Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 maja 2014

[77] Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Ech, obiecałam recenzję w środę, a znów jest w niedzielę. Przepraszam. I za zaległości u Was też przepraszam, poprawię się. : )



Tytuł: Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Seria: Opowieści z Narnii #1

Autor: Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Media rodzina

Ilość stron: 182


Lubię czasami wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Zawsze odkrywam w nich coś nowego.  To trochę jak spotkanie ze starym przyjacielem, bo książki to przecież są nasi przyjaciele, prawda? I tylko żałuję czasami, że tak mało czasu na czytanie, bo tylu książek jeszcze nie poznałam, a już jest sporo takich, które mogłabym czytać wciąż od nowa.

Jedną z takich właśnie książek, które warto sobie od czasu do czasu przypomnieć są Opowieści z Narnii. Pamiętam, że dawniej uważałam je za taki klasyczny przykład fantastyki, w którym to przekonaniu utwierdziły mnie jeszcze ekranizacje. Tym razem, czytając Lwa, czarownicę i starą szafę, miałam wrażenie, że nie czytam żadnej książki fantastycznej, a jedynie piękną baśń. Nie umniejsza to oczywiście zupełnie jej wartości.

Myślę, że fabuła jest prawie wszystkim znana, więc ograniczę się tylko do najważniejszego w jej przypomnieniu. Czworo dzieci, wysłanych w okresie nalotów bombowych na Londyn w czasie wojny do starego domu pewnego (również starego) profesora, wchodzi do szafy. Okazuje się,  że mebel prowadzi do zaczarowanej krainy zwanej Narnią, gdzie przez złą Białą Czarownicę panuje wieczna zima. Czy dzieciom uda się uratować Narnię?

Akcja nabiera tempa dość szybko, nie mamy tu zbyt długich opisów, książkę czyta się błyskawicznie. Ani się nie obejrzysz, już skończyłeś! A wszystko to za sprawą świetnego, lekkiego pióra C.S. Lewisa. Opowieści z Narnii przypominają nieco gawędę, jakąś opowiadaną gdzieś przy ognisku historię, bajkę. Narrator wydaje się wręcz naszym rozmówcą, co chwilę zwraca się do czytelnika, dopowiadając to i owo. Potęguje to jeszcze atmosferę swobodnie snutej opowieści. W dodatku cała powieść niepozbawiona jest niewymuszonego humoru.

Postacie są szalenie wprost sympatyczne. Waleczny i opiekuńczy w stosunku do młodszego rodzeństwa Piotr, poważna i spokojna Zuzanna, prostolinijna, odważna i zawsze radosna Łucja – to trójka dzieciaków, których nie sposób nie lubić. Specjalnie nie wymieniłam tu Edmunda, bo on różni się trochę od rodzeństwa. Nie znaczy to oczywiście, że go nie lubię. Ba! Lubię go chyba bardziej niż pozostałych, bo jest bardziej dynamiczny, zmienia się, popełnia głupstwa. Koniec końców, jest przecież tylko chłopcem, a nie superbohaterem, prawda?

Oprócz czwórki rodzeństwa Pevensie, w Narnii możemy też spotkać mówiące Bobry (czy tylko mnie pani Bóbr kojarzyła się trochę z Molly Weasley?), Białą Czarownicę, która jest typowym wręcz czarnym charakterem i Aslana. Tajemniczego, wspaniałego, groźnego, dobrego lwa Aslana. Chyba nie muszę mówić, że go uwielbiam, prawda? Poznajemy także całe mnóstwo mitologicznych istot z panem Tumnusem (faunem) na czele. Właściwie to właśnie obraz fauna idącego z paczkami przez ośnieżony las zainspirował C.S. Lewisa do napisania Opowieści z Narnii.

Można by się przyczepić, że to wszystko jest zbyt uproszczone, że to śmieszne, że Piotr, który nigdy wcześniej nie trzymał w ręku miecza, nagle prowadzi armię do walki itp., ale po co? Tutaj naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia. To baśń. Z baśniowym klimatem, baśniowymi postaciami i baśniowym urokiem.

Och, opisując postacie zupełnie zapomniałam o Profesorze. To dość intrygujący staruszek, no bo który dorosły uwierzyłby w istnienie Narnii? Wszystko staje się jednaj zrozumiałe, gdy tylko przeczytamy szóstą część cyklu, Siostrzeńca Czarodzieja. Bo tak naprawdę pierwsza część Opowieści z Narnii wcale chronologicznie nie jest pierwszą. Według kolejności wydarzeń jest druga. Chronologicznie można czytać w tej kolejności: 6, 1, 5, 2, 3, 4, 7. Prawdę mówiąc, miałam tym razem tak właśnie zrobić, ale znów zapomniałam. Myślę, że i tym razem odbiór byłby nieco inny.
\
Książka opatrzona jest świetnymi ilustracjami Pauline Baynes, a moje wydanie zawiera dodatkowo zdjęcia z filmu (który, swoją drogą, też kiedyś pewnie zrecenzuję).


Krótko mówiąc, kto jeszcze Lwa, zarownicy i starej szafy nie przeczytał, naprawdę sporo trac i radziłabym mu nadrobić te zaległości jak najprędzej. To cudowna historia o miłości, lojalności i przyjaźni. O walce dobra ze złem i sprawiedliwości. 


Cytat:
"Kto raz został królemw  Narnii, na zawsze nim pozostanie."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






Książkę wygrałam w konkursie u Stelli - dziękuję! : ) 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

[61] Harry Potter i Insygnia śmierci

Na początku chciałam Was strasznie przeprosić za tak długą nieobecność. Końcówka semestru była okropna. Nawał sprawdzianów/prac domowych przytłoczył mnie kompletnie. W dodatku przed świętami też jest trochę rzeczy do zrobienia, dlatego nie miałam kiedy ani czytać, ani dodać recenzji. Za to dziś recenzja dłuższa niż zwykle (a i tak starałam się skracać...). Jutro za to - notka świąteczna ;)

Tytuł: Harry Potter i Insygnia Śmierci

Seria: Harry Potter #7

Autorka: J.K. Rowling

Wydawnictwo: Media Rodzina


Nie miałam zamiaru recenzować „Harry’ego Pottera”. Nigdy przenigdy. Są takie książki, które strasznie trudno obiektywnie zrecenzować. Ale  ostatnio dorwałam w promocji „Insygnia śmierci”, co sprawiło, że postanowiłam je sobie przypomnieć, więc spróbuję i zrecenzuję. Moi drodzy! Przygotujcie się na mnóstwo zachwytów! Dodatkowo ta recenzja może być troszkę… nieogarnięta.

Głównym bohaterem książki jest… nie no, przecież tego nie trzeba chyba pisać. Mimo wszystko. Tak w maksymalnym skrócie: młody czarodziej Harry Potter powinien właśnie rozpocząć siódmy rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, ale rzuca edukację i rusza wypełnić misję, dzięki której będzie mógł pokonać swojego największego wroga, śmiertelnie niebezpiecznego czarnoksiężnika, Lorda Voldemorta. Misję tę zlecił mu zmarły dyrektor Hogwartu, Albus Dumbledore. Jednak po śmierci Dumbledora wychodzą na jaw takie tajemnice z jego życia, które sprawiają, że Harry zaczyna wątpić w słuszność poczynań byłego dyrektora. W dodatku młody czarodziej dowiaduje się o istnieniu tzw. Insygniów śmierci. Czym są? Co mogą dać właścicielowi? Harry’emu towarzyszą nieodłączni przyjaciele – Ron i Hermiona. Jak skończy się ich walka z Voldemortem?

Czy jest tu ktoś, kto nie słyszał o Harrym Potterze? Kto nie widział ani jednego filmu? Nie czytał ani jednej książki?”Insygnia śmierci” to ostatnia część genialnego cyklu autorstwa J.K. Rowling. Różni się nieco od pozostałych, przede wszystkim dlatego, że akcja poprzednich tomów toczyła się głównie w Hogwarcie. Czytając siódmą część, tęskniłam chwilami za magiczną atmosferą tego cudownego zamku. Brakowało mi meczów Quiditcha, nauczycieli, Irytka, mówiących portretów i zaczarowanego sklepienia Wielkiej Sali. Brakowało mi chatki Hagrida i jego dziwnych zwierzaków, szkolnych błoni i nawet wiecznie zrzędzącego woźnego Filcha. Czytając książkę naprawdę za tym tęskniłam. Tęskniłam razem z Harrym, Ronem i Hermioną – im też brakowało Hogwartu.

Muszę się na tym zamku chwilę zatrzymać, choć większość z Was pewnie doskonale zna go z książek. Tych, którzy nie czytali, pozostaje mi poinformować, że Hogwart jest szkołą absolutnie rewelacyjną! I nie chodzi tu tylko o to, że uczniowie uczą się tam magii. Rowling stworzyła szkołę, która jest czymś znacznie więcej. Dla większości uczniów jest praktycznie drugim domem (jeśli nie pierwszym w przypadku Harry’ego, Snape’a czy samego Voldemora). Ma swoją historię, tradycję. Cztery domy, na które podzieleni są uczniowie, różnią się od naszych szkolnych wspólnot, jakimi są klasy. Przede wszystkim, to, do jakiego domu się trafi, może mieć wpływ na całe przyszłe życie czarodzieja. On się z tym domem identyfikuje nawet po zakończeniu edukacji. Koledzy z jednego domu są dla siebie jak rodzina, prawie zawsze stają za sobą murem. Ten zamek jest najważniejszym miejscem akcji całej serii, toteż nic dziwnego, że ostateczna rozgrywka z Voldemortem będzie miała miejsce właśnie tam.

Zresztą, cały świat skonstruowany przez Rowling jest fascynujący. W „Insygniach” poznajemy już ostatnie jego tajemnice. Tym razem jest mroczniej, bo Voldemort powoli przejmuje władzę. Tym razem jest trudniej, bo nie można liczyć na to, że ostatecznie Dumbledore wszystko załatwi i wyjaśni. Ten świat jest już inny, ale nadal dopracowany w najmniejszych szczególikach.

Dopracowana jest także fabuła. Wszystkie wątki zostają rozwiązane, a ponieważ  wątków tych było mnóstwo, autorce naprawdę należy się uznanie. Pomyślała o wszystkim i zakończenie jest idealne. Wiem, że niektórym nie podobał się epilog, bo niby zbyt wiele zdradzał. Z jednej strony rozumiem to, bo sama lubię niekiedy otwarte zakończenia, ale tutaj… Myślę, że akurat tutaj ten epilog pasował. Przyjemnie jest wiedzieć, że autorka wymyśliła swoim postaciom przyszłość.

Właśnie, postacie. To kolejna, chyba jedna z głównych, zalet cyklu o Harrym Potterze. Przecież ja większość zestawień Top10 mogłabym zapełnić samymi bohaterami tej sagi! Przede wszystkim nie są to postacie płytkie, a wielowymiarowe. Z krwi i kości. Popełniają błędy. Nienawidzą. Wybaczają. Mogłabym tu wspaniałych postaci wymienić naprawdę mnóstwo, ograniczę się więc do kilku, którzy w tej części odegrali znaczącą rolę. Przede wszystkim Dumbledore, który okazuje się być kontrowersyjny, Severus Snape, czyli jedna z moich najulubieńszych postaci literackich i Lord Voldemort – taki powinien być czarny charakter. Dokładnie taki. Okrutny, a jednocześnie przebiegły i inteligentny. Szkoda, że najlepsze postacie w książkach często giną. Ale przecież życie nie jest urocze i cukierkowe, więc czemu książki miałyby takie być?

Sam Harry, który na przykład w filmach wychodzi na… chłopaka i znikomej ilości szarych komórek, w książce trzyma się naprawdę nieźle. Nie jest jakiś tam najzdolniejszy itd. Ale właśnie o to chodzi. To skromny, sympatyczny chłopak, nie bojący się podejmować trudnych decyzji i przejawiający spore zdolności przywódcze, choć do władzy wcale się nie pali.

Za co jeszcze kocham tę powieść? Za najlepszy rozdział na świecie – „Opowieść księcia”. Nie chcę tu zbyt wiele zdradzić tym, którzy nie czytali „Insygniów” (pewnie są tu tacy), powiem tylko, że pokazuje jednego z bohaterów w zupełnie innym świetle. Jego treść była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I nie umiem się przy tym rozdziale nie wzruszyć.

Podoba mi się, że autorka nie przypomina nam co chwilę, co dokładnie wydarzyło się w poprzednich tomach. Dzięki temu powieść wciąż trzyma w napięciu, czytelnik wprost ją pochłania. Dialogi są naturalne, żywe i absolutnie nie stopują tempa akcji.

Warto wspomnieć o świetnym przekładzie Andrzeja Polkowskiego, który wcale nie miał łatwego zadania z tymi wszystkimi stworzonymi przez Rowling nazwami i terminami. Polkowski zadbał o to, by jak najlepiej oddać je w języku polskim, a z tyłu książki znajdują się właśnie wyjaśnienia od tłumacza dlaczego przetłumaczył coś w taki, a nie inny sposób. Ciekawe.

Znacie to uczucie, gdy czytacie zakończenie jakiejś serii? Ten smutek, że to już koniec przygody? Chyba przy żadnym cyklu nie odczuwałam tego tak jak właśnie przy „Harrym Potterze”. Dlatego sądzę, że jeszcze do młodego czarodzieja powrócę.

„Harry Potter i Insygnia śmierci” to opowieść o przyjaźni, której nic nie zniszczy; o miłości, która trwa wiecznie; o zaufaniu, o które niekiedy bardzo trudno; o lojalności i odwadze, które prowadzą do zwycięstwa; o wybaczaniu, które wcale nie jest łatwe. O uniwersalnych wartościach, o których nie wolno nam zapomnieć.

Tym, którzy „Harry’ego Pottera” jeszcze nie czytali radzę jak najszybciej zabrać się za pierwszy tom. Obiecuję, że nie pożałujecie! 


Cytat:
- To bardzo wzruszające, Severusie - powiedział z powagą Dumbledore - A więc w końcu dojrzałeś do tego, by przejmować się losem tego chłopca?
- Jego losem? - wykrzyknął Snape - Expecto patronum! 
Z końca jego różdżki wystrzeliła srebrna łania. Wylądowała na podłodze, przebiegła przez pokój i wyskoczyła przez okno. Dumbledore patrzył, aż jej srebrna poświata zniknęła w ciemności, a potem odwrócił się do Snape'a. Oczy miał pełne łez. 
- Przez te wszystkie lata...?
- Zawsze.

Ocena: 10/10

sobota, 16 listopada 2013

[57] Elena. Wygrać z losem

Tytuł: Elena. Wygrać z losem

Seria: Elena #1

Autorka: Nele Neuhaus

Wydawnictwo: Media Rodzina


Dumna i szczęśliwa zabieram się za recenzję mojego pierwszego egzemplarza recenzenckiego ;d

„Elena. Wygrać z losem” to pierwsza część nowego cyklu niemieckiej autorki Nele Neuhaus. Skierowana jest do młodzieży, ale myślę, że raczej tej młodszej młodzieży (dwunasto-, trzynastolatków).

Główną bohaterką jest trzynastoletnia Elena Weiland, której rodzina prowadzi stadninę koni. Od małego wychowywana w środowisku jeździeckim dziewczyna, żyje jednak w cieniu brata, startującego bardzo często w konkursach skoków przez przeszkody. Bardzo się więc cieszy, gdy ojciec oznajmia jej pewnego dnia, że nowonarodzony źrebak będzie wyłącznie jej koniem. Niestety, Fritzie (tak Elena nazywa swojego nowego wierzchowca) ulega poważnej kontuzji i jej ojciec spisuje go na straty. Dziewczyna jednak nie poddaje się. Pomaga w leczeniu konia i w tajemnicy przed ojcem zaczyna go trenować. Ma dwoje najbliższych sprzymierzeńców: przyjaciółkę Melike i, co ją z początku bardzo zaskakuje, Tima Jungbluta. Jednak rodziny Weilandów i Jungblutów od dawna się nienawidzą. Najmłodsze pokolenia, choć nikt nie wyjaśnił im nigdy przyczyn konfliktu, mają surowy zakaz rozmawiania ze sobą.

Niespodziewanie stadnina rodziców Eleny wpada w poważne kłopoty finansowe, które silnie odbijają się na relacjach w rodzinie. W dodatku w okolicy coraz częstsze są kradzieże koni, a w pobliskim lasku, w zapuszczonej do niedawna leśniczówce, Elena i Melike odkrywają kilka, zamieszkanych, końskich boksów. Czyżby to były skradzione zwierzęta? Co domniemane koniokrady mają wspólnego z rodzinami Weilandów i Jungblutów? I najważniejsze, co takiego wydarzyło się w przeszłości, że Elena i Tim nie mają nawet prawa ze sobą rozmawiać?

Zacznę od tego, co mi się nie podobało, żeby później przejść do przyjemniejszych rzeczy. Na początku: język. Mój Boże, jak te niektóre zdania były zbudowane. Weźmy choćby taki fragment: „Zazwyczaj babcia była człowiekiem, że do rany przyłóż, jednak często zostawała z całym domem na głowie, więc rzadko można było ją spotkać w dobrym humorze.” To ona jednak częściej była milusia, czy raczej bez kija nie podchodź? Przecież jedno przeczy tu drugiemu. Takich wpadek było sporo, jednak głównie przez pierwszych, bo ja wiem, 50 stron. Jak gdyby autorka wyrabiała się z każdym kolejnym rozdziałem, tak więc, czytało się coraz lepiej.  Podobnie jak tylko na początku głównej bohaterce zdarzało się nazywać dorosłe, sportowe wierzchowce, konikami. Dobrze, że później się to nie zdarzało, bo brzmiało tak infantylnie, że zaczynałam do tej książki gadać: „Nie, Eleno, nie idziesz zaprowadzić do stajni KONIKÓW, idziesz zaprowadzić KONIE. Może jeszcze idziesz z nimi nie do stajni, a do stajenki?”

Ponadto wątek miłosny między Eleną i Timem wydał mi się tutaj zupełnie niepotrzebny. Moim zdaniem całość wypadłaby naturalniej, gdyby tę dwójkę połączyła zwykła, solidna przyjaźń. Bardziej to pasuje do wieku głównej bohaterki niż szalona miłość.

Fabuła jest solidnie skonstruowana i przedstawiona. Chociaż wątek skłóconych ze sobą rodzin może wydawać się schematyczny, tutaj pasuje. Nie wziął się znikąd, jest dobrze uzasadniony i wystarczająco zawiły, by wprowadzać co niektórych bohaterów w błąd i trochę namotać, a jednocześnie da się go zrozumieć.

Co do postaci, to są one dość różnorodne i zupełnie nieźle zarysowane. Sama Elena nie jest kimś nadzwyczajnym, ale też nie do bólu przeciętnym, jak na przykład zmierzchowa Bella. Rzadko także bywa irytująca. Chociaż na lekcji matematyki niezbyt wykazuje się inteligencją (nauczyciel zadaje jej zadanie naprawdę proste, jak na trzynastolatkę, a ona nawet nie próbuje go rozwiązać). Jest jednak bardzo odważna. Widzimy jej przemianę, Kidy z naiwnego nieco dziecięcego świata, wkracza w nieco doroślejsze życie. Sporo się uczy na błędach zarówno swoich, jak i cudzych. Polubiłam też Tima i Melike, która zawsze wnosi ze sobą uśmiech i swobodę.

Słyszałam już porównania „Eleny” do innej serii o koniach, „Heartlandu”. Mimo kilku podobieństw, które widzę zwłaszcza w postaci ojców – zarówno ojcec Eleny, jak i Amy z książek Lauren Brooke, popełnili wiele błędów, ale starają się je naprawić, książki te znacznie się od siebie różnią, chociażby klimatem. „Heartland” mówi o stadninie zupełnie innej niż ta ukazana w „Elenie”. Tutaj są interesy, profesjonalizm, spore pieniądze, prestiż. Przeczytanie o tym świecie, dobrze opisanym w pierwszoosobowej narracji, było nawet interesującym doświadczeniem. Zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja, bardzo lubi konie.


Mimo kilku niedociągnięć, mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę, choć tak jak wspomniałam, raczej młodszym nastolatkom. Jestem pewna, że ja sama, kilka lat temu byłabym nią wręcz oczarowana. Teraz z kolei spędziłam przy niej całkiem sympatyczne trzy wieczory, bo lektura jest przyjemna w odbiorze i szybko się ją czyta. Jest także dosyć mądra. Mówi nie tylko i miłości do konia i nie poddawaniu się, ale też o tym, co w życiu najważniejsze, o wzajemnym zrozumieniu i problemach rodzinnych, wcale nie łatwych do rozwiązania. Uczy wybaczania.

Ja z przyjemnością sięgnę po kontynuacje. 

Cytat:
"Jak wiadomo, kiedy życie chce nam zrobić przykrą niespodziankę, nie ma co liczyć na jakiekolwiek znaki ostrzegawcze. Czasem człowiek nie zauważa nawet samego momentu, kiedy przychodzi nieszczęście". 

Ocena: 6/10


Książkę mogłam przeczytać dzięki wydawnictwu Media Rodzina. Dziękuję!


P.S. Przepraszam za tę grafikę, blog przechodzi mały remont i nagłówek nie chce mi się coś zmniejszyć. Postaram się w tym uporać w ciągu najbliższych paru dni.

piątek, 24 sierpnia 2012

[1] Igrzyska Śmierci

Tytuł serii: Igrzyska Śmierci

Poszczególne części:
  1. Igrzyska Śmierci
  2. W pierścieniu ognia
  3. Kosogłos
Autorka: Suzanne Collins

Wydawnictwo: Media Rodzina




„Igrzyska śmierci” polecało mi już kilka osób, więc w końcu postanowiłam sięgnąć po tę książkę. I bardzo dobrze, bo inaczej średnio zrozumiałabym film, który obejrzałam później, a który (jak to zwykle bywa) pomimo że niezły, od książki o wiele gorszy. No, ale odbiegam od tematu.

Napisy z tyłu okładki (oprócz może dwóch zdań) raczej mnie do przeczytania książki nie zachęciły. Kolejne porównanie do Harry’ego Pottera, wyznanie Stephenie Meyer, że „wzięła książkę do restauracji, ukryła ją pod stołem i czytała podczas kolacji”.  Nie, nie żartuję. Autorka „Zmierzchu” naprawdę napisała coś takiego. Okładka mi się spodobała. W miarę prosta, nowoczesna. Oddaje charakter książki. (Mowa o tej starszej wersji okładki, nie tej nowej, „przedobrzonej”).

„Igrzyska śmierci” opowiadają o szesnastoletniej Katniss Evardeen. Poznajemy główną bohaterkę i jej życie w Dwunastym Dystrykcie, najbiedniejszym rejonie futurystycznego państwa Panem. Katniss jest jednocześnie narratorką książki. Dzięki niej dowiadujemy się o okrutnych rządach Kapitolu i organizowanych przez niego co roku Głodowych Igrzyskach – walce na śmierć i życie, do której wyznaczona jest młodzież od dwunastego do osiemnastego roku życia. Jeden chłopak i jedna dziewczyna z każdego dystryktu. Dwadzieścia cztery osoby. Tylko jedna może przeżyć.

Sama powieść jest moim zdaniem genialna. Oryginalność i pomysłowość autorki już na samym początku robią na mnie olbrzymie wrażenie. Państwo Panem intryguje od pierwszych stron. Dialogi, opisy akcji, fabuła – wszystko na naprawdę wysokim poziomie. Kolejnym atutem „Igrzysk Śmierci” są rewelacyjnie wykreowane postacie. Rzadko zdarza się, by  główny bohater był jedną z moich ulubionych postaci.  Katniss jest jednak silna, odważna i stanowcza. Dla dobra swojej rodziny zrobi wszystko. W dodatku nigdy się nie poddaje. Kolejne ciekawe postacie to Rue (kurde, czemu ona musiała zginąć?), Cinna ( czyżby jedyny sympatyczny mieszkaniec Kapitolu?) i… wiecznie pijany Haymitch. Nie żartuję, naprawdę bardzo lubię tą postać.

Jedna rzecz mnie w tej książce irytowała. Mianowicie narracja w czasie teraźniejszym. Denerwująca co prawda tylko na początku, później się przyzwyczaiłam. Taki jeden, malutki nic nie znaczący minusik.
Nie będę się zbytnio rozpisywała o kolejnych dwóch tomach trylogii. Opowiadają one o powstaniu dystryktów i wojnie z Kapitolem. Dochodzi kilka kolejnych, rewelacyjnych postaci (np. uwielbiany przeze mnie Finnick) oraz momentów, w których wściekamy się na autorkę za zabicie niektórych naszych ulubieńców. Cóż, happy-end jest, ale nie całkowity. Może to i dobrze. Zło zostało pokonane, ale konsekwencje niektórych działań są nieodwracalne. Takie dodatkowe przesłanie oprócz tego głównego, antywojennego.

Część druga, „W pierścieniu ognia” dorównała swojej poprzedniczce, a zakończenie serii, „Kosogłos” było godnym zwieńczeniem arcydzieła. Trylogii, która mówi nam o wierze we własne ideały, o tym, że można walczyć i wygrać z niesprawiedliwą władzą. O trudnych wyborach i dorastaniu. O społeczeństwie, w którym media odgrywają ogromną rolę. Może właśnie nad tym ostatnim należy się zastanowić…?

Polecam „Igrzyska śmierci” każdemu.



Cytat: 
„W oddali łąki, wejdźże do łóżka, Czeka tam na cię z trawy poduszka,
Skłoń na niej główkę, oczęta zmruż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż.
Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
 Najsłodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.”



Ocena: 10/10

Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo