Harry Potter Broom -->

środa, 11 lutego 2015

Na szklanym ekranie: Bitwa Pięciu Armii

Tytuł: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Reżyser: Peter Jackson

Na podstawie: J. R. R. Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem


Pamiętając jak genialny był „Powrót Króla” liczyłam, że i „Bitwa Pięciu Armii” będzie ciekawsz niż poprzednie dwie ekranizacje „Hobbita”. Nie, nie łudziłam się, że dorówna którejkolwiek części „Władcy Pierścieni”, ale miałam cichą nadzieję, że zakończenie tej trylogii wyciągniętej na siłę z książki o niezbyt dużej objętości okaże się porządnym fantasy i że tchnie z ekranu trochę tym specyficznym klimatem Śródziemia, który przecież Peter Jackson oddać potrafi. Lub potrafił…

Do filmu pochodziłam więc z umiarkowanym optymizmem. Strach pomyśleć, jak wielkie byłoby rozczarowanie, gdyby ów optymizm był większy. Absurd goni absurd, fabuła właściwie nic sobą nie przedstawia, efekty specjalne są „przedobrzone”, charakterystyka postaci wypaczona i…

Ech, to ja może spróbuję po kolei…

Fala absurdów. Powódź wręcz. Bard (Luke Evans) strzelający z własnego dziecka (widziałam gdzieś mema: „Mówili mi, że mogę zostać kim chcę, więc zostałem kuszą), Legolas (Orlando Bloom) skaczący po spadających kamieniach i wyw
ijający salta, podczas gdy strzały twardo trzymają się w kołczanie (jak to ujął mój kolega: „fizycy płakali, jak oglądali”), Thranduil (Lee Pace) na reniferze/łosiu, pomysł ukrycia kobiet i dzieci w połowie bitwy (szybko!), Bard dowodzący armią, który idzie sobie pogadać z własnymi dziećmi. Nawet sam początek bitwy – przecież te krasnoludy po prostu stały i groziły elfom. Wystarczyłaby chwila, żeby je zestrzelić. Po co czekanie? Końcowej walki Thorina (Richard Armitage)  z tym orkiem nawet nie skomentuję – co tam, że ofiara ma otwarte oczy i sobie płynie pod lodem, pójdę za nią, NA PEWNO NIE WYSKOCZY.

Wątek, ehm, wybaczcie, miłości między Tauriel (Evangeline Lilly) a Kilim (Aidan Turner) jest tak nijaki, bezbarwny i nie wiadomo skąd wzięty, że naprawdę Tłajlajt to przy tym szczyt romansu. No i ta cudna scena, gdy Legolas groźnym tonem nakazuje „zostaw krasnoluda”. Miodzio.

Postacie. Borze zielony, co wyście zrobili z Thorinem! Ja wiem, że to wszystko po to, by pokazać, jak chciwość zaczyna go zmieniać, ale naprawdę nie trzeba było robić z niego aż takiej karykatury. Zamiast litości, budził raczej śmiech. Podobnie zresztą jak w przypadku Alfrida (Ryan Gage), który wydaje się być marną podróbką znanego z „Władcy pierścieni” Grimy… No i Smaug, który, choć był genialny, pojawił się właściwie tylko we wstępie.

Co mi się podobało? No bo, halo, to jednak Śródziemie, coś tam musiało mi się podobać. Po pierwsze Bilbo (grany przez Martina Freemana), który był dokładnie taki, jaki powinien być: sympatyczny, skromny, odważny, niepozorny. A po drugie to, co zwykle w tych filmach: scenografia, charakteryzacja, muzyka. To wszystko sprawia, że film jest bardzo widowiskowy i jeśli ktoś przymknie oko (no, dobra, oboje oczu) na te różne głupoty, którymi faszeruje nas fabuła, to oglądanie „Bitwy Pięciu Armii” może być dla niego naprawdę przyjemnością, dlatego też nikomu nie odradzam obejrzenia ostatniej już ekranizacji Tolkiena w wykonaniu Jacksona i spółki. Miejmy nadzieję, że ostatniej, bo aż strach pomyśleć, co mogliby zepsuć w „Silmarillionie”… Na szczęście syn Tolkiena nie zamierza sprzedawać praw do ekranizacji. A gdyby jednak go kusiło, to powstała petycja, żeby go wesprzeć w tej decyzji.



Rzecz jasna, polecać filmu też nikomu nie będę.


Książka Vs.Film: Książka

sobota, 7 lutego 2015

[95] Więzień Nieba

Tytuł: Więzień Nieba

Seria: Cmentarz Zapomnianych Książek #3

Autor: Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: MUZA SA

Minął prawie rok od mojego ostatniego spotkania z twórczością Zafóna, jednego z moich ulubionych pisarzy, kiedy to czytałam „Grę Anioła”, drugą część z cyklu „Cmentarz Zapomnianych Książek”. Z różnych względów dopiero teraz mogłam zabrać się za kolejną powieść z tej serii, którą tak bardzo się zachwyciłam już przy lekturze „Cienia Wiatru”.

„Więzień Nieba” wydaje się być łącznikiem pomiędzy dwoma pozostałymi częściami tego niepowtarzalnego cyklu. Na pierwszy plan wysuwa się  Ferimn Romero de Torres, którego przygotowania do ślubu z Bernardą zakłóca nagłe pojawienie się pewnej postaci z przeszłości. Staje się to impulsem do opowiedzenia Danielowi Sempere, najlepszemu (o czym wiedzą dobrze czytelnicy „Cienia Wiatru”) przyjacielowi Fermina historii, która łączy większość postaci „Cmentarza Zapomnianych Książek”. Czego dowie się Daniel?

Carlos Ruiz Zafón po raz kolejny stworzył fabułę, w której mnóstwo pozornie niezwiązanych z sobą wątków zaczyna układać się w spójną całość i proces ten znów okazuje się dla czytelnika fascynujący. Pewnych rozwiązań naprawdę się nie spodziewałam i choć w trakcie czytania można się czegoś pomału domyślać, do końca właściwie nie wiadomo, co ten autor wymyślił i jakie właściwie rozwiązanie mają wszystkie te mnożące się zagadki. Nadaje to powieści tajemniczy nastrój, pełen napięcia, niekiedy grozy. Jednocześnie historia niepozbawiona jest sytuacji zupełnie zwyczajnych i codziennych spraw takich jak wieczór kawalerski czy kłopoty małżeńskie. Nie brak tu także humoru, zwłaszcza w niekonwencjonalnych dialogach z udziałem samego Fermina, który wciąż zaskakuje swoimi trafnymi spostrzeżeniami. 

Jeśli już mowa o Ferminie, warto wspomnieć o tym, że kreacja postaci jest na najwyższym poziomie. Każdy jest niepowtarzalny, każdy jest sobą, każdy jest interesujący, a relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami wypadają bardzo wiarygodnie.

Kolejną zaletą tej książki, tak charakterystyczną dla Zafóna, jest opis Barcelony. Miasto odgrywa tutaj naprawdę niebagatelną rolę, stając się niejako jedną z postaci. Tym razem możemy poznać trochę jego historii, a właściwie jej czarniejsze karty. Widzimy Barcelonę ogarniętą wojną, podczas dyktatury generała Franco. Widzimy samowolę władzy krzywdzącej obywateli. Widzimy więźniów politycznych, szantażowanych, torturowanych, przetrzymywanych w okropnych warunkach. Widzimy dobrych i złych i zauważamy, że czasami niewiele dzieli jednych od drugich.


Jeżeli jesteście ciekawi losów Daniela Sempere i jego ojca, jeżeli po lekturze „Gry Anioła” zastanawialiście się, co spotkało Dawida Martina lub jeżeli po prostu szukacie ciekawej, świetnie napisanej książki, która na długo pozostanie w Waszej pamięci – polecam zdecydowanie. Dla mnie to chyba najlepsza część serii.


Cytat:
"Przyszłości się nie pragnie, zasługuje się na nią."

Ocena: 10/10

poniedziałek, 19 stycznia 2015

[94] Płonący Most

Tytuł: Płonący Most

Seria: Zwiadowcy #2

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 350


Dość długo zwlekałam z zabraniem się za „Zwiadowców”, a mój apetyt rósł podsycany pochwalnymi opiniami znajomych. Do „Ruin Gorlanu” podeszłam więc z nadzieją, ale taką rozsądną, gotowa jednak na ewentualne rozczarowanie. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie – pierwszy tom cyklu naprawdę mi się podobał i zdawał się być zapowiedzią wyjątkowej przygody. „Płonący Most” tylko potwierdził moje przypuszczenia.

W Królestwie Araluenu nadchodzi wojna. Oczywistym jest, że swój udział będzie miał także korpus Zwiadowców. Przygotowanie planów wojennych, zorientowanie się w poczynaniach największego wroga – Morgaratha oraz nawiązanie kontaktu z sojuszniczą Celtią to właśnie zadania dla Halta i spółki. Również młody Will wyrusza na wojenną misję – wraz ze swym przyjacielem Horacem oraz byłym uczniem Halta, Gilanem. Co (i kogo) spotkają po drodze i jakie znaczenie będzie miało to dla losów królestwa?

Nic więcej zdradzić Wam nie mogę, bo każda informacja byłaby tutaj niewybaczalnym spoilerem, a, uwierzcie mi na słowo, nie wypada spolerować tej książki, która w przeciwieństwie do swej poprzedniczki nie jest już aż tak przewidywalna ani schematyczna. Nie znaczy to, że jest bardzo oryginalna, ale z pewnością zmierzamy ku dobremu, że tak się wyrażę.

Wartką akcję czytelnik śledzi z prawdziwym zaciekawieniem, a odpowiednie proporcje dialogów i opisów sprawiają, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. W dodatku wszystkie te opisy są klarowne, a dialogi naturalne.

Zresztą, nic dziwnego w naturalnych dialogach, skoro i postacie coraz ładniej się rozwijają. Zwłaszcza Will, który zdecydowanie „nabrał życia”. Widać u niego więcej wątpliwości, więcej takich typowych błędów młodości. Bardzo dojrzał z kolei Horace, ale chyba nadal nie należy do moich ulubieńców. Morgarath jest coraz bardziej interesujący, Skandianie także mnie zaciekawili. Podobnie zresztą jak król Duncan. Ubolewam tylko, że w „Płonącym moście” mamy dość mało mojego ulubionego Halta.

Dużym plusem jest poprawa pod względem jakości korekty. Błędów jest znacznie mniej niż  w poprzedniej części, także wydawnictwo przyłożyło się trochę. Mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej.


„Płonący Most” to naprawdę niezła książka przygodowo-fantastyczna, a cała seria zaczyna mnie wciągać coraz bardziej, więc szczerze polecam Wam zapoznanie się ze „Zwiadowcami.” Gwarantuję Wam, że nudzić się nie będziecie. Przeczytacie za to historię o przyjaźni, odwadze, lojalności i wypełnianiu obowiązków. O strachu i przezwyciężaniu go. O tym, by wierzyć w siebie. 


Cytat:
"Brak wiary w siebie jest jak choroba. Jeśli stracisz panowanie nad nim, twoje wątpliwości staną się rzeczywistością."

Ocena: 9/10

niedziela, 4 stycznia 2015

[93] Historia i fantastyka

Tytuł: Historia i fantastyka

Autorzy: Stanisław Bereś i Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Ilość stron: 288


Jako wielbicielka twórczości Andrzeja Sapkowskiego nie mogłam nie sięgnąć po wywiad-rzekę z moim ulubionym autorem. Tym bardziej  przeprowadzony przez Stanisława Beresia, uznanego dziennikarza i teoretyka literatury, który znany jest m.in. z książek-wywiadów ze Stanisławem Lemem i Tadeuszem Konwickim. Dodatkowo tytuł „Historia i fantastyka” sugerował, że rozmówcy poruszą interesujące mnie tematy. Oczekiwałam ciekawych opinii i żywej dyskusji, swego rodzaju starcia poglądów dwóch różnych osób. Jaki był rezultat?

Ano taki, że Sapkowski nieco Beresia w tej rozmowie przytłumił. Miał gotową odpowiedź na każde pytanie, brylował inteligencją, jego upór był niezłamany. Dziennikarz pozostał więc w tle. Być może tak powinno być, nie po to przeprowadza się przecież wywiady, by zainteresować własną osobą. Myślę jednak (a z opinii, które do tej pory czytałam wiem, że jedyna w swym przekonaniu nie jestem), że książę tę czytałoby się znacznie ciekawiej, gdyby wypowiedzi Stanisława Beresia wnosiły do niej nieco więcej. Tymczasem niektóre pytania wręcz męczyły. I to nie tylko czytelnika, lecz wyraźnie także udzielającego wywiadu. Często poruszały kwestie, o których autor „Wiedźmina” wyraźnie nie chciał rozmawiać, wciąż wracały do tych samych wątków, o których wiadomo było, że niczego więcej się z nich nie „wyciągnie”.

Poza tym jednak wszystko było na najwyższym poziomie. Czytelnik raczej się nie nudzi, Sapkowski i Bereś płynnie przechodzą z tematu na temat. Widać, ze obaj wiedzą, o czym mówią. To wykształceni ludzie, którzy mówią naprawdę ciekawie i mądrze o wielu sprawach.
Rozmowa dotyczy m.in.  uniwersum „Wiedźmina”, „Trylogii husyckiej” (wówczas w trakcie tworzenia), związków historii i literatury, pozycji fantasy na rynku, czytelników, konwentów, procesu twórczego Sapkowskiego.

Jeśli ktoś sądził, że ta książka odkryje mu podglądy znanego polskiego pisarza fantasy, mylił się. Sapkowski nie lubi mówić o sobie. Sporo opowiada jednak o swej twórczości i innych ciekawych sprawach. Mówi z właściwą sobie dozą humoru, w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytając jego wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że czyta się po prostu kolejną z jego książek.


Polecam fanom Sapkowskiego oraz wszystkim tym, którzy interesują się historią czy fantastyką. Sporo ciekawych informacji i opinii można wynieść z tej lektury. 


Cytat:
"Pomijając fakt, że tak bezguście, jak i stereotyp mają w światowej literaturze - i kulturze - miejsce całkiem poczesne i pozycję całkiem niezagrożoną, ludzi czytających zdałoby się hołubić, a czule. Bo może to już ostatni, co tak poloneza wodzą? A co będzie, gdy ich w ogóle nie stanie?"

Ocena: 7/10

piątek, 2 stycznia 2015

Top 10: Ulubione książki 2014 roku i podsumowanie roku

Witajcie w Nowym Roku!

Z tej okazji chciałabym Wam przede wszystkim wszystkiego dobrego na tych 12 najbliższych miesięcy. : )

Przygotowałam też ranking 10 moich literackich ulubieńców przeczytanych w 2014 roku i muszę przyznać, że miałam z tym niemały problem, bo naprawdę prawie każda książka miała coś w sobie, większość uzyskała u mnie bardzo wysoką ocenę i mi się spodobała. Może zaczęłam rozsądniej wybierać książki? W końcu zdecydowałam się tylko na te, które oceniłam na co najmniej 6- i odrzuciłam te, które czytałam w tym roku nie po raz pierwszy. No i jakoś wyszło 10. Znaczy, wyszło kiedy "Grę o tron" i "Starcie królów" potraktowałam jako całość. :D

Nie będę tutaj przytaczać argumentów, jeśli chcecie wiedzieć, co w której książce mnie zachwyciło, zajrzyjcie do recenzji. ; )


Dziś pora na... Ulubione książki 2014 roku!


1. George R.R. Martin, Gra o tron i Starcie królów



2. Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru



3. Andrzej Sapkowski, Boży bojownicy



4. Andrzej Sapkowski, Narrenturm 






6. Mark Twain, Przygody Hucka



7. Andrzej Sapkowski, Sezon burz



8. Carlos Ruiz Zafón, Gra anioła



9. Jodi Picoult, Krucha jak lód



10. F. Scott  Fitzgerald, Wielki Gatsby



Krótkie podsumowanie roku:

Rok ten prezentuje się w moim czytelnictwie nie najlepiej, jeśli wziąć pod uwagę ilość przeczytanych książek, za to jakościowo jest naprawdę świetnie. Chyba nie było oceny niższej niż dla żadnego zrecenzowanego tytułu. Być może jedno z drugiego wynika, bo mając niewiele czasu na czytanie, wybierałam książki rozważniej. 

Skąd wynikają zaniedbania? Zaczęło się od wakacji, kiedy to, bądźmy szczerzy, naprawdę nie chce się siedzieć przed komputerem. W dodatku na pierwszy plan wysunęło się robienie prawa jazdy. A potem zaczęła się klasa maturalna i rosnący stos lektur. Na szczęście ostatnio trochę się na blogu (chyba) poprawiło, a lektury poszły w odstawkę. :D

Zrecenzowałam 30 książek. Ich średnia ocena w skali 1-10 jest naprawdę wysoka: 8,2!

Ukazało się 5 podsumowań miesiąca. Chyba do nich wrócę, wiecie?

Opublikowałam 4 notki z cyklu "Na szklanym ekranie" (niedługo powinna się ukazać notka o ostatniej części "Hobbita").

Nie dokończyłam 30-Day Book Challenge, co zamierzam nadrobić w tym miesiącu. 

Wstawiłam świąteczne opowiadanie i gościnną recenzję Malkiema. Opowiedziałam Wam trochę o Szlachetnej Paczce i moich odczuciach związanych z kanonizacją Jana Pawła II. Dwukrotnie wzięłam udział w Liebster Award.

Wzięłam udział w 6 wyzwaniach. Niektórym podołałam bardziej, innym mniej. Oto rezultaty:




Trochę zaniedbałam Wasze blogi, ale ostatnio staram się być jak najbardziej na bieżąco. Mam nadzieję się poprawić.


Plany na 2015:

  • Dokończyć 30-Day Book Challenge (najlepiej w styczniu)
  • Wziąć udział najwyżej w jednym wyzwaniu.
  • Wrócić do cotygodniowego publikowania recenzji (nie jestem pewna, co z tego wyjdzie...)
  • Zmienić skalę ocen na punktację od 1 do 10. Chyba tak będzie czytelniej, prawda? 
  • Wrócić do miesięcznych podsumowań. 
  • Rozwijać fanpage

To chyba na tyle, moi kochani, o tym, co było. Jeszcze raz wszystkiego dobrego!










sobota, 27 grudnia 2014

[92] Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym

Tytuł: Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.


Autorka: Regina Brett

Wydawnictwo: Insignis

Ilość stron: 300


O książkach Reginy Brett jest ostatnio dość głośno, a i czytałam kilka bardzo pochlebnych recenzji, toteż gdy przypadkiem wpadł mi w ręce zbiór felietonów pod uroczym tytułem „Jesteś cudem”, nie wahałam się ani chwili. I wiecie co? Wy też się nie wahajcie.

„Jesteś cudem.”, jak sam podtytuł wskazuje, to „50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.” 50 felietonów, które naprawdę (nie przesadzam!) mogą zmienić sposób patrzenia na świat. 50 niezwykłych historii zwykłych ludzi.

Te opowieści czyta się błyskawicznie, napisane są bardzo przystępnym, ale pełnym humoru i życzliwości językiem. Regina Brett potrafi świetnie kontaktować się z czytelnikiem. Ciekawi, zmusza do refleksji. Jednocześnie jest w tym swoim pisaniu sympatyczna i bardzo wyrozumiała, niczego nie narzuca, nie moralizuje. Po prostu proponuje inne rozwiązania.

O jakich rozwiązaniach mowa? O tym, byśmy nigdy się nie poddawali, wierzyli w siebie i w drugiego człowieka, zawsze starali się czynić dobro. Być dla innych, ale też nie zapominać o własnych potrzebach. „Jesteś cudem” – przekonuje autorka każdego z nas. Tak naprawdę każda z tych 50 historii pokazuje nam, jaka siła drzemie w ludziach, jak niewiele trzeba, by kogoś uszczęśliwić. Zdecydowanie przywraca to wiarę w człowieka, w ludzką dobroć, w to, że świat wcale nie jest taki zły. To naprawdę optymistyczna lektura, która dodaje nam mnóstwa pozytywnej energii.

Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć. Książka ta jest wyraźnie pod wpływem wiary chrześcijańskiej i jeśli czujecie naprawdę silną niechęć do poruszania tematu wiary, możecie się zniechęcić. Widziałam sporo komentarzy, w których właśnie na ten aspekt „Jesteś cudem” narzekało sporo ludzi. Mnie to nie przeszkadzało, wydaje mi się, że autorka nikogo do niczego na siłę nie przekonuje. Ale może, jako osoba wierząca, odbierałam to inaczej?

Nie mogę nie wspomnieć, że książka jest bardzo ładnie i starannie wydana, a urocza okładka cieszy oko.


Nie mam pojęcia, co jeszcze mogłabym napisać o tej pozycji. Jeśli chcecie dowiedzieć się o niej czegoś więcej, przeczytajcie sami. Naprawdę nie powinniście tego żałować. Dla mnie to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. 


Cytat:
"Żadna nadzieja nie jest zbyt śmiała. Żadna potrzeba nie jest zbyt wielka. Żadna nadzieja na cud nie jest zbyt absurdalna."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




piątek, 19 grudnia 2014

Szlachetna Paczka

Wiem, że już ponad tydzień nie było recenzji, wybaczcie. Strasznie szybko leci ten przedświąteczny czas, prawda? Dziś co prawda również bez recenzji (która powinna pojawić się jeszcze przed świętami), ponieważ nie mogę się powstrzymać i czuję,  że muszę Wam napisać o czymś baaaardzo pozytywnym, czego ostatnio doświadczyłam, mianowicie o Szlachetnej Paczce! 



14 lat temu Ksiądz Jacek Stryczek z Krakowa wpadł na pomysł przygotowania świątecznych paczek dla przyjaciół w potrzebie. Dziś projekt łączy ludzi w całej Polsce. W tym roku pomoc otrzymało ponad 19,5 tys. rodzin!

Na czym polega jego wyjątkowość? Paczki trafiają do najbardziej potrzebujących rodzin. Każdą z nich opiekuje się wolontariusz, który odwiedza rodzinę, rozmawia z jej członkami i orientuje się w konkretnych potrzebach. Te bywają różne - od żywności i artykułów chemicznych, poprzez ubrania i zabawki aż do mebli i sprzętów AGD. Najważniejsze jest jednak to, że Paczka to nie zwyczajna pomoc materialna. Ma być impulsem do zmiany, sygnałem dla rodziny: "Ktoś się o Was troszczy, jesteście dla nas ważni". Ma być mądrą pomocą.

To filcowa sówka,
którą dostałam od rodziny. : )
W tym roku postanowiłam zostać wolontariuszką Szlachetnej Paczki. Niecały tydzień temu odbył się finał projektu, a upominki dotarły do moich dwóch paczkowych rodzin. Wyobraźcie sobie miny ludzi, do których mieszkania wolontariusze wnoszą kilkanaście paczek ozdobionych świątecznym papierem. Wyobraźcie sobie dzieciaki wyciągające z tych pudeł nowe zabawki, książki, ubrania i mnóstwo słodyczy. Wyobraźcie sobie, że znajdują się tam ich wymarzone prezenty, specjalnie dla nich! Uśmiechy na ich twarzach są bezcenne. 

Konkretny człowiek pomagający konkretnemu człowiekowi - to jest siła całej akcji. Wiecie, z czego najbardziej cieszyła się jedna z rodzin? Z kartek świątecznych wykonanych przez dzieci ze szkoły, która przygotowała dla nich Paczkę. Od razu wylądowały na półce za szybką, by były dobrze widoczne.

A tutaj laurka od dzieciaków.^^
Co roku włącza simę w ten projekt coraz więcej osób. Siostry Radwańskie, ekipy aktorów z seriali telewizyjnych (m.in. "Klanu" czy "M jak miłość"), Kamil Stoch, Szymon Majewski, Anna Mucha, siatkarze Asseco Resovii Rzeszów. Ba! Tym razem dla jednej z rodzin Paczkę osobiście przygotował nawet papież Franciszek! 

Mówi się, że w  Szlachetnej Paczce wszyscy wygrywamy. Zaraz Wam to wyjaśnię. Darczyńcy, pomagając, czerpią z tego niesamowitą radość. Wolontariusze, wierzcie mi, widząc radość obdarowanych rodzin, czerpią z tego mnóstwo energii. Rodziny dostają sygnał, że ich los nie jest nikomu obojętny. To wszystko przywraca wiarę w ludzi. 


Naprawdę dawno nie przeżyłam czegoś tak pozytywnego i wzruszającego. Dlatego wszystkich Was zachęcam, by za rok włączyć się jakoś w tę akcję - uwierzcie mi, że warto. Można zostać wolontariuszem, a można przygotować Paczkę. Zbierzcie znajomych, rodzinę, zaangażujcie całą szkołę, zakład pracy. Razem możemy więcej!

I kolejna laurka.

Niech te święta będą nie tylko dla nas. Bądźmy też w ten bożonarodzeniowy czas my dla kogoś!

Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo