Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

[101] Inwit

Tytuł: Inwit

Seria: Algorytmy wojny #4

Autor: Michał Cholewa

Wydawnictwo: War Book

Liczba stron: 508


Kiedy ponad rok temu recenzowałam „Fortę” Michała Cholewy, po raz pierwszy w życiu byłam naprawdę zachwycona powieścią science fiction, gdyż nigdy nie był to mój ulubiony gatunek. Wtedy jednak wartka akcja i doskonale wykreowane postacie sprawiły, że zmieniłam nieco zdanie i zaczęłam wyczekiwać dalszych przygód kaprala Wierzbowskiego i spółki. Doczekałam się, a „Inwit” z pewnością moich dość wysokich oczekiwań nie zawiódł.

Po wydarzeniach na Atropos Marcin Wierzbowski awansował – teraz jest sierżantem. W Dowództwie Operacji Specjalnych, popularnie zwanym „oesami” i znanym z niekonwencjonalnych akcji i równie niekonwencjonalnych (oraz niekoniecznie moralnych) metod. To nie wróży nic dobrego. Gdy więc oddział naszego głównego bohatera zostaje nagle wezwany w środku urlopu, staje się jasnym, że zbliżają się kłopoty. Czyżby przełom w wojnie z Amerykanami, na których terytorium wpływów znajduje się planeta Liberty, gdzie zostaje wysłany zespół Wierzbowskiego? Liberty tymczasowo jest sojuszniczką Unii Europejskiej, jednak przymierze to wydaje się być dość kruche. Czy jest takie naprawdę? Czy na tej planecie z czteromilionową populacją, jest cokolwiek wartego oprócz kopalń niezwykle cennego surowca – caellium? Jaką grę prowadzi przełożony Marcina, pułkownik Brisbane?

Fabuła nie jest prosta. Poziom komplikacji już w poprzednich częściach był wysoki, ale tutaj rośnie jeszcze bardziej. Nic w tym zresztą dziwnego, operacje oesów nie mogą  być przecież proste. Dlatego właśnie należą się ogromne pochwały autorowi, który jest wstanie wszystkie te wątki połączyć, tkać fabułę z przeróżnych nici  i niczego nie poplątać, nie popełnić błędów merytorycznych w obrębie utworzonego przez siebie świata, nie zgubić sensu i logiki, trzymać się spójności. Mało tego! Cholewa odkrywa karty przed czytelnikiem bardzo powoli, stopniując napięcie, nie wyjaśniając, o co toczy się gra, ale też nie sprawiając, że ten zirytowany odrzuci książkę, nie wiedząc zupełnie, o co w niej chodzi. W miarę nadążałam nawet ja, kompletny laik, jeśli chodzi o science fiction, a już w ogóle o jego militarną odmianę. Dlatego zasada złotego środka została zachowana.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, tym razem nie czułam się przytłoczona ogromem nazw związanych z nowoczesnymi technologiami, statkami kosmicznymi, infrastrukturą opisywanej planety. Być może po prostu przywykłam do tego świata i szybciej przyswajałam pewne informacje, jednak myślę, że zasługa w tym raczej bardziej zrównoważonych opisów, braku chaosu i umiejętnie prowadzonej narracji.

W dodatku w porównaniu do „Forty” mniej jest tu akcji stricte militarnych (co nie znaczy, że jest ich mało), bowiem otrzymujemy także informację o polityce Unii, Liberty i Stanów Zjednoczonych. Niektórzy mogą być tym zawiedzeni, dla mnie natomiast to poszerzenie perspektywy i pokazanie, że stworzony przez Michała Cholewę świat po prostu się rozwija. Z rosnącym zainteresowaniem obserwowałam poczynania rządu i Służby Bezpieczeństwa Liberty dotyczące sojuszu z Unią i walki z terrorystami oraz prowadzenie polityki przez unijną ambasador, Evę Dunbar. Autor z dużym wyczuciem opisał polityczne mechanizmy i dyplomatyczne zagrania poszczególnych stron konfliktu, uwzględniając jednocześnie psychologię poszczególnych bohaterów.

Skoro już mowa o bohaterach, jest chyba o nich samych trochę mniej niż w poprzedniej części. Nie oznacza to, że są źle wykreowani czy nic o nich nie wiemy. Raczej poznajemy tu poszczególne postacie przez ich działania niż opis, co w gruncie rzeczy jest świetnym zabiegiem. Sam Wierzbowski coraz bardziej zyskuje moją sympatię i autentycznie współczuję mu wyborów, których musi dokonywać w czasie swojej służby wojskowej. Dużym plusem jest pokazanie wątpliwości targających Marcinem i jego stopniowe, coraz większe chyba wyobcowanie, które odczuwa.

Mamy także  w „Inwicie” więcej pułkownika Brisbane’a, którego opanowanie i umiejętności analityczne naprawdę podziwiam i mocno cenię niejednoznaczność tej postaci.

Brakowało mi trochę większej obecności oddziału Wierzbowskiego – Issakson, Weissa, Szczeniaka. Niby byli, ich cechy charakterystyczne dało się wyłapać, ale zostali trochę usunięci w cień, takie przynajmniej odniosłam wrażenie.

Jeśli macie ochotę na dobrą powieść z wartką akcją, ciekawą galerią postaci, opowiadającą o wcale niełatwych rzeczach – wojnie, polityce, wyborach moralnych, odpowiedzialności i sytuacjach absolutnie podbramkowych, powieść, w której możecie kibicować naprawdę świetnie wykreowanym postaciom, z których z pewnością jakaś przypadnie Wam do gustu, powieść o rozwiniętej, gruntownie zaplanowanej fabule – sięgnijcie po „Inwit”, nawet jeśli nie jesteście fanami gatunku. Bo jeśli jesteście, to dla Was pozycja obowiązkowa!


Cytat: 
"Przez chwilę zastanawiał się, kto go zgłosił. Może po prostu rutynowo sprawdzano każdą nową osobę wykrytą przez wszechobecne na ulicach i w budynkach kamery bezpieczeństwa? A może ktoś z hotelu, przypadkowy przechodzień? Spojrzał na niego i pomyślał: ten to nie wygląda na człowieka?" 

Ocena: 9/10



Książkę otrzymałam od wydawnictwa War Book dzięki życzliwości jej autora. 
Dziękuję za zaufanie.  : )



Wracam. Tak myślę. Nie obiecuję regularności, mam jednak nadzieję, że przynajmniej raz na dwa tygodnie uda mi się opublikować recenzję. Trochę "otrzaskałam się" już ze studiowaniem i chyba nauczyłam rozplanowywać sobie czas. 

Kolejnym powodem mojego powrotu jest zrecenzowana wyżej książka. Przyszła z wydawnictwa z zaskoczenia i to, że ktoś pamiętał o moich recenzjach, dało mi zastrzyk pozytywnej energii do kontynuowania tego, co przecież robiłam z zapałem już od dawna, a co nagle urwało się w październiku wraz z rozpoczęciem studiów i rosnącym stosem lektur.

Dziękuję wszystkim, którzy pamiętają i tym blogu i czasem tu zaglądają. 

Coś stało się z nagłówkiem, postaram się to naprawić. 

Pozdrawiam Was serdecznie,
StrawCherry. :  )


niedziela, 18 października 2015

[100] Przemiana

Tytuł: Przemiana

Autorka: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 544


Po Bez mojej zgody i Kruchej jak lód miałam już pewne wyobrażenie co do twórczości Jodi Picoult, bo obie książki, choć każda interesująca na swój własny sposób, miały sporo elementów wspólnych – chore dziecko, matkę, usiłującą je uratować za wszelką cenę, niełatwe dylematy moralne, pięknie ukazane relacje rodzinne, rozbudowane wątki postaci drugoplanowych, których losy splatają się z dziejami głównych bohaterów. Byłam więc przekonana, że wiem, czego mogę spodziewać się po Przemianie. Czy moje przewidywania okazały się trafne?

O czym właściwie jest Przemiana? Elizabeth, córka June, miała dwa latka, kiedy jej matka została wdową. Kobieta była przekonana, że drugi raz nie spotka już miłości, los jednak pozytywnie ją zaskoczył. Kurt okazał się cudownym mężem i wspaniałym ojczymem. Jednak spokojne życie June znów przewraca się do góry nogami. Ponownie spotyka ją tragedia. Jej sprawcą jest Shay Bourne – jak się okazuje jedyny człowiek, który może ocalić Claire, córeczkę June  - najdroższą jej osobę na świecie. A czy ktoś ocali Shaya?

Fabuła powieści, choć to książka obyczajowa, nie jest wcale prosta. Autorka do ostatnich stron nie odkrywa wszystkich kart, a pewnych szczegółów z przeszłości bohaterów wcale nie ujawnia, pozostawiając domysły czytelnikom. Powoli, z wyczuciem, umiejętnie operując retrospekcjami i w odpowiednich momentach oddając głos poszczególnym bohaterom (bo pierwszoosobowa narracja prowadzona jest naprzemiennie przez niemal wszystkie główne postaci) ujawnia fakty dotyczące ich przeszłości, dozuje czytelnikowi informacje, pozwalając mu analizować je w coraz szerszym kontekście.

Przemyślenia, do jakich zmusza, wcale nie są banalne. Na pierwszy plan wysuwają się rozważania o moralności i czy w zgodzie z nią można skazać człowieka na śmierć. Co sprawia, że takie wyroki zapadają? Jak tytaniczną pracę wykonują ludzie, którzy w USA z karą śmierci walczą. Co może sprawić, że człowiek zmienia swoje poglądy w takiej kwestii?

Ponadto możemy w „Przemianie” znaleźć wiele rozważań natury religijnej. Jeden z bohaterów jest katolickim księdzem, inna postać to córka rabina. Okazuje się, że choć wychowani w innej wierze, mają podobne poglądy na pewne sprawy. A jeśli myślą inaczej, uczą się to szanować. To niezwykle cenna lekcja.

Jak zwykle u Picoult mamy całkiem wiarygodnie nakreślone relacje matka-córka. Claire i June są ze sobą bardzo zżyte, kobieta kocha córkę nad życie, zaś dziewczynka ufa jej i traktuje jako autorytet. Co nie znaczy, że nie mogą czasami się nie rozumieć. Ważne jest, że próbują wszelkie różnice w myśleniu i postrzeganiu świata nawzajem sobie tłumaczyć.

Oprócz troskliwej June, która uczy się trudnej sztuki wybaczania, Claire usiłującą zrozumieć matkę, Michaela przeżywającego kryzys wiary i Maggie walczącej z własnymi kompleksami, jest jeszcze Shay Bourne. Młody mężczyzna, który zrobił coś strasznego i teraz musi ponieść karę. Jednak czy należy oceniać go tak surowo? Co nim kierowało? Czy naprawdę ten wrażliwy, wydaje się, że lekko opóźniony w rozwoju, człowiek mógł dopuścić się przypisywanego mu okrucieństwa? Uwierzcie, że odpowiedzi na te pytania naprawdę nie są oczywiste.


Oprócz mnóstwa chwil refleksji „Przemiana” dostarcza także wielu emocji – od śmiechu, poprzez łzy wzruszenia, aż po bezsilny gniew, że coś potoczyło się tak, a nie inaczej. No i jest też po prostu naprawdę nieźle napisaną powieścią obyczajową, zdecydowanie się wyróżniającą. Polecam serdecznie.


Cytat: 
"Każdy ma  w sobie trochę z Boga... i trochę z mordercy. A potem już tylko od życia zależy, która strona weźmie górę." 

Ocena: 7/10


Nie mogę wprost uwierzyć, że to już setna moja recenzja! Z tej okazji w niedługim czasie zamierzam przygotować dla Was jakiś konkurs.

Dziękuję, że ze mną jesteście i przepraszam, że ostatnio ja sama zaglądam do blogowego świata tak rzadko. Przejście z liceum na studia jest jednak absorbujące i muszę się na tej uczelni trochę ogarnąć. 

Pozdrawiam, 
Strawcherry. ; )

sobota, 18 lipca 2015

[99] Lux perpetua

Tytuł: Lux perpetua

Seria: Trylogia husycka #3

Autor: Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Liczba stron: 560


W końcu znalazłam czas, by dokończyć Trylogię husycką – dzieło mojego ulubionego pisarza, twórcy „Wiedźmina” – Andrzeja Sapkowskiego. W moje łapki wpadła ostatnia część serii – „Lux perpetua”. Czy jest tak dobra, jak poprzednie tomy? Czego można się po niej spodziewać?

Reinmar z Bielawy zwany Reynevanem jest już znaczącą postacią w husyckich szeregach. Jak to w życiu bywa, oznacza to nie tyle nowe przywileje, ile nowych wrogów. A tych nigdy głównemu bohaterowi nie brakowało. Choć przez całą serię dorósł, nie udało mu się pozbyć wyjątkowego talentu pakowania się w tarapaty. Tym razem nie dość, że wciąż szuka swej porwanej ukochanej, to jeszcze staje przed wyborem między miłości ą a lojalnością. Pomaga mu, jak zwykle do bólu praktyczny i szczery, Demeryt Szarlej. Z kolei trzeci z kompanii, Samson Miodek, także stanął na rozstaju dróg. Którą z nich wybierze? Co knuje Grellenort? Gdzie podziewa się Urban Horn? I, przede wszystkim, gdzie jest Jutta?

Jak widać, pytaniom nie ma końca, pomalutku jednak jawią się też na nie odpowiedzi. Jednak, co nie jest niczym zaskakującym w powieściach Sapkowskiego, wszystkiego czytelnik się nie dowie. Bo i o czym miałby rozmyślać po lekturze?

A wierzcie mi, jest o czym. Niełatwe wybory moralne bohaterów, całe mnóstwo niebezpiecznych przygód, świetnie odzwierciedlone tło historyczne wydarzeń, niepowtarzalna warstwa językowa utworu, łacińskie zwroty i wyrażenia wplecione w tekst. To wszystko składa się na finał trylogii idealnie do niej pasujący – pełen zwrotów akcji, trzymający w napięciu, pochłaniający bez reszty, intrygujący. 

Nie sposób pominąć bohaterów powieści – bohaterów z krwi i kości, bez względu na to, czy są postaciami pierwszoplanowymi czy pojawiają się tylko w epizodach. Sapkowski ukazał poprzez nich, jak skomplikowane mogą być dzieje ludzkiego życia i jak nawet nie spodziewamy się, jak nasze decyzje mogą wpłynąć na losy innych ludzi. Ponadto w mistrzowski sposób zaprezentował przemianę i dorastanie swych bohaterów (z moim ulubieńcem – Reinmarem na czele) przy jednoczesnym pozostaniu tym samym człowiekiem, jakim było się kiedyś.

Co jeszcze mogę powiedzieć o „Lux perpetua”? Bardzo wiele, ale chyba nikomu nie będzie się chciało czytać tych wszystkich „ochów” i „achów”, mam rację? Tym bardziej, że byłyby podobne, co przy poprzednich częściach, a nawet innych utworach Sapkowskiego. Powiem więc tylko, że czytając, czułam całą gamę emocji (łącznie z… zdenerwowaniem na autora za… no, kto przeczyta, będzie wiedział za co), zainteresowałam się nieco tematem wojen husyckich no i ogólnie myślami byłam razem z Reynevanem i spółką.

Polecam gorąco całą trylogię – naprawdę jest warta przeczytania, choćbyście wcale nie przepadali za tego typu literaturą.



Cytat:
"W Polsce każdy, kto u władzy, ma własne, prywatne interesy i niezmiennie własny interes dobrem ojczyzny nazywa, tak u was od wieków jest i po wiek wieków będzie."

Ocena: 10/10

poniedziałek, 22 czerwca 2015

[98] Ziemia skuta lodem

Tytuł: Ziemia skuta lodem

Seria: Zwiadowcy #3

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 350


Zaciekawiona „Ruinami Gorlanu” i usatysfakcjonowana kontynuacją – „Płonącym Mostem” postanowiłam kontynuować przygodę ze słynnym cyklem Johna Flanagana, który zjednał mu tylu czytelników na całym świecie i sięgnęłam po trzecią część „Zwiadowców”. Jak „Ziemia skuta lodem” wypada na tle swych poprzedniczek?

Will i Evanlyn trafili do skandiańskiej niewoli. Zmierzają do obcej sobie krainy, nie wiedząc zupełnie, co ich czeka. W dodatku dziewczyna musi ukrywać swoje królewskie pochodzenie, by nie wpaść w jeszcze większe tarapaty. Czytelnik śledzi, jak ta dwójka młodych ludzi próbuje poradzić sobie w nowych, trudnych warunkach, jak gorączkowo szuka drogi ucieczki. Czy ją znajdzie?
Tymczasem Halt i Horace wyruszają we własną, równie pełną niebezpieczeństw podróż. Jej celem jest uratowanie Willa – przyjaciela Horace’a i ucznia Halta, do którego ten szczerze się przywiązał i którego poprzysiągł uratować. Jednak król uważa, że priorytetem działania Korpusu Zwiadowców jest coś innego…

Na początek minusy, których, na szczęście, jest bardzo mało. A właściwie tylko jeden. Niewiele mnie zaskoczyło. Historia przedstawiona przez Flanagana jest dość łatwa do przewidzenia i naprawdę nietrudno się w niej połapać. Nawet zakończenie wydaje się być zwyczajnie oczekiwane przez czytelnika, który chyba nie spodziewa się niczego innego.

A mimo wszystko, historia Willa i spółki nie nudzi i tutaj ujawnia się talent autora. Niby nic szczególnego, a jednak czyta się to z zainteresowaniem, coraz bardziej zżywając się z bohaterami. Nie wiem, czy to zasługa wartkiej akcji czy też lekkiego pióra Flanagana, ale „Zwiadowcy” z każdą częścią wciągają coraz bardziej, przygoda zaczyna nabierać tempa, a świat przedstawiony w serii staje się coraz bliższy.

Wspomniałam o bohaterach, bo też nie sposób ich nie docenić. Zwłaszcza, że, ku mojej wielkiej radości, niemal połowa książki skupia się na moim ulubieńcu – Halcie. Co prawda w towarzystwie Horace’a, którego lubię o wiele mniej, ale przy starym zwiadowcy wszyscy zyskują. Mniej było za to Willa, głównego bohatera, kosztem rozwoju Evanlyn i przede wszystkim skandyjskiego kapitana, Eraka. Ten okazał się być bohaterem niezwykle intrygującym i szybko zdobył moje czytelnicze serce. 

Wydaje mi się jednak, że każdemu poświęcono dokładnie tyle miejsca, ile było trzeba, nie mniej i nie więcej. Dzięki temu możemy poznać różne połączone z sobą historie i różne punkty widzenia. Stworzyć sobie pełniejszy obraz całej historii. To także pokazuje wyczucie autora.


Wyjątkowy klimat cyklu pozostał utrzymany. Przygoda z nutką elementów fantastycznych – idealna mieszanka dla młodego czytelnika (choć i dorośli narzekać nie powinni). Okraszona humorem, z barwnymi  postaciami, coraz bardziej „swojska” z każdym tomem.  Zdecydowanie warta polecenia.


Cytat:
"Jednak nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Najważniejsze, żeby wierzyć, nie poddawać się. Teg nauczył mnie Halt. Nigdy się nie poddawaj, bowiem kiedy pojawi się sposobność, musisz być gotów, żeby z niej skorzystać."

Ocena:  8/10

poniedziałek, 15 czerwca 2015

[97] Gwiazd naszych wina

Tytuł: Gwiazd naszych wina

Autor: John Green

Wydawnictwo:Bukowy las

Ilość stron: 320


Pewnie co niektórzy z Was wiedzą już, że nie przepadam ani za typowymi młodzieżówkami, ani za książkami, których głównym tematem jest miłość. Nie przepadam także za tkliwymi pozycjami, które składają się z samych scen – wyciskaczy łez. Dlatego też początkowo nie miałam najmniejszej ochoty sięgać po słynną powieść Johna Greena, „Gwiazd naszych wina”.  Jednak recenzje, które czytałam były naprawdę zachęcające i sugerowały, że ta książka naprawdę warta jest uwagi. Że mówi co prawda o dwojgu młodych, zakochanych w sobie ludziach, w dodatku zmagających się ze śmiertelną chorobą, ale nie jest schematyczna i prezentuje sobą coś więcej niż przesłodzone sceny wyznawania sobie uczuć. Jeszcze bardziej zachęciła mnie ekranizacja, na którą wyciągnęła mnie koleżanka. I całe szczęście, że jednak to wszystko przekonało mnie do sięgnięcia po ten bestseller.

Parę słów fabule, która, mimo wszystko, skomplikowana jednak nie jest. Siedemnastoletnia Hazel Grace  od czterech lat walczy z nowotworem. Przerzuty do płuc sprawiły, że dziewczyna nie rusza się nigdzie bez aparatu tlenowego. Lekarze nie dają jej szans na powrót do zdrowia. Dziewczyna nie ma zbyt wielu przyjaciół, jest bardzo samotna. Na grupie wsparcia poznaje Augustusa – chłopaka, dzięki któremu na nowo odzyskuje radość życia.

Czytelnik może obserwować rodzące się uczucie dwojga młodych ludzi, którzy  przecież nie różnią się od swych rówieśników. Poza tym, że są śmiertelnie chorzy, są też zwyczajnymi nastolatkami. To zostaje wielokrotnie podkreślone – nikt tych postaci nie koloryzuje, nie heroizuje, brak tu zbędnego patosu, czego trochę obawiałam się w książce tego rodzaju. To zwyczajni nastolatkowie: mający wiele wątpliwości, szukający wsparcia u bliskich im osób, w tym przyjaciół, żartujący, mający swoje pasje i marzenia, złoszczący się. Wszystko to jednak zostaje niestety zdominowane przez chorobę, z którą muszą zmagać się każdego dnia, a która sprawia, że każdy dzień może być ostatni. I chyba właśnie ten cień choroby budzi tak głęboki smutek, kiedy czyta się tę powieść. Dobrze, że autor go nie podkreślał na każdym kroku, a jednak pozwala go odczuć. Green naprawdę potrafi stworzyć wyjątkowy nastrój lektury, okraszając ją dodatkowo scenami humorystycznymi – dzięki temu chwilami mamy ochotę płakać, a chwilami się uśmiechamy, czy wręcz głośno śmiejemy. Jak w życiu.

Wiarygodne postacie to duży plus tej powieści. Oprócz wrażliwej, kochającej czytać Hazel i wiecznie optymistycznego Augustusa, mamy też Issaka, przechodzącego ciężkie chwile, potrzebującego wsparcia przyjaciół, ale i wspierającego ich. Mamy starego, zgorzkniałego pisarza, którego tragedia z przeszłości zmieniła w opryskliwego gbura. A przede wszystkim, mamy rodziców Hazel i Gusa, którzy muszą poradzić sobie ze świadomością, że ich dzieci są śmiertelnie chore. Którzy muszą z tą świadomością żyć i przygotować się na odejście ukochanych pociech, na życie po ich śmierci.

Nie powiem, że wszystko mi się  podobało. Miałam problem z konstrukcją zdań, zwłaszcza na początku książki. Niektóre brzmiały bardzo niezgrabnie, ale nie wiem, na ile to wina autora, a na ile polskiego tłumaczenia. Poza tym jest naprawdę świetnie. Narratorką całej powieści jest Grace, co sprawia, że lektura ta jest zrozumiała i przyjemna w odbiorze dla młodego czytelnika.


„Gwiazd naszych wina” to pełna uroku opowieść, mówiąca o sprawach trudnych w niezwykle prosty sposób. Skłaniająca do refleksji, ale nie moralizatorska. Wzruszająca, ale i zabawna. I z całą pewnością warta polecenia. 


Cytat: 
"... martwi widziani są tylko przez potworne pozbawione powiek oczy pamięci. Żywi, dzięki Bogu, zachowują zdolność zaskakiwania i rozczarowywania."

Ocena: 8/10

poniedziałek, 1 czerwca 2015

[96] Baudolino


Wracam do żywych. Aż trudno mi uwierzyć, że ostatnią recenzję opublikowałam w lutym. Myślę jednak, że trochę przerwy wyjdzie na dobre i mnie, i blogowi, za którym się już trochę stęskniłam. Musiałam nieco odpocząć w tej maturalnej gonitwie, swoją drogą, nieco bezsensownej. Matura zdecydowanie jest przereklamowana. 
Będę starała się trzymać regularnego dodawania recenzji co tydzień, w razie jakiegoś przestoju związanego np. z wakacyjnym wyjazdem, będę na bieżąco informować na facebooku.
Pozdrawiam,
wasza StrawCherry. ; )


Tytuł: Baudolino

Autor: Umberto Eco

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Ilość stron: 516


Za twórczość  Umberto Eco chciałam się zabrać już od dawna, choć planowałam zacząć od „Imienia Róży”. Zachwalanie tego autora przez Sapkowskiego w „Historii i fantastyce” ostatecznie mnie zmobilizowało, jednak na półce miałam akurat „Baudolina”, więc sięgnęłam ostatecznie po  tę właśnie powieść Eco. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z tak słynnym pisarzem?

Jest rok 1204, trwa krucjata. Krzyżowcy plądrują Konstantynopol. Na ulicach nie jest bezpiecznie, nawet mury świątyń nie stanowią pewnego schronienia. Miasto zaczyna płonąć. W tym zgiełku i chaosie tytułowy Baudolino opowiada uratowanemu właśnie bizantyjskiemu historykowi, Niketasowi, dzieje swego życia. A jest co opowiadać – zaczynając od lat spędzonych na dworze cesarza Fryderyka Barbarossy, poprzez studia w Paryżu, aż po wędrówkę do legendarnego królestwa Księdza Jana.

Umberto Eco odmalował fascynujący obraz średniowiecznej Europy. Jej realia, kulturę, ludzkie myślenie. Opowiedział historię sporów Barbarossy z miastami włoskimi, dotknął tematu wypraw krzyżowych, opisał znaną legendę. Ubarwił to wszystko pewnymi elementami fantastycznymi (kraj diakona), dużą dozą dystansu i poczucia humoru (dowodem na to niech będzie ten cytat: "A kiedy ładował [Noe] na arkę zwierzęta, musiał być zalany w belę, bo przesadził z komarami, a zapomniał o jednorożcach.") . To wszystko, wraz z akcją rozwijającą się z początku powoli, później zaś coraz szybciej, wciąga czytelnia całkowicie w świat przedstawiony przez pisarza.

Do tego w „Baudolinie” znajdziemy wiele barwnych postaci, z tytułowym bohaterem na czele. Już od małego bardzo bystry (zwłaszcza, jeśli chodzi o naukę języków), posiadający bujną wyobraźnię i dar przekonywania, potrafił zjednać sobie serce cesarza Fryderyka. Przyznam, że moje też. Po prostu nie da się go nie lubić, chociaż niezły z niego szelma. Sam Fryderyk także zyskał moją sympatię, mimo swej zapalczywości. Polubiłam też oryginalną kompanię przyjaciół Baudolina, mieszkańców jego rodzinnej Aleksandrii i dociekliwego, ceniącego dobre jadło Niketasa.

Przyznaję, że styl pisania Umberto Eco jest specyficzny i kogoś, kto nie miał z nim jeszcze styczności, może nużyć, przynajmniej początkowo. Przy pierwszych rozdziałach dopadało mnie czasami zniechęcenie, jednak nie na tyle, by odłożyć książkę. Z każdą stroną jednak byłam coraz bardziej zachwycona tą opowieścią. Po mistrzowsku ukazany klimat epoki i zaskakujące spojrzenie na historię są dowodem niezwykłego kunsztu pisarskiego i erudycji Umberto Eco.

Problemy niektórym czytelnikom może sprawić pierwszy rozdział – są to próby literackie Baudolina, spisane archaicznym językiem i stylizowaną czcionką, nieprzyjemną do czytania. Jednak nie ma to wpływu na fabułę, więc jeśli komuś nie chce się przez to brnąć, nie zrobi sobie dużej krzywdy, omijając ten fragment.

„Baudolino” to jednak nie tylko historia o chłopcu wychowanym na dworze cesarskim, poszukującym zaginionego królestwa. To przede wszystkim opowieść o ludziach, o ich niekiedy naiwnej wierze we wszystko, co się im powie, o utopii, o micie, który staje się rzeczywistością. I jako taka, jest naprawdę godna uwagi.


Cytat:
"- Co jest mocniejsze, śmierć czy życie?
 - Życie, albowiem słońce, gdy wschodzi, ma promienie świetliste i olśniewające, a gdy zachodzi wydaje się słabsze."

Ocena: 8/10

sobota, 7 lutego 2015

[95] Więzień Nieba

Tytuł: Więzień Nieba

Seria: Cmentarz Zapomnianych Książek #3

Autor: Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: MUZA SA

Minął prawie rok od mojego ostatniego spotkania z twórczością Zafóna, jednego z moich ulubionych pisarzy, kiedy to czytałam „Grę Anioła”, drugą część z cyklu „Cmentarz Zapomnianych Książek”. Z różnych względów dopiero teraz mogłam zabrać się za kolejną powieść z tej serii, którą tak bardzo się zachwyciłam już przy lekturze „Cienia Wiatru”.

„Więzień Nieba” wydaje się być łącznikiem pomiędzy dwoma pozostałymi częściami tego niepowtarzalnego cyklu. Na pierwszy plan wysuwa się  Ferimn Romero de Torres, którego przygotowania do ślubu z Bernardą zakłóca nagłe pojawienie się pewnej postaci z przeszłości. Staje się to impulsem do opowiedzenia Danielowi Sempere, najlepszemu (o czym wiedzą dobrze czytelnicy „Cienia Wiatru”) przyjacielowi Fermina historii, która łączy większość postaci „Cmentarza Zapomnianych Książek”. Czego dowie się Daniel?

Carlos Ruiz Zafón po raz kolejny stworzył fabułę, w której mnóstwo pozornie niezwiązanych z sobą wątków zaczyna układać się w spójną całość i proces ten znów okazuje się dla czytelnika fascynujący. Pewnych rozwiązań naprawdę się nie spodziewałam i choć w trakcie czytania można się czegoś pomału domyślać, do końca właściwie nie wiadomo, co ten autor wymyślił i jakie właściwie rozwiązanie mają wszystkie te mnożące się zagadki. Nadaje to powieści tajemniczy nastrój, pełen napięcia, niekiedy grozy. Jednocześnie historia niepozbawiona jest sytuacji zupełnie zwyczajnych i codziennych spraw takich jak wieczór kawalerski czy kłopoty małżeńskie. Nie brak tu także humoru, zwłaszcza w niekonwencjonalnych dialogach z udziałem samego Fermina, który wciąż zaskakuje swoimi trafnymi spostrzeżeniami. 

Jeśli już mowa o Ferminie, warto wspomnieć o tym, że kreacja postaci jest na najwyższym poziomie. Każdy jest niepowtarzalny, każdy jest sobą, każdy jest interesujący, a relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami wypadają bardzo wiarygodnie.

Kolejną zaletą tej książki, tak charakterystyczną dla Zafóna, jest opis Barcelony. Miasto odgrywa tutaj naprawdę niebagatelną rolę, stając się niejako jedną z postaci. Tym razem możemy poznać trochę jego historii, a właściwie jej czarniejsze karty. Widzimy Barcelonę ogarniętą wojną, podczas dyktatury generała Franco. Widzimy samowolę władzy krzywdzącej obywateli. Widzimy więźniów politycznych, szantażowanych, torturowanych, przetrzymywanych w okropnych warunkach. Widzimy dobrych i złych i zauważamy, że czasami niewiele dzieli jednych od drugich.


Jeżeli jesteście ciekawi losów Daniela Sempere i jego ojca, jeżeli po lekturze „Gry Anioła” zastanawialiście się, co spotkało Dawida Martina lub jeżeli po prostu szukacie ciekawej, świetnie napisanej książki, która na długo pozostanie w Waszej pamięci – polecam zdecydowanie. Dla mnie to chyba najlepsza część serii.


Cytat:
"Przyszłości się nie pragnie, zasługuje się na nią."

Ocena: 10/10

poniedziałek, 19 stycznia 2015

[94] Płonący Most

Tytuł: Płonący Most

Seria: Zwiadowcy #2

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 350


Dość długo zwlekałam z zabraniem się za „Zwiadowców”, a mój apetyt rósł podsycany pochwalnymi opiniami znajomych. Do „Ruin Gorlanu” podeszłam więc z nadzieją, ale taką rozsądną, gotowa jednak na ewentualne rozczarowanie. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie – pierwszy tom cyklu naprawdę mi się podobał i zdawał się być zapowiedzią wyjątkowej przygody. „Płonący Most” tylko potwierdził moje przypuszczenia.

W Królestwie Araluenu nadchodzi wojna. Oczywistym jest, że swój udział będzie miał także korpus Zwiadowców. Przygotowanie planów wojennych, zorientowanie się w poczynaniach największego wroga – Morgaratha oraz nawiązanie kontaktu z sojuszniczą Celtią to właśnie zadania dla Halta i spółki. Również młody Will wyrusza na wojenną misję – wraz ze swym przyjacielem Horacem oraz byłym uczniem Halta, Gilanem. Co (i kogo) spotkają po drodze i jakie znaczenie będzie miało to dla losów królestwa?

Nic więcej zdradzić Wam nie mogę, bo każda informacja byłaby tutaj niewybaczalnym spoilerem, a, uwierzcie mi na słowo, nie wypada spolerować tej książki, która w przeciwieństwie do swej poprzedniczki nie jest już aż tak przewidywalna ani schematyczna. Nie znaczy to, że jest bardzo oryginalna, ale z pewnością zmierzamy ku dobremu, że tak się wyrażę.

Wartką akcję czytelnik śledzi z prawdziwym zaciekawieniem, a odpowiednie proporcje dialogów i opisów sprawiają, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. W dodatku wszystkie te opisy są klarowne, a dialogi naturalne.

Zresztą, nic dziwnego w naturalnych dialogach, skoro i postacie coraz ładniej się rozwijają. Zwłaszcza Will, który zdecydowanie „nabrał życia”. Widać u niego więcej wątpliwości, więcej takich typowych błędów młodości. Bardzo dojrzał z kolei Horace, ale chyba nadal nie należy do moich ulubieńców. Morgarath jest coraz bardziej interesujący, Skandianie także mnie zaciekawili. Podobnie zresztą jak król Duncan. Ubolewam tylko, że w „Płonącym moście” mamy dość mało mojego ulubionego Halta.

Dużym plusem jest poprawa pod względem jakości korekty. Błędów jest znacznie mniej niż  w poprzedniej części, także wydawnictwo przyłożyło się trochę. Mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej.


„Płonący Most” to naprawdę niezła książka przygodowo-fantastyczna, a cała seria zaczyna mnie wciągać coraz bardziej, więc szczerze polecam Wam zapoznanie się ze „Zwiadowcami.” Gwarantuję Wam, że nudzić się nie będziecie. Przeczytacie za to historię o przyjaźni, odwadze, lojalności i wypełnianiu obowiązków. O strachu i przezwyciężaniu go. O tym, by wierzyć w siebie. 


Cytat:
"Brak wiary w siebie jest jak choroba. Jeśli stracisz panowanie nad nim, twoje wątpliwości staną się rzeczywistością."

Ocena: 9/10

niedziela, 4 stycznia 2015

[93] Historia i fantastyka

Tytuł: Historia i fantastyka

Autorzy: Stanisław Bereś i Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Ilość stron: 288


Jako wielbicielka twórczości Andrzeja Sapkowskiego nie mogłam nie sięgnąć po wywiad-rzekę z moim ulubionym autorem. Tym bardziej  przeprowadzony przez Stanisława Beresia, uznanego dziennikarza i teoretyka literatury, który znany jest m.in. z książek-wywiadów ze Stanisławem Lemem i Tadeuszem Konwickim. Dodatkowo tytuł „Historia i fantastyka” sugerował, że rozmówcy poruszą interesujące mnie tematy. Oczekiwałam ciekawych opinii i żywej dyskusji, swego rodzaju starcia poglądów dwóch różnych osób. Jaki był rezultat?

Ano taki, że Sapkowski nieco Beresia w tej rozmowie przytłumił. Miał gotową odpowiedź na każde pytanie, brylował inteligencją, jego upór był niezłamany. Dziennikarz pozostał więc w tle. Być może tak powinno być, nie po to przeprowadza się przecież wywiady, by zainteresować własną osobą. Myślę jednak (a z opinii, które do tej pory czytałam wiem, że jedyna w swym przekonaniu nie jestem), że książę tę czytałoby się znacznie ciekawiej, gdyby wypowiedzi Stanisława Beresia wnosiły do niej nieco więcej. Tymczasem niektóre pytania wręcz męczyły. I to nie tylko czytelnika, lecz wyraźnie także udzielającego wywiadu. Często poruszały kwestie, o których autor „Wiedźmina” wyraźnie nie chciał rozmawiać, wciąż wracały do tych samych wątków, o których wiadomo było, że niczego więcej się z nich nie „wyciągnie”.

Poza tym jednak wszystko było na najwyższym poziomie. Czytelnik raczej się nie nudzi, Sapkowski i Bereś płynnie przechodzą z tematu na temat. Widać, ze obaj wiedzą, o czym mówią. To wykształceni ludzie, którzy mówią naprawdę ciekawie i mądrze o wielu sprawach.
Rozmowa dotyczy m.in.  uniwersum „Wiedźmina”, „Trylogii husyckiej” (wówczas w trakcie tworzenia), związków historii i literatury, pozycji fantasy na rynku, czytelników, konwentów, procesu twórczego Sapkowskiego.

Jeśli ktoś sądził, że ta książka odkryje mu podglądy znanego polskiego pisarza fantasy, mylił się. Sapkowski nie lubi mówić o sobie. Sporo opowiada jednak o swej twórczości i innych ciekawych sprawach. Mówi z właściwą sobie dozą humoru, w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytając jego wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że czyta się po prostu kolejną z jego książek.


Polecam fanom Sapkowskiego oraz wszystkim tym, którzy interesują się historią czy fantastyką. Sporo ciekawych informacji i opinii można wynieść z tej lektury. 


Cytat:
"Pomijając fakt, że tak bezguście, jak i stereotyp mają w światowej literaturze - i kulturze - miejsce całkiem poczesne i pozycję całkiem niezagrożoną, ludzi czytających zdałoby się hołubić, a czule. Bo może to już ostatni, co tak poloneza wodzą? A co będzie, gdy ich w ogóle nie stanie?"

Ocena: 7/10

sobota, 27 grudnia 2014

[92] Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym

Tytuł: Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.


Autorka: Regina Brett

Wydawnictwo: Insignis

Ilość stron: 300


O książkach Reginy Brett jest ostatnio dość głośno, a i czytałam kilka bardzo pochlebnych recenzji, toteż gdy przypadkiem wpadł mi w ręce zbiór felietonów pod uroczym tytułem „Jesteś cudem”, nie wahałam się ani chwili. I wiecie co? Wy też się nie wahajcie.

„Jesteś cudem.”, jak sam podtytuł wskazuje, to „50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.” 50 felietonów, które naprawdę (nie przesadzam!) mogą zmienić sposób patrzenia na świat. 50 niezwykłych historii zwykłych ludzi.

Te opowieści czyta się błyskawicznie, napisane są bardzo przystępnym, ale pełnym humoru i życzliwości językiem. Regina Brett potrafi świetnie kontaktować się z czytelnikiem. Ciekawi, zmusza do refleksji. Jednocześnie jest w tym swoim pisaniu sympatyczna i bardzo wyrozumiała, niczego nie narzuca, nie moralizuje. Po prostu proponuje inne rozwiązania.

O jakich rozwiązaniach mowa? O tym, byśmy nigdy się nie poddawali, wierzyli w siebie i w drugiego człowieka, zawsze starali się czynić dobro. Być dla innych, ale też nie zapominać o własnych potrzebach. „Jesteś cudem” – przekonuje autorka każdego z nas. Tak naprawdę każda z tych 50 historii pokazuje nam, jaka siła drzemie w ludziach, jak niewiele trzeba, by kogoś uszczęśliwić. Zdecydowanie przywraca to wiarę w człowieka, w ludzką dobroć, w to, że świat wcale nie jest taki zły. To naprawdę optymistyczna lektura, która dodaje nam mnóstwa pozytywnej energii.

Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć. Książka ta jest wyraźnie pod wpływem wiary chrześcijańskiej i jeśli czujecie naprawdę silną niechęć do poruszania tematu wiary, możecie się zniechęcić. Widziałam sporo komentarzy, w których właśnie na ten aspekt „Jesteś cudem” narzekało sporo ludzi. Mnie to nie przeszkadzało, wydaje mi się, że autorka nikogo do niczego na siłę nie przekonuje. Ale może, jako osoba wierząca, odbierałam to inaczej?

Nie mogę nie wspomnieć, że książka jest bardzo ładnie i starannie wydana, a urocza okładka cieszy oko.


Nie mam pojęcia, co jeszcze mogłabym napisać o tej pozycji. Jeśli chcecie dowiedzieć się o niej czegoś więcej, przeczytajcie sami. Naprawdę nie powinniście tego żałować. Dla mnie to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. 


Cytat:
"Żadna nadzieja nie jest zbyt śmiała. Żadna potrzeba nie jest zbyt wielka. Żadna nadzieja na cud nie jest zbyt absurdalna."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




czwartek, 11 grudnia 2014

[91] Krucha jak lód

Tytuł: Krucha jak lód

Autorka: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 606


Jodi Picoult nie boi się trudnych tematów. Widziałam to już w „Bez mojej zgody”, zobaczyłam także tym razem, w powieści „Krucha jak lód” tej samej autorki.

W obydwu tych książkach możemy dostrzec wiele podobieństw. Nieuleczalnie chora dziewczynka, jej rodzeństwo, rodzice, próbujący poradzić sobie z opieką nad niepełnosprawnym dzieckiem, w tle proces sądowy, dzielący rodzinę. A mimo tego, każdą z tych opowieści czytało się inaczej, każdą inaczej się przeżywało.

O czym w takim razie jest „Krucha jak lód”? Główną bohaterkę, Willow, poznajemy poprzez to, co mówią o niej (a właściwie do niej) inni. To ona jest adresatką poszczególnych rozdziałów, w których każda z ważniejszych postaci dochodzi do głosu w pierwszoosobowej narracji. Willow ma pięć lat, wzrost trzylatki i dojrzałość przynajmniej dziewięcioletniej dziewczynki. Te odstępstwa od „normy” to wynik ciężkiej choroby – OI – wrodzonej łamliwości kości. W ciągu swego krótkiego życia miała kilkadziesiąt złamań, wywołanych czasem prze kichnięcie czy zwykłe, niezbyt mocne uderzenie o, przykładowo, klamkę. Ma problemy z chodzeniem, nie może zbyt często brać udziału w zabawach ruchowych, w czasie wolnym czyta więc i buszuje po internecie, szukając przeróżnych ciekawostek, których opowiadaniem wciąż zaskakuje otoczenie. Wychowywanie chorej dziewczynki, potrzebującej specjalnego fotelika do samochodu, całodobowej opieki, specjalnego wózka i aparatu ruchowego, bardzo obciąża finansowo rodzinę. Na zapewnienie godnej opieki i materialne zabezpieczenie przyszłości swej córki, matka Willow znajduje nietypowy, kontrowersyjny sposób. Będzie musiała zdradzić zaufanie swej najbliższej przyjaciółki, zaryzykować małżeństwo, oddalić się od starszej córki. Czy poświęci wszystko, by Willow żyło się lepiej?

Akcja nie toczy się zbyt szybko, to przecież książka obyczajowa, nie przygodowa. Powieść obfituje w retrospekcje, dzięki którym lepiej poznajemy życie Willow i jej rodziny. Jodi Picoult poświęca też sporo czasu na wyjaśnianie czytelnikowi czym jest wrodzona łamliwość kości. Widać, że dobrze przygotowała się do napisania książki i wie, o czym pisze. Wystarczy zerknąć na początkowe podziękowania dla ludzi, z którymi konsultowała się na ten czy inny temat.  Ponadto zagłębia się w psychikę swoich postaci, tak, by czytelnik mógł zrozumieć ich postępowanie. Skutkiem tego, zostaje on postawiony przed dylematami moralnymi, które trudno rozwiązać, gdzie każda ze stron konfliktu ma rację, a jednocześnie jest w błędzie. Gdzie tak naprawdę nie ma dobrego rozwiązania.

O postaciach mogłabym pisać naprawdę długo, bo są świetnie wykreowane, przemyślane, przede wszystkim „żywe” – ze swoimi zaletami i wadami, z problemami, lękami, marzeniami i nadziejami. Sama Willow jest uroczym, kochanym dzieckiem, którego nie da się nie lubić. Jej siostra, Amelia, to z kolei dojrzewająca nastolatka, która pozbawiona zbyt dużej uwagi otoczenia (bo otoczenie skupia się, rzecz jasna, na młodszej z dziewczynek), nie radzi sobie z własnymi emocjami i trudną sytuacją, w jakiej znalazła się jej rodzina. Mimo to, nie przestaje troszczyć się o młodszą siostrę, która ze swej strony kocha ją i podziwia.

Charlotte to matka, nie widząca życia poza swoim dzieckiem, kobieta, która zawsze będzie o nie walczyć. Jej mąż, Sean z kolei próbuje pogodzić życie zawodowe z rodzinnym i jednocześnie bardzo uważa, by przy opiece nad Willow, nie zaniedbać starszej córki. Jako małżeństwo, często mają odmienne zdanie na pewne sprawy, jednak ich miłość wydaje się być niezniszczalna.

Oprócz tego poznajemy także innych bohaterów, m.in.  Piper, przyjaciółkę, a zarazem lekarkę Charlotte, której życie zostaje nagle wywrócone do góry nogami  oraz prawniczkę, Marin Gates, borykającą się z własnymi prywatnymi problemami.

„Krucha jak lód” porusza wiele trudnych kwestii. Mówi o niepełnosprawności i stawia pytanie: czy życie wypełnione cierpieniem ma jakiś sens? Czy warto walczyć do upadłego? Podejmuje problem przyjaźni i lojalności, zwraca uwagę na zagubienie młodych ludzi w okresie dojrzewania. Opowiada także o  adopcji – czy można być zupełnie szczęśliwym, nie znając swej przeszłości i korzeni? Czy biologiczna matka, która nie chciała wychowywać swojego dziecka, ma prawo nadal matką się nazywać?

Jodi Picoult umieściła też w swej powieści coś praktycznego: kilka przepisów na ciasta. Skąd się tam wzięły? Otóż książkowa Charlotte jest cukiernikiem. Musicie przyznać, że to ciekawy i oryginalny pomysł. 

Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na przecudną, słodką okładkę, w jaką oprawiona jest książka. Naprawdę brawa dla wydawnictwa. 


Szczerze polecam tę książkę tym, którzy chcą nad lekturą trochę pomyśleć i są gotowi na wiele, wiele emocji. 


Cytat:
"Żyjemy w dużych domach dla lalek, kompletnie nieświadomi tego, że w każdej chwili może pojawić się wielka dłoń i zmienić wszystko, co nas otacza, wszystko, do czego jesteśmy tak przywiązani."

Ocena: 9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






czwartek, 4 grudnia 2014

[90] Ruiny Gorlanu

Tytuł: Ruiny Gorlanu

Seria: Zwiadowcy #1

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 320

Do przeczytania „Zwiadowców” zbierałam się naprawdę długo. Sporą zasługę w zainteresowaniu mnie tą serią miała Stella, nieustannie opowiadająca mi, jak świetne są te książki. Jednak wciąż pojawiało się na moim czytelniczym horyzoncie coś innego, co odwracało moją uwagę od słynnego cyklu Flanagana. W końcu jednak udało mi się zasiąść do czytania pierwszej części. Czy długo wyczekiwane spotkanie z lekturą okazało się ciekawe?

Głównym bohaterem jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca przy pałacu barona Aralda. Nadszedł dzień, w którym zapadną decyzje dotyczące przyszłości chłopaka. Mimo marzeń o nauce w Szkole Rycerskiej, główny bohater trafia do legendarnego, owianego tajemnicą korpusu zwiadowców, jako czeladnik mistrza Halta. Tam poznaje historię swego kraju (i nie tylko), uczy się bycia niezauważalnym i uważnego obserwowania, bierze udział a tajnej misji i przeżywa niezapomniane przygody.

Zacznę od tego, że „Zwiadowcy” zdają się być taką trochę mieszanką „Harry’ego Pottera” z „Władcą pierścieni”. Świat przedstawiony niby raczej podobny do tolkienowskiego, ale sama historia zdolnego chłopca – sieroty  przywodzi nieustannie na myśl sagę Rowling. Nie brzmi to pewnie zbyt zachęcająco i zapowiada dość schematyczną lekturę, prawda? Nic bardziej mylnego! Mimo pewnych schematów, podobieństwa są subtelne, czytelnik się nie nudzi, a klimat wydaje się być taki „swojski”. Akcja toczy się dość szybko i chociaż to pierwszy tom, więc sporo miejsca autor poświęcił na przedstawienie postaci i nakreślenie świata, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie ma miejsca na nudę. Ciekawie skonstruowana, choć nie najoryginalniejsza jak na razie fabuła, naprawdę wciąga. Świat powstały w wyobraźni Johna Flanagana intryguje.

Przejdę może do bohaterów. Will już  na wstępie zdobył moją sympatię. Jest inteligentny, zdolny i wrażliwy, ale zdarza mu się też popełniać błędy i zachować zwyczajnie głupio (bójka z Horacem), co sprawia, że nie jest postacią papierową. Z drugiej strony mamy Horace'a, u którego błędów jest jednak znacznie więcej, ale chłopak rozwija się i z pewnością nie należy do postaci negatywnych. 

Poznajemy też kilku innych przyjaciół Willa z sierocińca, z których każdy jest nieco inny, choć autor nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Nie było jednak chyba takiej potrzeby, ich wątki z pewnością zostaną rozwinięte w kolejnych częściach (jeśli się mylę, dajcie znać). Uśmiech na mojej twarzy wywoływali też Stary Bob czy wyrozumiały, wiecznie uśmiechnięty baron Arald. Moim ulubieńcem jednak został mrukliwy, posępny, zgryźliwy, zawsze opanowany Halt, o którym mogłabym mówić naprawdę w samych superlatywach. Nie uniknął on co prawda podobieństwa do bohaterów znanych z innych książek (głównie widzę w nim trochę Broma z „Eragona”), ale takich postaci nigdy dość.

Trochę gorzej wygląda sprawa wydania powieści. Naprawdę nie wiem, co porabia korekta w wydawnictwie „Jaguar”, ale chyba niekoniecznie to, co powinna. Błędów tutaj bez liku, a przypominam, że inne propozycje tego wydawnictwa dbałością o poprawność też nie grzeszyły (świetna seria „GONE” i nie najgorszy początek cyklu „Czarny Londyn”). Szkoda, że tak dobre książki pełne są usterek: interpunkcyjnych, językowych czy zwykłych literówek.


Krótko mówiąc, pierwszy tom „Zwiadowców” polecam. Mam wrażenie, że rozpoczęłam „Ruinami Gorlanu” jakąś niezapomnianą przygodę. Opowieść o przyjaźni,  odwadze i honorze, opowiedziana nietrudnym, ale dość interesującym językiem, mimo paru niedociągnięć wydawniczych i podobieństwa do innych książek, na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.


Cytat:
"Jeśli przezwyciężyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. Pochwałą możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób na to, by przysporzyć sobie wrogów. 

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






sobota, 22 listopada 2014

[89] Odszczepieniec

Tytuł: Odszczepieniec

Autor: Jack London

Wydawnictwo: Książka i wiedza

Ilość stron: 116

Nieczęsto sięgam po zbiory opowiadań, jednak nazwisko Jacka Londona na okładce skłoniło mnie do tego,  by dać szansę recenzowanej dziś książce. Czy „Odszczepieniec” na tę szansę zasłużył?
W książce możemy znaleźć cztery opowiadania i myślę, że najlepiej będzie, jeżeli opowiem krótko o każdym z nich.
  • Odszczepieniec

Johnny od maleńkiego pracował. Już jako mały chłopiec musiał zarabiać w fabryce, by wspomóc finansowo swą równie zapracowaną matkę. Praktycznie wychował młodszego brata, Willy’ego. Jego organizm jest wyczerpany, psychika również. Ten młody człowiek nigdy nie miał żadnych zainteresowań, przyjaciół. Jego życie to po prostu ciężka praca. Jak długo może tak wytrzymać człowiek?

W „Odszczepieńcu” Jack London zwraca uwagę na kwestię pracy i jej znaczenie w życiu człowieka. Mówi o wyzysku, o dzieciach wychowujących się w trudnej sytuacji materialnej, o narzuconej zbyt wcześnie odpowiedzialności.  Mówi niekiedy drastycznie, ale zawsze poruszająco. Sama przeżywałam wszystko razem z głównym bohaterem (a może nawet bardziej niż on?), podczas czytania tego krótkiego przecież utworu towarzyszyło mi mnóstwo emocji. Krótko mówiąc, opowiadanie jest naprawdę warte uwagi.
  •   Bury wilk

Kiedy młode małżeństwo znajduje i oswaja psa, zwierzę i ludzie bardzo przywiązują się do siebie. Ich spokojne wspólne życie nagle zostaje przewrócone do góry nogami – pojawia się człowiek, który twierdzi, że jest właścicielem Burego Wilka. Jaka jest prawda? Czy zwierzę jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie?

Po raz kolejny autor udowadnia, że akurat w pisaniu o zwierzętach, jest niekwestionowanym mistrzem. Okazuje się, ze nie tylko dłuższe utwory („Zew krwi”, „Biały kieł”) są rewelacyjne, „Bury wilk” wcale od nich nie odstaje. Wniknąwszy głęboko w psychikę zwierzęcia, London kreuje na długo zapadającą w pamięć postać psa, stającego przed wyborem pomiędzy życiem spokojnym, pełnym ciepła i miłości, a trudnym, wypełnionym przygodą, niebezpieczeństwami. Między nieoczekiwaną dobrocią, a lojalnością. Przed wyborem, który z całą pewnością nie należy do prostych. Czytelnik zaś może obserwować zarówno podejmowanie tej decyzji, jak i reakcje tych, których ona dotyczy. To zdecydowanie moje ulubione opowiadanie z tej książki.

  •  Odyseja północy

Malemute Kid i Prince podróżują zaprzęgiem. Ich zainteresowanie wzbudza nieznany nikomu podróżnik, którego nazywają między sobą Ulissesem. Ich drogi się rozchodzą, jednak jakiś czas później do Dawson, gdzie akurat przebywają dwaj mężczyźni, przychodzi ranny, przemarznięty człowiek. Okazuje się, że to Ulisses. Opowiada im dramatyczną historię swego życia.

„Odyseja północy” jest opowieścią o wielkiej miłości i tułaczce w jej poszukiwaniu, o okrucieństwie i zemście, o osądzaniu. Pokazuje najgorsze instynkty, drzemiące w człowieku, jego poczucie sprawiedliwości – różne u każdego, ale czy mamy praco kogokolwiek potępiać czy też rozgrzeszać? Takie właśnie trudne pytania zadaje w tym opowiadaniu Jack London. A czytelnik sam musi sobie na nie odpowiedzieć.

  •  Samotny Wódz

Ranny Samotny Wódz sprzeciwia się woli swego ojca, który przyprowadza mu kandydatkę na żonę. Mężczyzna w gniewie mówi, że w takiej sytuacji pogrzeb byłby bardziej odpowiedni dla niego niż wesele. Jego plemię wymyśla więc okrutną karę – poddaje obrzędom pogrzebowym żywego jeszcze wodza. Jaki będzie koniec tej makabrycznej maskarady?

Szczerze mówiąc, ten tekst najsłabiej zapadł mi w pamięć i najmniej zwrócił moją uwagę. Nawet nie bardzo wiem, co o nim napisać. Nie powiem, że był nudny, ale pozostałe z pewnością czytało się ciekawiej. W przypadku „Samotnego Wodza” najbardziej podobał mi się chyba sam pomysł kary dla Samotnego Wodza. Czegoś mi jednak w tej historii zabrakło.


Jack London w niedługich historiach potrafi zawrzeć sporo mądrych myśli, poruszyć i zaciekawić czytelnika. Za to należy mu się ogromny plus. Widać jednak, który temat zdominował jego twórczość – w pisaniu o dzikich zwierzętach ten autor nie ma sobie równych. I choć „Biały kieł” i „Zew krwi” wywarły na mnie większe wrażenie, zachęcam Was do sięgnięcia po „Odszczepieńca”. Lektura tej książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu, a może okazać się naprawdę wartościowa. 


Cytat:
"Są rzeczy większe od naszego rozumu, leżące poza zasięgiem naszej sprawiedliwości."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




poniedziałek, 10 listopada 2014

[88] Starcie królów

Tytuł: Starcie królów

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #2

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ilość stron: 1022


Odkąd skończyłam „Grę o tron” nie mogłam się wprost doczekać, kiedy zabiorę się za kontynuację i ponownie trafię do interesującego, ale brutalnego świata, który w swoich powieściach wykreował George Martin. Niestety, objętość tej książki jest jednak spora, a mnie gonią szkolne lektury, musiałam trochę poczekać. A apetyt czytelniczy rósł.

W Westeros trwa wojna i to na wszystkich możliwych frontach. Dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami, nikt nie jest zbyt skłonny do zawierania sojuszy, zdrada czai się na każdym kroku. Nawet bracia – Stannis i Renly Baratheon nie są w stanie dojść do porozumienia. W dodatku jeden z nich wprowadza w swym kraju nową religię. Nie mniejszy zamęt panuje w Królewskiej Przystani, w której Tyrion jako Królewski Namiestnik próbuje zaprowadzić porządek. Nie jest to łatwe na pełnym intryg dworze. Z kolei Robb Stark na polu bitwy radzi sobie świetnie, jednak nie ma pojęcia, co pod jego nieobecność dzieje się w Winterfell.

Oprócz tego obserwujemy przygody Jona, który wraz ze znaczną częścią Nocnej Straży wyrusza za Mur, by stawić czoła nieprzyjaciołom i… samemu sobie, Aryę, toczącą swą własną walkę i Daenerys, próbującą usilnie powrócić do ojczyzny. Jak potoczą się losy Siedmiu Królestw?

Po raz kolejny zostajemy wplątani w sieć intryg, zaciekłe walki o władzę i świat pełen wiarygodnie skonstruowanych, skomplikowanych postaci, z których każda jest zupełnie inna i ma swoją własną historię, nawet jeśli pojawia się  na kartach powieści stosunkowo rzadko. To zachwycające, jak autor potrafi połączyć te wszystkie wątki, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, w jedną spójną, logiczną całość. Polityka, wojna, sprawy zupełnie prywatne – wszystkie sfery ludzkiego działania przenikają się wzajemnie. Obserwowanie tego procesu to czytelnicza uczta.

Dodatkowo mam wrażenie, że akcja w tym tomie rozgrywa się znacznie szybciej niż w poprzednim, co sprawia, że jeszcze trudniej się od lektury oderwać. Wydarzenia w Westeros zdecydowanie nabierają tempa. Jak na powieść takiej grubości, naprawdę było tylko kilka momentów nużących, a to i tak krótkich. Poza tym, myślę, że to kwestia gustu, bo chodzi mi głównie o rozdziały z perspektywy Davosa. Jakoś wciągały mniej niż pozostałe, co nie znaczy, że były złe czy nie potrzebne. Tutaj nie ma nic niepotrzebnego. 

Niektórych może męczyć nie najprostszy chwilami styl Martina, ale sama nie miałam z nim żadnego problemu. Ba! Nawet nie gubiłam się w opisach walk, co często mi się zdarza w przypadku innych książek.

Jeśli chodzi o postacie, naprawdę nie wiem, co napisać, żeby nie wydłużyć tej recenzji do horrendalnych rozmiarów. Jeśli czytaliście - pewnie wiecie, co mam na myśli, jeśli nie – musicie uwierzyć mi na słowo: tutaj naprawdę KAŻDY jest wyjątkowy. Oczywiście pewnymi spostrzeżeniami się z Wami podzielę, nie byłabym sobą, gdyby tego nie zrobiła. Po pierwsze: brakuje mi zawsze honorowego Neda. Wiem, wiem, on kompletnie nie był przystosowany do życia w tym świecie, ale co ja na to poradzę? Po drugie: uwielbiam Jona, to się nie zmieniło. Moja sympatia do Tyriona z kolei wzrasta coraz bardziej, a Jaime zaczyna mnie intrygować. Jego dialogi z Catelyn są rewelacyjne. Do grona moich ulubieńców wciąż należy też Arya, ale i Sansa powoli się do niego dobija. Trzeba przyznać, że coś w sobie ma. Ogromnym plusem jest też rozbudowa postaci Theona. Z jednej strony – rozumiem go, z drugiej nienawidzę. I chyba jednak to drugie uczucie dominuje. A o tym, że Joffreya mam ochotę udusić w każdej scenie, w której jest, nie muszę chyba wspominać, prawda? To prawie tak oczywiste jak to, że Daenerys mnie irytuje, chociaż nie do końca wiem czemu. A, no i jeszcze jedno. NIE WOLNO przywiązywać się do którejkolwiek postaci, uwierzcie. Nie i już.

Na zakończenie napiszę króciutko, a, mam nadzieję zrozumiale: LEĆCIE CZYTAĆ. 


Cytat:
"Korony dziwnie wpływają na głowy, a które je włożono."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







niedziela, 26 października 2014

Malkiem [1]: Cztery drogi ku przebaczeniu

Witajcie! Ze względu na objętość "Starcia królów" i szkoły konsekwentnie próbującej doprowadzić do tego, by wyrażenie "czas wolny" było pojęciem dla mnie nieznanym, nie udało mi się sklecić na dziś recenzji. Nie mam zamiaru jednak powodować kolejnego przestoju na blogu. Notki okołoksiążkowe też się zaczynają już tworzyć, fanpage zacznie odżywać w swoim tempie, natomiast dzisiaj poratował mnie Malkiem. Spytał, czy nie zechciałabym gościnnie "przygarnąć" kilku jego recenzji, więc dzisiaj macie coś od niego. : ) 

Tytuł: Cztery drogi ku przebaczeniu

Autorka: Ursula K. Le Guin

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 296


Najbardziej znanym dziełem tej autorki jest cykl „Ziemiomorze”, który wpisał się do kanonu klasycznych dzieł fantasy. Doczekał się dwóch wydań w Polsce, drugiego całkiem niedawno, w jednym tomie.

Ta książka, o wiele mniej znana, zupełnie „Ziemiomorza” nie przypomina.

Możemy tu znaleźć cztery nowele science-fiction, ale o bardzo poważnej, jak na ten gatunek, tematyce. Łączą się one wspólnym miejscem akcji, bliźniaczymi planetami Werel i Yeowe, a także, trzy z nich, bohaterami.

Autorka pokazuje nam społeczeństwo, które opiera się na niewolnictwie i w którym kobiety nie są traktowane jak pełnoprawni obywatele, nawet jeśli nominalnie są „wolne”. Pierwsza opowieść mówi o parze staruszków, druga o wysłanniczce pokojowej i żołnierzu, który ma jej bronić. Kolejna opisuje losy człowieka, który wyrwał się z małej, zamkniętej społeczności, ostatnia natomiast opowiada o życiu niewolnicy.

Najlepiej było widać przekrój społeczeństwa, wyraźny podział na „panów” i „pracowników”, jak ich nazywano. I za to Le Guin ma u mnie ogromny plus, jej wizja jest niezwykle interesująca. Fabuła opowiadań też mi się podobała, mimo kilku (naprawdę krótkich!) momentów dłużyzny

Natomiast z pierwszym, najkrótszym opowiadaniem mam pewien problem. Nie łączy się ono z pozostałymi tak wyraźnie, nie wydaje się powiązane z głównymi problemami zbioru – niewolnictwem i nierównouprawnieniem (nie jestem pewien, czy nowych słów nie tworzę, ale trudno). Bohaterowie też nie spotykają się z postaciami z pozostałej części książki. Samo w sobie jest jednak warte uwagi.

Z twórczością tej autorki mam jeszcze jeden problem. Niektóre wydarzenia, ważne z punktu widzenia fabuły, zdarza się jej zbyć jednym zdaniem, a rzeczy niezbyt istotne rozwinąć do pół strony. Właściwie nie przeszkadza to w czytaniu, w moim przypadku sprawiło tylko, że miałem moment zawieszenia. „Jak to? To tyle? Nic więcej o tym nie ma?” No, wiecie o co chodzi.

Jeśli chodzi o wydanie, to jest niezłe, okładka zaprojektowana w ciekawy sposób, szczególnie jak na 1997, kiedy tę książkę wydano. Natomiast zdecydowanie nie zachęca opis z tyłu, gdzie życie, śmierć i miłość stawia się w jednej linii z seksem. Brzmi to okropnie.

Przyczepię się jeszcze do wydawnictwa, które pewnie nie miało wówczas ani dobrego tłumacza ani redaktora czy korektora, bo łączna i rozłączna pisownia „nie” po prostu leży. W jednym zdaniu był ten sam typ słowa (pewnie nie powinienem tak mówić, bo to ma swoją nazwę, imiesłów chyba jakiś), ten kończący się na „-ący”. Dzieliło je od siebie tylko małe „i”. A zapisane było raz łącznie, raz rozłącznie. Wydaje się, że spacje stawiali na zasadzie „atusewalne”.

Warto przeczytać, żeby spojrzeć w inny, nowy sposób na niewolnictwo i dyskryminację płciową.

Cytat: 
"Żyć w sposób prosty to niezwykle skomplikowana sprawa."

Ocena: 7/10

~Malkiem



środa, 10 września 2014

[86] Przygody Hucka

Tytuł: Przygody Hucka

Autor: Mark Twain

Wydawnictwo: Iskry

Ilość stron: 415


„Przygody” Tomka Sawyera to jedna z tych książek, do których mam ogromny sentyment i które czytałam niezliczoną ilość razy. Przygody tego małego amerykańskiego urwisa zawsze dostarczały mi niezastąpionej rozrywki i rozśmieszały do łez. Wiele razy obiecywałam sobie sięgnąć po ich kontynuację – słynne „Przygody Hucka”. Jakoś się jednak z nimi rozmijałam, bo a to nie było w bibliotece, a to coś innego wpadło mi akurat w łapki. Po ładnych paru latach w końcu udało mi się zapoznać z najsłynniejszą chyba powieścią młodzieżową Marka Twaina. Jak wypadło to spotkanie?

Narratorem powieści jest tytułowy Huckleberry Finn, którego świetnie znają czytelnicy „Przygód Tomka Sawyera”.  Niegdyś bezdomny chłopiec  nie może znieść sztywnych zasad panujących w domu wdowy Douglas, która postanowiła go adoptować. Gdy w dodatku za edukację krnąbrnego, ale przesympatycznego Hucka zabiera się wymagająca panna Watson, chłopiec postanawia uciec. Wraz ze zbiegłym Murzynem, Jimem, wyrusza tratwą w podróż rzeką Missisipi. Po drodze czeka na nich wiele, wiele niespodziewanych przeżyć. Jak zakończy się ta eskapada?

Już od samego początku można wyczuć tak charakterystyczny dla Marka Twaina, niekiedy ironiczny, humor. Komizm sytuacji (Huck i Tomek uwalniający wolnego Murzyna!) , komizm postaci – wszystko naprawdę zabawne i na wysokim poziomie, w dodatku nietrudne do przyswojenia. Obdarzony niezwykłym zmysłem obserwacyjnym autor idealnie oddaje rzeczywistość  ówczesnej Ameryki.  Wyśmiewa różne absurdy, bawi i uczy.

Różnorodność postaci jest naprawdę zadziwiająca, jak na książkę o wcale nie takiej znowu dużej objętości. Każdy bohater jest inny, a wszyscy razem tworzą naprawdę sympatyczną gromadę. Zaczynając od głównego bohatera, Hucka – czasami zadziwiająco naiwnego, ale też sprytnego i niemal tak pomysłowego jak Tomek Sawyer, którego pod wieloma względami Huckleberry podziwia, poprzez poczciwego Jima, dwóch oszustów, każących nazywać się „Królem” i „Księciem” aż po krewnych Tomka – państwo Phelps.


Opowiadająca o tęsknocie za przygodą, wolnością i naturą powieść jest genialnym dziełem świetnego pisarza i wszystkim tym, którzy jeszcze jej  nie znają, polecam ją gorąco. Nie powinniście żałować. 


Cytat:
"Tłum to jedna z najbardziej godnych litości rzeczy na świecie; armia także jest tłumem."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo