Tytuł: Elena. Wygrać z losemSeria: Elena #1
Autorka: Nele Neuhaus
Wydawnictwo: Media Rodzina
Dumna i szczęśliwa zabieram się za recenzję mojego pierwszego egzemplarza recenzenckiego ;d
„Elena. Wygrać z losem” to pierwsza część nowego cyklu niemieckiej autorki Nele Neuhaus. Skierowana jest do młodzieży, ale myślę, że raczej tej młodszej młodzieży (dwunasto-, trzynastolatków).
Główną bohaterką jest trzynastoletnia Elena Weiland, której
rodzina prowadzi stadninę koni. Od małego wychowywana w środowisku jeździeckim
dziewczyna, żyje jednak w cieniu brata, startującego bardzo często w konkursach
skoków przez przeszkody. Bardzo się więc cieszy, gdy ojciec oznajmia jej
pewnego dnia, że nowonarodzony źrebak będzie wyłącznie jej koniem. Niestety,
Fritzie (tak Elena nazywa swojego nowego wierzchowca) ulega poważnej kontuzji i
jej ojciec spisuje go na straty. Dziewczyna jednak nie poddaje się. Pomaga w
leczeniu konia i w tajemnicy przed ojcem zaczyna go trenować. Ma dwoje
najbliższych sprzymierzeńców: przyjaciółkę Melike i, co ją z początku bardzo
zaskakuje, Tima Jungbluta. Jednak rodziny Weilandów i Jungblutów od dawna się
nienawidzą. Najmłodsze pokolenia, choć nikt nie wyjaśnił im nigdy przyczyn
konfliktu, mają surowy zakaz rozmawiania ze sobą.
Niespodziewanie stadnina rodziców Eleny wpada w poważne
kłopoty finansowe, które silnie odbijają się na relacjach w rodzinie. W dodatku
w okolicy coraz częstsze są kradzieże koni, a w pobliskim lasku, w zapuszczonej
do niedawna leśniczówce, Elena i Melike odkrywają kilka, zamieszkanych,
końskich boksów. Czyżby to były skradzione zwierzęta? Co domniemane koniokrady
mają wspólnego z rodzinami Weilandów i Jungblutów? I najważniejsze, co takiego
wydarzyło się w przeszłości, że Elena i Tim nie mają nawet prawa ze sobą
rozmawiać?
Zacznę od tego, co mi się nie podobało, żeby później przejść
do przyjemniejszych rzeczy. Na początku: język. Mój Boże, jak te niektóre
zdania były zbudowane. Weźmy choćby taki fragment: „Zazwyczaj babcia była
człowiekiem, że do rany przyłóż, jednak często zostawała z całym domem na
głowie, więc rzadko można było ją spotkać w dobrym humorze.” To ona jednak
częściej była milusia, czy raczej bez kija nie podchodź? Przecież jedno przeczy
tu drugiemu. Takich wpadek było sporo, jednak głównie przez pierwszych, bo ja
wiem, 50 stron. Jak gdyby autorka wyrabiała się z każdym kolejnym rozdziałem,
tak więc, czytało się coraz lepiej. Podobnie jak tylko na początku głównej
bohaterce zdarzało się nazywać dorosłe, sportowe wierzchowce, konikami. Dobrze,
że później się to nie zdarzało, bo brzmiało tak infantylnie, że zaczynałam do
tej książki gadać: „Nie, Eleno, nie idziesz zaprowadzić do stajni KONIKÓW,
idziesz zaprowadzić KONIE. Może jeszcze idziesz z nimi nie do stajni, a do
stajenki?”
Ponadto wątek miłosny między Eleną i Timem wydał mi się
tutaj zupełnie niepotrzebny. Moim zdaniem całość wypadłaby naturalniej, gdyby
tę dwójkę połączyła zwykła, solidna przyjaźń. Bardziej to pasuje do wieku
głównej bohaterki niż szalona miłość.
Fabuła jest solidnie skonstruowana i przedstawiona. Chociaż
wątek skłóconych ze sobą rodzin może wydawać się schematyczny, tutaj pasuje. Nie
wziął się znikąd, jest dobrze uzasadniony i wystarczająco zawiły, by wprowadzać
co niektórych bohaterów w błąd i trochę namotać, a jednocześnie da się go
zrozumieć.
Co do postaci, to są one dość różnorodne i zupełnie nieźle
zarysowane. Sama Elena nie jest kimś nadzwyczajnym, ale też nie do bólu
przeciętnym, jak na przykład zmierzchowa Bella. Rzadko także bywa irytująca.
Chociaż na lekcji matematyki niezbyt wykazuje się inteligencją (nauczyciel
zadaje jej zadanie naprawdę proste, jak na trzynastolatkę, a ona nawet nie
próbuje go rozwiązać). Jest jednak bardzo odważna. Widzimy jej przemianę, Kidy z
naiwnego nieco dziecięcego świata, wkracza w nieco doroślejsze życie. Sporo się
uczy na błędach zarówno swoich, jak i cudzych. Polubiłam też Tima i Melike,
która zawsze wnosi ze sobą uśmiech i swobodę.
Słyszałam już porównania „Eleny” do innej serii o koniach, „Heartlandu”.
Mimo kilku podobieństw, które widzę zwłaszcza w postaci ojców – zarówno ojcec
Eleny, jak i Amy z książek Lauren Brooke, popełnili wiele błędów, ale starają się
je naprawić, książki te znacznie się od siebie różnią, chociażby klimatem. „Heartland”
mówi o stadninie zupełnie innej niż ta ukazana w „Elenie”. Tutaj są interesy,
profesjonalizm, spore pieniądze, prestiż. Przeczytanie o tym świecie, dobrze
opisanym w pierwszoosobowej narracji, było nawet interesującym doświadczeniem.
Zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja, bardzo lubi konie.
Mimo kilku niedociągnięć, mogę z czystym sumieniem polecić tę
książkę, choć tak jak wspomniałam, raczej młodszym nastolatkom. Jestem pewna,
że ja sama, kilka lat temu byłabym nią wręcz oczarowana. Teraz z kolei
spędziłam przy niej całkiem sympatyczne trzy wieczory, bo lektura jest
przyjemna w odbiorze i szybko się ją czyta. Jest także dosyć mądra. Mówi nie
tylko i miłości do konia i nie poddawaniu się, ale też o tym, co w życiu najważniejsze,
o wzajemnym zrozumieniu i problemach rodzinnych, wcale nie łatwych do
rozwiązania. Uczy wybaczania.
Ja z przyjemnością sięgnę po kontynuacje.
Ja z przyjemnością sięgnę po kontynuacje.
Cytat:
"Jak wiadomo, kiedy życie chce nam zrobić przykrą niespodziankę, nie ma co liczyć na jakiekolwiek znaki ostrzegawcze. Czasem człowiek nie zauważa nawet samego momentu, kiedy przychodzi nieszczęście".
Ocena: 6/10
Książkę mogłam przeczytać dzięki wydawnictwu Media Rodzina. Dziękuję!
P.S. Przepraszam za tę grafikę, blog przechodzi mały remont i nagłówek nie chce mi się coś zmniejszyć. Postaram się w tym uporać w ciągu najbliższych paru dni.
