie zemsty, zmuszają Sukcesorów do wyrównywania dzielących ich domy długów krwi. Co to znaczy? Gdy ktoś z, załóżmy Domu Tebańskiego, ma do wyrównania dług krwi z Domem Rzymskim (bo przodkowie się mordowali) i znajdzie się w pobliżu członka tego domu, mimowolnie próbuje go zabić. Podobnie, gdy znajdzie się w pobliżu Wygańca – Sukcesora, który zamordował członka własnego domu. Ten krwawy maraton może zakończyć tylko jedna osoba – Helena (tak, jest jakimś tam wcieleniem Heleny Trojańskiej). Jako Podziemny Wędrowiec co noc w snach schodzi do Hadesu, próbując znaleźć sposób na pozbycie się erynii. Jednak wędrówki po Piekle przyjemne ani łatwe nie są. Helena potrzebuje pomocy.

Przyznam szczerze, że sam pomysł na fabułę mnie zaciekawił. Mity greckie wplecione we współczesny świat na nieco innych zasadach niż te, które znam z „Percy’ego Jacksona” zapowiadały się obiecująco. Ba! Cała afera z eryniami jest wciągająca, a sposób na uwolnienie się od ich klątwy naprawdę przemyślany i wcale nie taki oczywisty, jak mogłoby się wydawać. W dodatku mamy tu ciekawe przedstawienie Aresa, Hadesa, Persefony i wędrówki po Podziemiu, działającym na pewnych zasadach, ale jednocześnie zupełnie nieprzewidywalnym, okrutnym, zwłaszcza w początkowych rozdziałach książki. Szczerze mówiąc, to właśnie na początku Podziemie przypominało Piekło, potem jakoś zupełnie nie czułam grozy.

I tu zaczyna się pierwszy z moich problemów z tą książką. Nie czułam żadnych emocji podczas czytania. Znaczy, ciekawiło mnie, jak to wszystko się skończy, ale żebym jakoś szczególnie coś przeżywała to raczej nie. Ot, zwykła opowiastka. Ma to chyba jakiś związek z tym, że autorka rozwodzi się nad emocjami postaci, ich relacjami, a ważne wydarzenia, pchające fabułę do przodu, niemal streszcza. Byłoby to w porządku w przypadku obyczajówki, ale tutaj nie bardzo.

Kolejny problem to cała konstrukcja świata z bogami w tle. O ile podział na cztery domy i różne sukcesorskie tradycje są przemyślane,  o tyle mam wrażenie, że jakkolwiek ktoś byłby dyskretny i wzbijał się wysoko w powietrze, sąsiedzi (a nawet nie – ktokolwiek!) zauważyliby kiedyś, że dana osoba potrafi latać. Zwyczajnie ktoś w końcu by to zauważył. Podobnie jak inne nienaturalne zachowania czy reakcje Sukcesorów. Riordan załatwił to Mgłą, Josephine Angelini tego nie dopracowała.

Jeśli chodzi o postacie, miałam mieszane odczucia. Helena mnie drażniła, przez tę swoją całą wyjątkowość i to, że wszyscy ją uwielbiali, a połowa bohaterów płci męskiej jest lub była w niej zakochana. Lucas, jej ukochany, z którym nie może być, gdyż jest… jej kuzynem, jakoś nie zdobył mojej sympatii, ale też niczym mnie nie zdenerwował. Natomiast trzeci bok tego miłosnego trójkąta (no co? nie mówcie, że się nie spodziewaliście – to paranormal romance, musi być trójkąt, jakżeby inaczej), Orion, okazał się całkiem sympatycznym, inteligentnym, pełnym empatii chłopakiem.

Jednak moimi ulubieńcami bezapelacyjnie zostali Claire i Matt. Obydwoje są śmiertelnikami, ale naprawdę świetnie sobie radzą z boskim zamieszaniem, wciąż pozostając sobą – Claire zwana Chichotem odważną, roześmianą i rozgadaną dziewczyną, Matt rozsądnym, dzielnym, lojalnym chłopakiem.

Za co mogę jeszcze autorkę pochwalić? Dialogi. Naturalne, nienadęte, nie przesadnie „wydoroślane” dialogi. Młodzież z książki mówi tak, jak normalna, a w wielu powieściach mam z tym pewien problem. Duży plus.

Mogłabym się trochę uczepić do wydania, bo jest w nim trochę błędów, a poza tym, nie wiem jak Was, ale mnie strasznie irytują fragmenty recenzji Z PRZODU na okładce. Rozumiem, z tyłu. Ale z przodu? No a opis na jednym ze "skrzydełek" zapowiada powieść o wiele gorszą i nudniejszą niż jest. 


Nie wiem czy kiedyś sięgnę po inne części tej trylogii, niemniej jednak nie żałuję, że ją przeczytałam. Nienajgorsza książka z całkiem niemałym potencjałem. 


Cytat:
"Wiedzieć, czego się chce i mieć dość pewności, żeby powiedzieć to na głos, to dwie najtrudniejsze rzeczy w życiu."

Ocena: 6/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




niedziela, 11 maja 2014

[75] Gra o tron

Wybaczcie to jednodniowe opóźnienie.Wybaczcie również niedokładną recenzję, ale trudno opisywać arcydzieła.

Tytuł: Gra o tron

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #1

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i spółka

Liczba stron: 837


„Grę o tron” miałam w planach od bardzo, bardzo dawna. Wszędzie zbierała pozytywne recenzje, serial wszyscy zachwalają, znajomi polecali, a moja chęć przeczytania tej książki rosła z dnia na dzień. Dlatego niezmiernie się ucieszyłam, gdy otrzymałam ją na urodziny (dziękuję, dziękuję, dziękuję!). A potem lekko się przestraszyłam, gdy zobaczyłam bardzo negatywną recenzję. Na szczęście niepotrzebnie!

W Siedmiu Królestwach po obaleniu Szalonego Króla, Aerysa Targaryena, nastał pokój. Na Żelaznym Tronie zasiada Robert Baratheon. Jego przyjaciel,  Ned Stark, panuje spokojnie w swojej położonej na dalekiej północy siedzibie – Winterfell. Wizyta króla wywraca jednak życie Starków do góry nogami. Nadchodzi zima. Mur, północny kres bezpiecznego, cywilizowanego świata, również wydaje się być zagrożony. Coś się za nim czai, coś dziwnego i zdecydowanie niebezpiecznego. Jak poszczególne, walczące o władzę rody odnajdą się w nowej sytuacji? Czy czasy pokoju minęły? Co dzieje się z potomkami Szalonego Króla?

Mnóstwo pytań bez odpowiedzi, mnóstwo drobnych, pozornie niewiele znaczących wydarzeń, które okazują się mieć olbrzymie znaczenie – tak mniej więcej wygląda fabuła „Gry o tron”. Choć akcja wcale nie pędzi jak szalona, od tej powieści nie sposób się oderwać. Wciąga już od pierwszych stron. Poszczególne rozdziały to fragmenty skupiające się na poszczególnych postaciach – wiem, że niektórych takie skakanie z narracją irytuje, ale mnie nie. Raczej urozmaica, pozwala ogarnąć całość. Bo tutaj od szczegółu przechodzimy do ogółu, George R. R. Martin umiejętnie poprzez poszczególne osoby potrafi nam nakreślić sytuację polityczną w Siedmiu Królestwach. Robi to naprawdę po mistrzowsku.

Głównych postaci jest sporo, ale możemy je naprawdę nieźle poznać, choć radziłabym nie oceniać ich zbyt pochopnie – tu nigdy nic nie wiadomo. Mam spory problem z wymienieniem ulubieńców, bo, naprawdę, każdy ma w sobie coś wyjątkowego. No dobra, nienawidzę Cersei, jej rozwydrzonego bachora znanego jako Joffrey, Lysy Arryn i jej płaczliwego dzieciaka. I Daenerys, przynajmniej na początku. Jakaś taka… rozmemłana jest. Za to polubiłam chyba wszystkich Starków (Neda i Robba za ich honorowość, Brana, bo pocieszny z niego dzieciak, Aryę, bo jest pyskata i nieprzewidywalna, a Sansę za to… że jest Sansą, jest Sansą i próbuje za wszelką cenę nią pozostać), Jona Snowa (ogólnie całą ekipę z Muru), Petyra Baelisha, Tyriona Lannistera i… och, całą resztę. I wilkory. Kocham te wilkory. Chcę takiego.

Nawet nie wiem, co tu napisać. Chyba nie muszę dodawać, że opisy, dialogi i tak dalej są na bardzo wysokim poziomie? Wszystko to sprawia, że czytelnik niemal czuje się uczestnikiem rozgrywających się w książce wydarzeń. Naprawdę. Ledwie zaczęłam, a już wszystko przeżywałam (wszyscy moi znajomi mogą to potwierdzić). Jestem po prostu zachwycona tą powieścią. Każdym jej elementem.  

Zdecydowanie „Gra o tron” trafia do grona moich ulubionych książek. Już nie mogę się doczekać, aż wezmę do ręki drugi tom i przekonam się, jak to wszystko się dalej potoczy. A potem serial.


Polecam gorąco wszystkim. Zwłaszcza fanom fantastyki, przygód, politycznych intryg. Nie, jednak nie. Zwłaszcza wszystkim. 


Cytat:
"- Czy można okazać dzielnośći, bojąc się jednocześnie?
- Tylko wtedy można być naprawdę dzielnym."

Ocena:10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




sobota, 3 maja 2014

[74] Legenda. Rebeliant

Tytuł: Legenda. Rebeliant

Seria: Legenda #1

Autorka: Marie Lu

Wydawnictwo: Zielona sowa

Liczba stron: 304

Na „Rebelianta” miałam czytelniczą chrapkę już od jakiegoś czasu. Zbierał sporo pozytywnych recenzji, wydawał się świetną dystopią w stylu „Igrzysk śmierci”. Kiedy więc otrzymałam tę powieść na urodziny (dziękuję, kochani!), bardzo się ucieszyłam. Czy mój entuzjazm osłabł po przeczytaniu?

Republika. Trwa wojna z Koloniami. W biedniejszych sektorach rozprzestrzeniają się epidemie. Rząd nie ma lekko, a zadania wcale nie ułatwia mu piętnastoletni Day – najsłynniejszy przestępca w kraju. Chłopak kradnie, niszczy, podpala, jednak, jak do tej pory, nikogo nie zabił. Czy więc zabójstwo młodego kapitana Metiasa to jego sprawka? Siostra Metiasa, June, rówieśniczka Daya, jest o tym przekonana i postanawia złapać sprawcę. A nie jest to czcza groźba – June jest nadzwyczaj bystrą i zdolną dziewczyną. Czy uda jej się schwytać Day’a? Czy rząd na pewno chce dobra swoich obywateli? Skąd biorą się epidemie?

Zacznę od słabych stron książki, to potem będzie przyjemniej. Po pierwsze – June. Po drugie – June. Po trzecie – JUNE. Jeżu kolczasty, jak ona mnie irytowała! Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że jej naprawdę nie lubię. Jej zachowania, jej słowa – wszystko to tworzy naprawdę zwyczajną bohaterkę. Dość inteligentną, ale nie jakąś wybitną. Ot, bohaterka, jakich wiele. Trochę przypomina Lenę z „Delirium” (cała książka zresztą raczej kojarzy mi się z „Delirium” niż z ”Igrzyskami śmierci”) tą swoją naiwnością, że przecież rząd powiedział, to tak musi być. Tyle, że przedstawienie tej dziewczyny… Mary Sue na całej linii. Najwyższy wynik na Próbie, złote dziecko Republiki, wszyscy wysoko postawieni o niej mówią, sam Elektor gratuluje jej udanej misji, taka młoda na takim stanowisku – no niebywałe. „Ochy” i „Achy” pod każdą możliwą postacią. Normalnie szlag mnie trafiał, zwłaszcza, gdy ją poprosili o konsultacje na miejscu zbrodni. Wiem, że miała to być scena, w której June wykazuje się dedukcją, ale przecież dochodziła do takich wniosków, że cała reszta (zawodowi żołnierze i agenci) musiała być naprawdę przygłupawa, żeby samemu na to wszystko nie wpaść. Grr…

Natomiast Day’a jak najbardziej polubiłam. Bystry, ale popełnia błędy. Przestępca, ale troszczy się o ludzi, na których mu zależy. Bywa, że się boi, ale stara się tego nie okazywać. Silny, ale zdarza mu się załamać. Autorka nie przesadziła w żadną stronę i bardzo się z tego cieszę.

Cała reszta postaci też ma się świetnie. Podobnie jest z fabułą i zgrabnie skonstruowanym światem przedstawionym. Pojawiło się kilka intrygujących wątków, jestem ciekawa, jak Marie Lu je rozwinie.  Do języka można się przyczepić, zwłaszcza w dialogach, które chwilami brzmiały nienaturalnie (wiecie, nastolatkowie i małe dzieci mówiący przepoprawnie), ale to raczej jakieś drobniutkie zgrzyty, zupełnie nieprzeszkadzające w odbiorze powieści. Korekta też zbytnio się nie wysiliła, niestety.

Narracja podzielona jest na Day’a i June dzięki czemu możemy poznać historię z punktu widzenia obydwu głównych postaci. To świetne rozwiązanie, bo choć podobni do siebie, Day i June myślą chwilami zupełnie inaczej.

Największym plusem tej powieści jest zdecydowanie fakt, że wciąga i czyta się ją naprawdę błyskawicznie. Mimo wielu niedociągnięć wprost niesposób się od niej oderwać i myślę, że to zadecydowało o tym, że oceniłam ją miarę wysoko.

Jak każda inna dystonia, „Rebeliant” opowiada o władzy manipulującej ludźmi, o buncie. O zbrodniach w białych rękawiczkach. Mówi też o przyjaźni, lojalności, miłości. Właśnie, miłość. Byłabym zapomniała o wątku miłosnym. To dziwne, bo jest tutaj dość znaczący. Wypada jednak wiarygodnie, nie jest trójkątem miłosnym i mnie osobiście się podobał.


Polecam, choć zarówno „Igrzyska śmierci”, do których wiele osób tę książkę porównuje, jak i „Delirium” wywarły na mnie chyba lepsze wrażenie. Mam nadzieję, że kolejne części będą jeszcze lepsze. 


Cytat:
"Każdy dzień oznacza nowe dwadzieścia cztery godziny.Z każdym kolejnym dniem wszystko na nowo staje się możliwe. Obojętnie, czy żyjesz, czy giniesz, możesz mieć tylko jeden dzień naraz."

Ocena: 7/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



sobota, 19 kwietnia 2014

[73] Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz (+ życzenia wielkanocne)

Tytuł: Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz

Seria: Arsene Lupin #1

Autor: Maurice Leblanc

Wydawnictwo: Elipsa

Liczba stron: 203


Kiedy pod koniec XIX wieku olbrzymią popularność zaczęły zyskiwać opowiadania o przygodach Sherlocka Holmesa, słynnego londyńskiego detektywa, stworzonego przez Artura Conana Doyle’a, książki detektywistyczne zaczęły cieszyć się coraz to większym gronem czytelników. Zgrabnie wykorzystał to Maurice Leblanc, publikując w 1905 roku książkę „Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz.” Historia ta została na rynku wydawniczym bardzo entuzjastycznie i do dziś cieszy się sporym zainteresowaniem.

Przyznam szczerze, że mimo kilku ekranizacji (ostatnia z 2004 roku) nigdy o tej serii nie słyszałam. Trafiła w moje ręce dzięki… promocji w Carrefourze. Spojrzałam: „O! Co to może być za książka za trzy złote?”. Z ciekawości wzięłam i niewiele się po niej spodziewałam. A tutaj szok. Ta powieść jest świetna.

Zacznę może od tego, co różni ją od innych powieści detektywistycznych (och, no dobra, wiem, nie czytam zbyt wielu powieści detektywistycznych). Przede wszystkim główny bohater. Przeważnie jest to przecież detektyw. Tutaj, przeciwnie. Arsène Lupin stoi po drugiej stronie konfliktu. To jego ścigają detektywi. Lupin to włamywacz. Złodziej, mówiąc najprościej. Ale złodziej niezwykły, bo praktycznie nie zostawia żadnych śladów, a każda przeprowadzona przez niego akcja jest starannie zaplanowana i w stu procentach z planem zgodna. Niemożliwa wręcz do wykrycia.

Przede wszystkim jednak Arsène jest diabelnie inteligentnym człowiekiem, niepozbawionym poczucia humoru (zerknijcie tylko na cytat!), potrafiącym dostosować się do każdej sytuacji. No i, jak tytuł wskazuje, to typowy dżentelmen.  Zdecydowanie zalicza się do jednego z moich ulubionych bohaterów literackich.  

Cała powieść składa się z kilku historii, raczej luźno z sobą powiązanych. To pierwsza część przygód słynnego włamywacza, otrzymujemy więc wyjaśnienie, jak zaczęła się jego „kariera”, jak się rozwijała, poznajemy co głośniejsze sprawy z jego udziałem. Całość ma miejsce we Francji na przełomie XIX i XX wieku.

Maurice Leblanc pisze stylem bardzo płynnym, swobodnym i, nie bardzo wiem, jak to ująć… eleganckim? Tak, chyba tak bym to określiła. Wiecie, o co mi chodzi? Jeśli nie, to przeczytajcie i przekonajcie się sami.
Naprawdę polecam. Zagadek tu mnóstwo, wcale nie są łatwe do rozwiązania. Zwroty akcji gwarantowane, na pewno nieraz będziecie zdziwieni rozwojem akcji. „Arsene Lupin” wciąga momentalnie. Błyskotliwe, humorystyczne dialogi i rewelacyjny główny bohater sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością.  


Cytat: 
"Arsene Lupin, ekscentryczny dżentelmen, obraca się jedynie w pałacach i salonach i pewnej nocy, kiedy to odwiedził apartamenty barona Schormanna, opuścił je z pustymi rękami, pozostawiwszy tam wizytówkę z następującym dopiskiem: >>Arsene Lupin, dżentelmen włamywacz, powróci, gdy meble będą autentyczne.<<"

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:








A teraz pozwólcie, że złożę Wam wielkanocne życzenia (wiem, późno, jestem spóźnialska zawsze).

Świąt zdrowych, żeby móc się nimi w pełni cieszyć. Spokojnych, byśmy potrafili choć na chwilę się zatrzymać w dzisiejszym pędzącym świecie. Radosnych, bo uśmiech na twarzy potrafi przegonić najciemniejsze nawet chmury. Chwil spędzonych z rodziną przy świątecznym stole w jak najcieplejszej atmosferze i Błogosławieństwa Bożego, byśmy nie zapomnieli, że w tych świętach nie chodzi o zajączka z prezentami i kolorowe pisanki. Jednym słowem, wszystkiego dobrego w te święta!




Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo