Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2015

[98] Ziemia skuta lodem

Tytuł: Ziemia skuta lodem

Seria: Zwiadowcy #3

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 350


Zaciekawiona „Ruinami Gorlanu” i usatysfakcjonowana kontynuacją – „Płonącym Mostem” postanowiłam kontynuować przygodę ze słynnym cyklem Johna Flanagana, który zjednał mu tylu czytelników na całym świecie i sięgnęłam po trzecią część „Zwiadowców”. Jak „Ziemia skuta lodem” wypada na tle swych poprzedniczek?

Will i Evanlyn trafili do skandiańskiej niewoli. Zmierzają do obcej sobie krainy, nie wiedząc zupełnie, co ich czeka. W dodatku dziewczyna musi ukrywać swoje królewskie pochodzenie, by nie wpaść w jeszcze większe tarapaty. Czytelnik śledzi, jak ta dwójka młodych ludzi próbuje poradzić sobie w nowych, trudnych warunkach, jak gorączkowo szuka drogi ucieczki. Czy ją znajdzie?
Tymczasem Halt i Horace wyruszają we własną, równie pełną niebezpieczeństw podróż. Jej celem jest uratowanie Willa – przyjaciela Horace’a i ucznia Halta, do którego ten szczerze się przywiązał i którego poprzysiągł uratować. Jednak król uważa, że priorytetem działania Korpusu Zwiadowców jest coś innego…

Na początek minusy, których, na szczęście, jest bardzo mało. A właściwie tylko jeden. Niewiele mnie zaskoczyło. Historia przedstawiona przez Flanagana jest dość łatwa do przewidzenia i naprawdę nietrudno się w niej połapać. Nawet zakończenie wydaje się być zwyczajnie oczekiwane przez czytelnika, który chyba nie spodziewa się niczego innego.

A mimo wszystko, historia Willa i spółki nie nudzi i tutaj ujawnia się talent autora. Niby nic szczególnego, a jednak czyta się to z zainteresowaniem, coraz bardziej zżywając się z bohaterami. Nie wiem, czy to zasługa wartkiej akcji czy też lekkiego pióra Flanagana, ale „Zwiadowcy” z każdą częścią wciągają coraz bardziej, przygoda zaczyna nabierać tempa, a świat przedstawiony w serii staje się coraz bliższy.

Wspomniałam o bohaterach, bo też nie sposób ich nie docenić. Zwłaszcza, że, ku mojej wielkiej radości, niemal połowa książki skupia się na moim ulubieńcu – Halcie. Co prawda w towarzystwie Horace’a, którego lubię o wiele mniej, ale przy starym zwiadowcy wszyscy zyskują. Mniej było za to Willa, głównego bohatera, kosztem rozwoju Evanlyn i przede wszystkim skandyjskiego kapitana, Eraka. Ten okazał się być bohaterem niezwykle intrygującym i szybko zdobył moje czytelnicze serce. 

Wydaje mi się jednak, że każdemu poświęcono dokładnie tyle miejsca, ile było trzeba, nie mniej i nie więcej. Dzięki temu możemy poznać różne połączone z sobą historie i różne punkty widzenia. Stworzyć sobie pełniejszy obraz całej historii. To także pokazuje wyczucie autora.


Wyjątkowy klimat cyklu pozostał utrzymany. Przygoda z nutką elementów fantastycznych – idealna mieszanka dla młodego czytelnika (choć i dorośli narzekać nie powinni). Okraszona humorem, z barwnymi  postaciami, coraz bardziej „swojska” z każdym tomem.  Zdecydowanie warta polecenia.


Cytat:
"Jednak nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Najważniejsze, żeby wierzyć, nie poddawać się. Teg nauczył mnie Halt. Nigdy się nie poddawaj, bowiem kiedy pojawi się sposobność, musisz być gotów, żeby z niej skorzystać."

Ocena:  8/10

poniedziałek, 15 czerwca 2015

[97] Gwiazd naszych wina

Tytuł: Gwiazd naszych wina

Autor: John Green

Wydawnictwo:Bukowy las

Ilość stron: 320


Pewnie co niektórzy z Was wiedzą już, że nie przepadam ani za typowymi młodzieżówkami, ani za książkami, których głównym tematem jest miłość. Nie przepadam także za tkliwymi pozycjami, które składają się z samych scen – wyciskaczy łez. Dlatego też początkowo nie miałam najmniejszej ochoty sięgać po słynną powieść Johna Greena, „Gwiazd naszych wina”.  Jednak recenzje, które czytałam były naprawdę zachęcające i sugerowały, że ta książka naprawdę warta jest uwagi. Że mówi co prawda o dwojgu młodych, zakochanych w sobie ludziach, w dodatku zmagających się ze śmiertelną chorobą, ale nie jest schematyczna i prezentuje sobą coś więcej niż przesłodzone sceny wyznawania sobie uczuć. Jeszcze bardziej zachęciła mnie ekranizacja, na którą wyciągnęła mnie koleżanka. I całe szczęście, że jednak to wszystko przekonało mnie do sięgnięcia po ten bestseller.

Parę słów fabule, która, mimo wszystko, skomplikowana jednak nie jest. Siedemnastoletnia Hazel Grace  od czterech lat walczy z nowotworem. Przerzuty do płuc sprawiły, że dziewczyna nie rusza się nigdzie bez aparatu tlenowego. Lekarze nie dają jej szans na powrót do zdrowia. Dziewczyna nie ma zbyt wielu przyjaciół, jest bardzo samotna. Na grupie wsparcia poznaje Augustusa – chłopaka, dzięki któremu na nowo odzyskuje radość życia.

Czytelnik może obserwować rodzące się uczucie dwojga młodych ludzi, którzy  przecież nie różnią się od swych rówieśników. Poza tym, że są śmiertelnie chorzy, są też zwyczajnymi nastolatkami. To zostaje wielokrotnie podkreślone – nikt tych postaci nie koloryzuje, nie heroizuje, brak tu zbędnego patosu, czego trochę obawiałam się w książce tego rodzaju. To zwyczajni nastolatkowie: mający wiele wątpliwości, szukający wsparcia u bliskich im osób, w tym przyjaciół, żartujący, mający swoje pasje i marzenia, złoszczący się. Wszystko to jednak zostaje niestety zdominowane przez chorobę, z którą muszą zmagać się każdego dnia, a która sprawia, że każdy dzień może być ostatni. I chyba właśnie ten cień choroby budzi tak głęboki smutek, kiedy czyta się tę powieść. Dobrze, że autor go nie podkreślał na każdym kroku, a jednak pozwala go odczuć. Green naprawdę potrafi stworzyć wyjątkowy nastrój lektury, okraszając ją dodatkowo scenami humorystycznymi – dzięki temu chwilami mamy ochotę płakać, a chwilami się uśmiechamy, czy wręcz głośno śmiejemy. Jak w życiu.

Wiarygodne postacie to duży plus tej powieści. Oprócz wrażliwej, kochającej czytać Hazel i wiecznie optymistycznego Augustusa, mamy też Issaka, przechodzącego ciężkie chwile, potrzebującego wsparcia przyjaciół, ale i wspierającego ich. Mamy starego, zgorzkniałego pisarza, którego tragedia z przeszłości zmieniła w opryskliwego gbura. A przede wszystkim, mamy rodziców Hazel i Gusa, którzy muszą poradzić sobie ze świadomością, że ich dzieci są śmiertelnie chore. Którzy muszą z tą świadomością żyć i przygotować się na odejście ukochanych pociech, na życie po ich śmierci.

Nie powiem, że wszystko mi się  podobało. Miałam problem z konstrukcją zdań, zwłaszcza na początku książki. Niektóre brzmiały bardzo niezgrabnie, ale nie wiem, na ile to wina autora, a na ile polskiego tłumaczenia. Poza tym jest naprawdę świetnie. Narratorką całej powieści jest Grace, co sprawia, że lektura ta jest zrozumiała i przyjemna w odbiorze dla młodego czytelnika.


„Gwiazd naszych wina” to pełna uroku opowieść, mówiąca o sprawach trudnych w niezwykle prosty sposób. Skłaniająca do refleksji, ale nie moralizatorska. Wzruszająca, ale i zabawna. I z całą pewnością warta polecenia. 


Cytat: 
"... martwi widziani są tylko przez potworne pozbawione powiek oczy pamięci. Żywi, dzięki Bogu, zachowują zdolność zaskakiwania i rozczarowywania."

Ocena: 8/10

poniedziałek, 1 czerwca 2015

[96] Baudolino


Wracam do żywych. Aż trudno mi uwierzyć, że ostatnią recenzję opublikowałam w lutym. Myślę jednak, że trochę przerwy wyjdzie na dobre i mnie, i blogowi, za którym się już trochę stęskniłam. Musiałam nieco odpocząć w tej maturalnej gonitwie, swoją drogą, nieco bezsensownej. Matura zdecydowanie jest przereklamowana. 
Będę starała się trzymać regularnego dodawania recenzji co tydzień, w razie jakiegoś przestoju związanego np. z wakacyjnym wyjazdem, będę na bieżąco informować na facebooku.
Pozdrawiam,
wasza StrawCherry. ; )


Tytuł: Baudolino

Autor: Umberto Eco

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Ilość stron: 516


Za twórczość  Umberto Eco chciałam się zabrać już od dawna, choć planowałam zacząć od „Imienia Róży”. Zachwalanie tego autora przez Sapkowskiego w „Historii i fantastyce” ostatecznie mnie zmobilizowało, jednak na półce miałam akurat „Baudolina”, więc sięgnęłam ostatecznie po  tę właśnie powieść Eco. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z tak słynnym pisarzem?

Jest rok 1204, trwa krucjata. Krzyżowcy plądrują Konstantynopol. Na ulicach nie jest bezpiecznie, nawet mury świątyń nie stanowią pewnego schronienia. Miasto zaczyna płonąć. W tym zgiełku i chaosie tytułowy Baudolino opowiada uratowanemu właśnie bizantyjskiemu historykowi, Niketasowi, dzieje swego życia. A jest co opowiadać – zaczynając od lat spędzonych na dworze cesarza Fryderyka Barbarossy, poprzez studia w Paryżu, aż po wędrówkę do legendarnego królestwa Księdza Jana.

Umberto Eco odmalował fascynujący obraz średniowiecznej Europy. Jej realia, kulturę, ludzkie myślenie. Opowiedział historię sporów Barbarossy z miastami włoskimi, dotknął tematu wypraw krzyżowych, opisał znaną legendę. Ubarwił to wszystko pewnymi elementami fantastycznymi (kraj diakona), dużą dozą dystansu i poczucia humoru (dowodem na to niech będzie ten cytat: "A kiedy ładował [Noe] na arkę zwierzęta, musiał być zalany w belę, bo przesadził z komarami, a zapomniał o jednorożcach.") . To wszystko, wraz z akcją rozwijającą się z początku powoli, później zaś coraz szybciej, wciąga czytelnia całkowicie w świat przedstawiony przez pisarza.

Do tego w „Baudolinie” znajdziemy wiele barwnych postaci, z tytułowym bohaterem na czele. Już od małego bardzo bystry (zwłaszcza, jeśli chodzi o naukę języków), posiadający bujną wyobraźnię i dar przekonywania, potrafił zjednać sobie serce cesarza Fryderyka. Przyznam, że moje też. Po prostu nie da się go nie lubić, chociaż niezły z niego szelma. Sam Fryderyk także zyskał moją sympatię, mimo swej zapalczywości. Polubiłam też oryginalną kompanię przyjaciół Baudolina, mieszkańców jego rodzinnej Aleksandrii i dociekliwego, ceniącego dobre jadło Niketasa.

Przyznaję, że styl pisania Umberto Eco jest specyficzny i kogoś, kto nie miał z nim jeszcze styczności, może nużyć, przynajmniej początkowo. Przy pierwszych rozdziałach dopadało mnie czasami zniechęcenie, jednak nie na tyle, by odłożyć książkę. Z każdą stroną jednak byłam coraz bardziej zachwycona tą opowieścią. Po mistrzowsku ukazany klimat epoki i zaskakujące spojrzenie na historię są dowodem niezwykłego kunsztu pisarskiego i erudycji Umberto Eco.

Problemy niektórym czytelnikom może sprawić pierwszy rozdział – są to próby literackie Baudolina, spisane archaicznym językiem i stylizowaną czcionką, nieprzyjemną do czytania. Jednak nie ma to wpływu na fabułę, więc jeśli komuś nie chce się przez to brnąć, nie zrobi sobie dużej krzywdy, omijając ten fragment.

„Baudolino” to jednak nie tylko historia o chłopcu wychowanym na dworze cesarskim, poszukującym zaginionego królestwa. To przede wszystkim opowieść o ludziach, o ich niekiedy naiwnej wierze we wszystko, co się im powie, o utopii, o micie, który staje się rzeczywistością. I jako taka, jest naprawdę godna uwagi.


Cytat:
"- Co jest mocniejsze, śmierć czy życie?
 - Życie, albowiem słońce, gdy wschodzi, ma promienie świetliste i olśniewające, a gdy zachodzi wydaje się słabsze."

Ocena: 8/10

czwartek, 4 grudnia 2014

[90] Ruiny Gorlanu

Tytuł: Ruiny Gorlanu

Seria: Zwiadowcy #1

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 320

Do przeczytania „Zwiadowców” zbierałam się naprawdę długo. Sporą zasługę w zainteresowaniu mnie tą serią miała Stella, nieustannie opowiadająca mi, jak świetne są te książki. Jednak wciąż pojawiało się na moim czytelniczym horyzoncie coś innego, co odwracało moją uwagę od słynnego cyklu Flanagana. W końcu jednak udało mi się zasiąść do czytania pierwszej części. Czy długo wyczekiwane spotkanie z lekturą okazało się ciekawe?

Głównym bohaterem jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca przy pałacu barona Aralda. Nadszedł dzień, w którym zapadną decyzje dotyczące przyszłości chłopaka. Mimo marzeń o nauce w Szkole Rycerskiej, główny bohater trafia do legendarnego, owianego tajemnicą korpusu zwiadowców, jako czeladnik mistrza Halta. Tam poznaje historię swego kraju (i nie tylko), uczy się bycia niezauważalnym i uważnego obserwowania, bierze udział a tajnej misji i przeżywa niezapomniane przygody.

Zacznę od tego, że „Zwiadowcy” zdają się być taką trochę mieszanką „Harry’ego Pottera” z „Władcą pierścieni”. Świat przedstawiony niby raczej podobny do tolkienowskiego, ale sama historia zdolnego chłopca – sieroty  przywodzi nieustannie na myśl sagę Rowling. Nie brzmi to pewnie zbyt zachęcająco i zapowiada dość schematyczną lekturę, prawda? Nic bardziej mylnego! Mimo pewnych schematów, podobieństwa są subtelne, czytelnik się nie nudzi, a klimat wydaje się być taki „swojski”. Akcja toczy się dość szybko i chociaż to pierwszy tom, więc sporo miejsca autor poświęcił na przedstawienie postaci i nakreślenie świata, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie ma miejsca na nudę. Ciekawie skonstruowana, choć nie najoryginalniejsza jak na razie fabuła, naprawdę wciąga. Świat powstały w wyobraźni Johna Flanagana intryguje.

Przejdę może do bohaterów. Will już  na wstępie zdobył moją sympatię. Jest inteligentny, zdolny i wrażliwy, ale zdarza mu się też popełniać błędy i zachować zwyczajnie głupio (bójka z Horacem), co sprawia, że nie jest postacią papierową. Z drugiej strony mamy Horace'a, u którego błędów jest jednak znacznie więcej, ale chłopak rozwija się i z pewnością nie należy do postaci negatywnych. 

Poznajemy też kilku innych przyjaciół Willa z sierocińca, z których każdy jest nieco inny, choć autor nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Nie było jednak chyba takiej potrzeby, ich wątki z pewnością zostaną rozwinięte w kolejnych częściach (jeśli się mylę, dajcie znać). Uśmiech na mojej twarzy wywoływali też Stary Bob czy wyrozumiały, wiecznie uśmiechnięty baron Arald. Moim ulubieńcem jednak został mrukliwy, posępny, zgryźliwy, zawsze opanowany Halt, o którym mogłabym mówić naprawdę w samych superlatywach. Nie uniknął on co prawda podobieństwa do bohaterów znanych z innych książek (głównie widzę w nim trochę Broma z „Eragona”), ale takich postaci nigdy dość.

Trochę gorzej wygląda sprawa wydania powieści. Naprawdę nie wiem, co porabia korekta w wydawnictwie „Jaguar”, ale chyba niekoniecznie to, co powinna. Błędów tutaj bez liku, a przypominam, że inne propozycje tego wydawnictwa dbałością o poprawność też nie grzeszyły (świetna seria „GONE” i nie najgorszy początek cyklu „Czarny Londyn”). Szkoda, że tak dobre książki pełne są usterek: interpunkcyjnych, językowych czy zwykłych literówek.


Krótko mówiąc, pierwszy tom „Zwiadowców” polecam. Mam wrażenie, że rozpoczęłam „Ruinami Gorlanu” jakąś niezapomnianą przygodę. Opowieść o przyjaźni,  odwadze i honorze, opowiedziana nietrudnym, ale dość interesującym językiem, mimo paru niedociągnięć wydawniczych i podobieństwa do innych książek, na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.


Cytat:
"Jeśli przezwyciężyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. Pochwałą możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób na to, by przysporzyć sobie wrogów. 

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






piątek, 29 sierpnia 2014

[85] Dobry adres to człowiek

Tytuł: Dobry adres to człowiek

Autorka: Dorota Terakowska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 64

Tę książkę Doroty Terakowskiej poznałam dzięki nauczycielce języka polskiego, która czytała nam jej fragmenty na lekcjach, gdy omawialiśmy felietony. Fragmenty te bardzo mnie zaciekawiły i postanowiłam przy najbliższej okazji zapoznać się z całością. Całość wypada jeszcze lepiej.

„Dobry adres to człowiek” to zbiór felietonów. Dziesięć niedługich tekstów dotyczących codziennego życia, zawierających ciekawe spostrzeżenia, opisane w dodatku w humorystyczny sposób. Ujawnia się tu niesamowity zmysł obserwacji, którym obdarzona jest autorka, jej poczucie humoru, dystans do świata, innych ludzi i samej siebie. O czym konkretnie mówią te felietony?
  • ·         Dobry adres to człowiek

O życiu w blokach, które obfituje w różne mniej luba bardziej przewidywalne sytuacje. Czasami kłopotliwe, czasami żenujące. Przy okazji możemy dowiedzieć się, co to znaczy dobry adres i jak ważny jest nasz obraz w oczach innych. A raczej jak nieważny.

·         Dwanaście szarych garniturów

Jak być modnym, nie podążając ślepo za modą? Czym właściwie jest moda i czy jest w niej miejsce na jakąkolwiek oryginalność i indywidualność? Dlaczego kobiety mają w życiu trudniej niż mężczyźni? Jeśli ciekawi Was odpowiedź na któreś z tych pytań, przeczytajcie koniecznie.
  • ·         Powrót sezonu ogórkowego

Relaks to relaks i już. Czyli krótka instrukcja, jak sprawić, by urlop nie zamienił się w bycie gosposią 24/7, a okazał się miłym czasem odpoczynku. Dla wszystkich.

·         Dizajnerka

Perkfekcyjna Pani Domu nie zawsze jest mile widzianym domownikiem. Co w sytuacjach, gdy porządek zaczyna w codziennym życiu raczej przeszkadzać niż je ułatwiać?

·         Facet z parasolem

Krótko i na temat. Jaki temat? Zmieniającego się świata, stereotypów i światopoglądu. Oraz mediów, próbujących się do tego wszystkiego dostosować. Co jest męskie, a co kobiece? A może w dzisiejszych czasach nie ma to najmniejszego znaczenia?

·         Kretyński dar dla potomstwa

Poradnik dla rodziców, którzy chcą wychować swoje dzieci na zaradnych dorosłych. Nawet jeśli to, czego powinni ich nauczyć, z pozoru wygląda na umiejętność zupełnie niepotrzebną, a dziecko na bardzo unieszczęśliwione koniecznością nauki.

·         Piąty talerz

Opowieść o tym, jak w wigilię pewna kobieta przemówiła ludzkim głosem, co, wbrew pozorom, wcale nie jest takie proste. Tekst skłaniający do refleksji, czy przypadkiem w wigilijny wieczór nie warczymy.

·         Oglądalność, ufff…

O sile i jednocześnie bezsile obrazu telewizyjnego, kreującego pewną rzeczywistość. Prawdziwą czy fałszywą? Widz powinien się nad tym zastanowić. W swym felietonie Terakowska mu podpowiada.

·         Wywietrzcie szkielety z szafy!

Autorka tłumaczy, że „inny” nie znaczy „gorszy”, bo inność jest całkiem niezła. Warto o tym mówić już od najmłodszych lat.

·         Nieprzyzwoita miłość, normalna wojna

Jaki jest jeden z największych absurdów wychowania i dlaczego tak jest? Co zmienić? Dowiecie się tego w ostatnim z felietonów.


Mam nadzieję, że ten krótki opis Was zaciekawił. Serdecznie polecam tę książeczkę. Przeczytanie jej zajmie wam pół godzinki, a jest naprawdę warto. 


Cytat:
"A ja po prostu wiem, że tak zwany dobry adres to człowiek, nie ulica."

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





środa, 20 sierpnia 2014

[84] Forta

Tytuł: Forta

Seria: Algorytmy wojny #3

Autor: Michał Cholewa

Wydawnictwo: War Book

Ilość stron: 570


Pewnie zdążyliście zauważyć, że, o ile fantasy uwielbiam, o tyle nie przepadam za science fiction. Przez Lema ciężko mi się brnęło (nie bijcie, proszę!) i jakoś tak nie mogłam się do tego gatunku przekonać. Jednak nie tak dawno czytałam świetne opowiadanie science fiticion (nie zdradzę wam jakie, bo planuję zrobić o nim osobny post), a opis książki Michała Cholewy zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam po nią sięgnąć i dać fantastyce naukowej jeszcze jedną szansę. Jak się okazało, bardzo słusznie.

Rok 2212. Oddział kaprala Marcina Wierzbowskiego próbuje wymigać się od wyruszenia na front. W rezultacie trafia na planetę Atropos, gdzie ma pomóc w misji Dowództwa Operacji Specjalnych. Żołnierze nie są z tego zbyt zadowoleni, bo tak zwane oesy to jednostka o nie najlepszej sławie. Zaangażowana jest zazwyczaj w sprawy dziwne, a działa nie zawsze zgodnie z moralnością. Jak będzie tym razem? Kolonia Nijmegen to miejsce nietypowe i z pewnością tajemnicze. Surowa atmosfera Atropos i odcięcie od świata sprawiło, że ludzie wydają się tam pozbawieni emocji. W dodatku muszą walczyć z Grabieżcami – przeciwnikiem, o którym niewiele wiadomo. Odział Wierzbowskiego jest coraz bardziej zaniepokojony toczącą się grą o niewiadomej stawce. Tym bardziej, że poprzedni statek Unii Europejskiej wysłany na Atropos został zniszczony…

Zacznę od tego, co mi się nie podobało. Miałam spory problem (przynajmniej początkowo) ze zrozumieniem pewnych wyrażeń i tak dalej dotyczących maszyn. Być może ma to związek z tym, że science fiction to nie mój gatunek albo z tym, że nie czytałam poprzednich części, ale wydaje mi się, że tego wszystkiego było zwyczajnie za dużo. Trochę jak w „Żmiji” Sapkowskiego. Akcja nie toczyła się zbyt szybko, przez co chwilami lektura trochę się dłużyła. Czułam się czasem, jak bym czytała sprawozdanie, a nie powieść. Na szczęście im dalej, tym było lepiej. A może to ja przywykłam?

Jeśli chodzi o całą resztę – jest świetnie. Sporo postaci, z których każda jest inna i dość charakterystyczna, ale nie na tyle przejaskrawiona, by nie wypaść prawdziwie. Sam wybór głównego bohatera jest rewelacyjny – Wierzba nie jest na tyle wysoko postawionym żołnierzem, by zdawać sobie sprawę z całkowitych konsekwencji działań, w których bierze udział, ale nie jest też zwykłym szeregowcem pozbawionym opcji jakiegokolwiek wyboru. Dzięki temu możemy zobaczyć, jak próbuje rozgryźć o co toczy się gra i staje przed trudnymi wyborami. A może to tylko pozorne wybory? Bo na wojnie często nie ma dobrej opcji.

Polubiłam bardzo pułkownika Brisbane’a (mimo, że jest dupkiem), wiecznie tryskającą entuzjazmem Issakson, cynicznego dość Thorne’a, wiecznie narzekającego Szczeniaka i troszczącą się o wszystkich (prócz siebie) Kicię. A i cała reszta wypadła nie gorzej, tworząc całkiem ciekawy zbiór charakterów, którym aż chciało się kibicować.

Fabuła bardzo przemyślana i bardzo skomplikowana. Czytelnik nie wie do końca o co chodzi, a ujawniane stopniowo przez autora informacje wcale wszystkiego nie wyjaśniają. Ba! Często komplikują jeszcze bardziej, ale dzięki temu „Forta” naprawdę wciąga.

Książka Michała Cholewy opowiada o wojnie i trudnych wyborach moralnych. O ciężarze odpowiedzialności, którego nie można zauważyć, jeśli się go samemu nie dźwiga. O życiu, śmierci i tych kilku decyzjach, które je rozdzielają. O próbie pozostania człowiekiem, kiedy ludzkość jest coraz mniej ludzka.


Polecam zarówno fanom gatunku, jak i tym, którzy dopiero chcą przygodę z nim rozpocząć. Sama mam zamiar nadrobić poprzednie części („Gambit” i „Punkt cięcia”). 


Cytat:
"Każda wiedza jest bezcenna... - Cywil spojrzał na niego przez stół. - W ten lub inny sposób."

Ocena: 8/10


Książkę otrzymałam od wydawnictwa War Book dzięki życzliwości jej autora. Dziękuję! : )



Recenzja bierze udział w wyzwaniach: 






Po prawej mocno spóźniona ankieta na książkę lipca. Mimo tego opóźnienia (i braku podsumowania lipca) zapraszam do głosowania! : )
Książką czerwca została powieść Wielki Mistrz Trudi Canavan! : )

sobota, 19 lipca 2014

[81] Filip Szalony

Tytuł: Filip Szalony

Autor: Lech M. Jakób

Wydawnictwo: Telbit

Ilość stron: 296


Dopóki nie wygrałam „Filipa Szalonego” w losowaniu u Stelli (dziękuję!), nie miałam pojęcia o istnieniu tej książki. Wielka szkoda. Powinnam była po nią sięgnąć wcześniej.

Przede wszystkim dlatego, że kierowana jest raczej do odrobinkę młodszego czytelnika, gdzieś w wieku 13 – 15 lat. Co nie znaczy, że ktoś starszy będzie się przy tej lekturze nudził, co to, to nie!

Ale przejdźmy do rzeczy. Główny bohater książki (i zarazem jej narrator), Filip Szalony (jakże adekwatne dla niego nazwisko!) zakłada się z nauczycielem języka polskiego, panem Okołko, potocznie zwanym „Oko”, że do końca roku szkolnego napisze powieść. Z zapałem i głową pełną pomysłów (o, tych to mu nigdy nie brakuje) uczeń trzeciej klasy gimnazjum przystępuje do pracy. Pisanie okazuje się jednak wcale nie takie proste, a to nie jedyny problem w życiu głównego bohatera. Filip dał się we znaki nie tylko poloniście, różne, mniej lub bardziej sensowne obietnice, składał także innym nauczycielom. Wciąż pakuje się w tarapaty przez swoją impulsywność, niepohamowane skłonności do żartów i wymyślania niestworzonych historii. Czy chłopcu uda się napisać powieść?

Fabuła nie jest specjalnie wymagająca ani skomplikowana, ale bardzo pomysłowa. Z pozoru niepasujące do siebie wydarzenia zazębiają się w jedną całość. W życiu głównego bohatera wciąż coś się dzieje, nie ma ani chwili spokoju. A to kłótnie z rodzeństwem, a to utarczki z nauczycielami czy kolegami ze szkoły, a to pierwsza miłość, a to problemy z domowym zwierzyńcem.

Właśnie, kilka słów o rodzince tytułowego Fila, bo to towarzystwo nietypowe, ale bardzo sympatyczne. Państwu Szalonym daleko do nudnej rodzinki. Mama, Myszka, jest jednak na tym punkcie ździebko przewrażliwiona i reaguje gwałtownie na wszelkie argumenty: „chyba tylko w naszej rodzinie…”, tata, czyli Staruszek, ma z kolei bzika na punkcie litery „F”, którą zaczynają się wszystkie imiona w rodzinie. Brat Filipa, Fryderyk, jest bardzo Logiczny, ale logika nie przeszkadza mu w znajdywaniu sobie wciąż nowych dziewczyn, siostra zwana Natą (bo kto chciałby, by wołano na niego „Fortunata”?) uwielbia zwierzęta i denerwowanie młodszego brata. Oprócz tego jest pozytywnie zakręcony stryj Ferdynand oraz nie dający o sobie zapomnieć nawet po śmierci dziadek Fabian. I cała zgraja domowych (zazwyczaj) zwierząt. Krótko mówiąc, cała galeria postaci jest wręcz rewelacyjna. 

Lekki styl pisarza w połączeniu z dużą dawką humoru daje gwarancję przyjemnej, lekkiej, wakacyjnej lektury. Dialogi są przeważnie naturalne, a często i dowcipne. Mało tego, razem z Filipem czytelnik może poznać tajniki pisania powieści. A wcale nie tak łatwo jest ciekawie pisać o pisaniu, nie uderzając przy okazji w zbędne patetycznie tony. 

Jedyne, co chwilami mnie irytowało, to chwilami wręcz wymuszone posługiwanie się stylem młodzieżowym. Bez przesady, ale współcześnie nikt o nauczycielach nie mówi „belfrowie”, a o szkole „buda”. Książka została wydana w 2005 roku i już wtedy się tak nie mówiło. Nie non-stop. 

Krótko mówiąc, nie oczekujcie nie wiadomo czego. To nie jest mądra, wspaniała książka z przesłaniem. To ciekawa, zabawna pozycja dla młodzieży (i, że tak się wyrażę, dzieci starszych) i jako taka sprawdza się idealnie. 


Cytat:
"Pisarzem nie zostaje się ot tak... na zawołanie. Pisarz to nie byle kto! Sumienie narodu! Instytucja! Ciężar moralnej odpowiedzialności! Do niedawna przynajmniej..."

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




sobota, 14 czerwca 2014

[79] Wielki Mistrz

Tytuł: Wielki Mistrz


Seria: Trylogia Czarnego Maga

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Ilość stron: 718


„Gildia magów” chwilami wlekła się niczym czas do wakacji, „Nowicjuszka” odrobinę już przyspieszyła i miałam szczerą nadzieję, że „Wielki Mistrz” okaże się rzeczywiście najlepszy z tej trylogii, jak to wszyscy mi mówili. Mieli rację.

Sonea jako podopieczna Wielkiego Mistrza i zwyciężczyni oficjalnego pojedynku z Reginem nie jest już gnębiona przez innych nowicjuszy. Część z nich chętnie by się nawet z dziewczyną zaprzyjaźniła, ale ona unika bliższych kontaktów z rówieśnikami. Boi się, że Akkarin mógłby posłużyć się nimi, by ją szantażować. Główna bohaterka żyje w ciągłym strachu przed swoim mentorem odkąd widziała go uprawiającego czarną magię. Wkrótce poznaje kilka jego sekretów. Czy nie są aby tylko zmyśloną historyjką?

A co z Gildią, która nieoczekiwanie staje w obliczu wojny? Czy ze strachu i ignorancji odrzuciła jedyną możliwą formę pomocy? Co zrobi Lorlen rozdarty między tym, co słuszne, a dawną przyjaźnią? Czy Rothen zrozumie, w co wpakowała się Sonea?

Jaką rolę w tym wszystkim odegrają Złodzieje?

Co mnie zaskoczyło, to mnóstwo, naprawdę akcji. W porównaniu do poprzednich części, tutaj nie ma czasu na nudę, czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, wciąż coś się dzieje. Historię mimo trzecioosobowej narracji poznajemy z punktu widzenia różnych postaci, dzięki czemu wiemy, co w danym momencie dzieje się w poszczególnych miejscach. A zrozumienie pełnej fabuły tego wymaga.

Sama fabuła jest świetnie skonstruowana i całkiem nieźle dopracowana. Na siłę dałoby się wyszukać może i pewne niedociągnięcia, ale nie mają one absolutnie żadnego znaczenia. Czyta się to wszystko naprawdę interesująco. Gdyby tylko było tak przez całą trylogię, a nie dopiero w finale!

Postacie znowu się nam rozwinęły. No, niektóre. Z pewnością na pierwszy plan zaraz za Soneą, która, choć trochę wydoroślała i nabrała pewności siebie, wciąż jest jakoś tam pogubioną w życiu nastolatką (ale to naturalne i dobrze opisane)wysuwa się nam Wielki Mistrz. Poznajemy w końcu wielką tajemnicę Akkarina, który zmienia się praktycznie nie do poznania. Szczerze mówiąc, w tym miejscu mam mieszane odczucia. Z jednej strony uwielbiam nowego Akkarina. Jest spokojny, władczy, zaradny, ale równocześnie troskliwy. Z drugiej trochę brakuje mi wyniosłego, skrytego Wielkiego Mistrza. Można by się przyczepić, że ta zmiana następuje dość gwałtownie, ale mnie się wydaje to tutaj na miejscu. W końcu Akkarin na pewno nie był tak zamknięty w sobie całe życie. Wpłynęły na to pewne wydarzenia i masa sekretów, których musiał dopilnować. Gdy jego tajemnice ujrzały światło dzienne, wszelkie bariery puściły.

Rothen jak to Rothen wciąż jest kochanym, opiekuńczym magiem, Dannyl wreszcie ma o kogo się troszczyć (choć Tayenda nie ma w tej części zbyt wiele), Dorrien staje przed pewnym dość trudnym wyborem, a Cery… Cery to ktoś, kto tej książce dodał naprawdę mnóstwo kolorytu. Czytanie o Cerynim - Złodzieju, który stał się ważną postacią w podziemiu Imardinu to czysta przyjemność. A jego relacje z nową intrygującą postacią – Savarą są… warte uwagi. Cery się zmienił. Na plus.

Dostajemy tutaj także wątek romantyczny, którego zupełnie byście się nie spodziewali, więc nie zdradzę wam, kogo dotyczy. Mnie koleżanka zaspoilerowała i mam ochotę ją za to udusić. To mogło mnie naprawdę zaskoczyć! W każdym razie, wątek ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie wierzę, że to powiedziałam, bo na początku byłam pewna, że to durny pomysł i nie wypali. A jednak Trudi Canavan mnie zaskoczyła. Pozytywnie.

Co mnie denerwowało? Powtórzenia. Ja naprawdę rozumiem, że każdy ma jakieś swoje ulubione frazy i wyrażenia, które wplata w tekst czasami zupełnie nieświadomie. Ale ile razy mogę czytać o tym, że Tayend się rozpromienił (czy on kiedykolwiek zrobił coś innego?), Sonea zarumieniła, a kąciki ust Akkarina wygięły się/uniosły/powędrowały lekko do góry. W krzywym/gorzkim uśmiechu. Czułam się, jakbym czytała ponownie o niebieskich oczach i bladej cerze Marysia z „Gloria Victis”.

„Wielkiego Mistrza” oczywiście polecam i to gorąco. Nawet, jeśli nie czytaliście poprzednich części. Sądzę, że i bez nich zrozumiecie, o co chodzi. Ta książka jest naprawdę świetna. Z ciekawymi postaciami, wartką akcją, świetnie skonstruowanym światem przedstawionym. Bez cukierkowego happyendu. Mówi o wcale niełatwych wyborach, o moralności, odwadze, lojalności, przyjaźni, zaufaniu i nienawiści zmieniającej się w miłość. O tym, że najsilnejsi jesteśmy działając wspólnie.


Cytat: 
"Dwoje ma szansę przeżyć tam, gdzie jedno by padło."

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



sobota, 15 marca 2014

[69] Silmarillion

Tytuł: Silmarillion

Autor: John Ronald Reuel Tolkien

Wydawnictwo: AMBER

Liczba stron: 447


Wreszcie! Po długim czasie udało mi się przebrnąć przez „Silmarillio”, który nawet w pewnym momencie musiałam przerwać. Po tym niezbyt optymistycznym początku recenzji można by się spodziewać, że książka mi się nie podobała, prawda? Otóż nie.

Okej, to ja może od początku. Silmarillion to taka jakby mitologia Śródziemia – świata, w którym rozgrywa się akcja Władcy Pierścieni. Powstał z notatek Tolkiena, które zebrał i zredagował jego syn. Niestety mam wrażenie, że ucierpiała na tym narracja, bo, choć styl Tolkiena nie należy do najprostszych, w Silmarillionie momentami był zbyt toporny i naprawdę cieżko się to czytało, ale o tym za chwilkę.

Książka składa się z pięciu części. Pierwsza opowiada o stworzeniu świata. Opowiada w  sposób zdecydowanie magiczny, cudowny, czarowny, niepowtarzalny. Według niej świat rozpoczął się od pieśni, którą aniołowie (Valarowie) śpiewali na polecenie Boga (Iluvatara). Ale jeden z nich postanowił zaśpiewać inaczej…

Druga opowieść skupia się na przedstawieniu czytelnikowi owych aniołów, które są właściwie istotami boskimi. Dostajemy opis każdego z nich, a także charakterystykę pomniejszych duchów (Majarów) i Nieprzyjaciół.

Kolejna część to Quenta Silmarillion. Jest ona najdłuższa i zajmuje większą część książki. Opowiada o powstaniu elfów, ich życiu wraz z Valarami w raju zwanym Amanem, podróży do Śródziemia, przebudzeniu się krasnoludów i w końcu wkroczeniu na scenę ludzi.  Mówi o walkach ze zbuntowanym Valarem, Melkorem zwanym Morgothem i walkach o Silmarille, świetliste klejnoty, których blask okazał się dla elfów zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem.

Czwarta historia mówi o upadku Numenoru, elfickiego królestwa między Śródziemiem, a Amanem, a piąta to historia Pierścieni Władzy, stanowiąca jakby skrót „Władcy Pierścieni” i opowiadająca tę historię na szerszym tle.

Muszę przyznać, że ostatnia część podobała mi się najbardziej, bo nie gubiłam się w treści. Przyjemnością było dla mnie odkrywanie tego, co znałam już z „Władcy Pierścieni”. Najtrudniej zaś było mi przebrnąć przez Quenta Silmarillion. Mnóstwo postaci, nazw własnych, wątków. Czułam się nimi kompletnie przytłoczona, niejednokrotnie przestawałam rozróżniać o kim właściwie czytam, bo postacie nie były jakieś szczególnie charakterystyczne, oprócz niektórych. Przytoczę Wam jedno zdanie, co byście wiedzieli, o czym mówię: „Riana, córka Belegunda, był żoną Tuora, syna Galdora, a mąż jej w dwa miesiące zaledwie po zaślubinach wyruszył wraz ze swoim bratem Hurinem na bitwę Nirnaeth Arnoediad.” Ale wiadomo, to z założenia mitologia, więc nie ma za bardzo czemu się dziwić. Choć myślę, że brakuje tu jednak pióra Tolkiena, ogarniającego całość.

Książka wzbogacona została cudownymi ilustracjami Teda Nasmitha, przedmową, fragmentem listu Tolkiena, drzewami genealogicznymi elfów, słowniczkiem postaci i miejsc oraz informacjami o językach Śródziemia. Przydatne to wszystko i ciekawe, ale zdecydowanie przydałyby się jakieś mapki, bo jest tylko jedna, średnio ważna. Przy tak skonstruowanej książce, mapka naprawdę by się przydała i z pewnością pomogłaby w ogarnięciu całego obrazu akcji.

Mimo to, Sillmarillion to bardzo dobra książka. Ma swój urok i klimat, chwilami przybiera formę swobodnej gawędy i niektóre historie, skrócone o szczegóły, mogą być pięknymi baśniami. Opowiada o uniwersalnych wartościach, przedstawia archetypy ludzkich zachowań w oryginalnej formie. Mówi o wolności i jej nadużywaniu, o emocjach, często biorących górę nad rozsądkiem, o zdradzie i wybaczeniu, o zaufaniu i nadużyciu go. O tym, że zło nigdy nie zginie zupełnie i zawsze trzeba będzie z nim walczyć.

Jako fanka Tolkiena muszę przyznać, że jestem zadowolona, choć na jakiś czas muszę od Śródziemia odpocząć. Absolutnie nie żałuję, że przeczytałam Silmarillion. To był nowe spojrzenie na tolkienowski świat. Zwłaszcza zadziwiło mnie tutaj przedstawienie Saurona. No bo z „Władcy Pierścieni” kojarzymy go już w formie tego wielkiego oka i postrzegamy jako największe zło. Tymczasem ten wielki Sauron przy Melkorze jest tylko jego sługą(choć utalentowanym). Podobnie cała wojna o Pierścień wydaje się tylko jedną z wielu, wcale nie aż tak znaczącą, gdy przyjrzymy się temu, co działo się wcześniej.


Polecam, ale wyłącznie fanom Tolkiena. Nie radzę zaczynać od tej książki przygody z twórczością tego pisarza, bo można się mocno zrazić. 


Cytat:
"Tak to już jest, że o życiu szczęśliwym i radosnym nie ma wiele do powiedzenia, póki się ono nie skończy."

Ocena: 8/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




czwartek, 20 lutego 2014

[66] Lalka

Tytuł: Lalka

Autor: Bolesław Prus

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 592


Rzadko, bo rzadko, ale zdarza mi się recenzować szkolne lektury. Zrobiłam to przy „Dziejach Tristana i Izoldy”, bo okropnie mnie zdenerwowały i przy „Podróżach z Herodotem”, bo były mało lekturowe. Dzisiaj postanowiłam zrecenzować „Lalkę”, po pierwsze dlatego, że, przyznam szczerze, nie miałam ostatnio kiedy czytać czegoś innego, a już długo nie publikowałam recenzji (mam nadzieję,  że wrócę do regularnych sobotnich recenzji…), a po drugie: przecież lektury to też książki! A poza tym „Lalka” bardzo mi się podobała.

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec lat 70. XIXw. Kupiec galanteryjny, Stanisław Wokulski, próbuje zdobyć rękę wywodzącej się z arystokracji Izabeli Łęckiej. W tym celu wyrusza na wojnę, by powiększyć swój majątek. Udaje mu się i staje się bardzo bogaty. Warszawiacy jednak nie są pewni czy mężczyzna dorobił się na wojnie legalnie. Jego przyjaciel, stary subiekt pracujący w sklepie Wokulskiego, Ignacy Rzecki, bezgranicznie wierzy w Stanisława, jednak nie rozumie on jego fascynacji kapryśna panną Łęcką. Jak zakończy się ta historia? Czy Wokulski zdobędzie Izabelę?

Muszę przyznać, że pomimo jej sporej objętości, „Lalkę” czytało się nieźle. Chwilami zapominałam, że mam do czynienia ze szkolną lekturą. Prus wiernie oddał rzeczywistość ówczesnej Warszawy i stworzył zapadające w pamięć postacie z krwi i kości. Nie byli to bohaterowie prości, każdy z nich zasługuje na uwagę czytelnika i jest dość rozbudowany psychologicznie. Sam Wokulski to człowiek pełen sprzeczności: jednocześnie romantyk i pozytywista, rozdarty między dwiema różnymi od siebie epokami tak jak i cała książka, sprawiająca wrażenie rozrachunku z romantyzmem, a jednocześnie opisująca idee pozytywistyczne.
 
Oprócz Wokulskiego na uwagę zasługują też Rzecki (wieczny romantyk, niezmienny bonapartysta), urocza pani Stawska ze swoją córeczką Helunią, zabawni studenci, wynalazca Ochocki, podrywacz Kazimierz Starski, dobroduszna prezesowa Zasławska oraz przezabawni studenci, z których żaden nie chodzi po pokoju nago (bo przecież jeden w majtkach, a drugi w koszuli!, których hobby to zrzucanie śledzi tudzież niezidentyfikowanych cieczy na baronową Krzeszowską.

Jest też oczywiście słynna Izabela Łęcka i, szczerze mówiąc, po tym czego się naczytałam w internecie, spodziewałam się, że będzie wredniejsza. Zawiodłam się, myślałam, serio myślałam, że będzie gorsza, a tu nawet sympatyczna się wydawała chwilami. Nie jej wina, że Wokulski był nieco… naiwny.

Denerwował mnie za to Żyd, Szuman. Na początku był sympatyczną, mądrą postacią, ale potem zmieniał zdanie co chwilę i wydawało się, jakby autor sam nie wiedział o co mu chodzi.

Akcja raz przyśpiesza, raz zwalnia, dlatego przyznaję, że chwilami czytało się ciężko. Sporo osób narzekało na rozdziały z perspektywy Rzeckiego, „Pamiętniki starego subiekta”, ale mnie one nie przeszkadzały. Szczerze mówiąc, były ciekawe, bo pokazywały tło historyczne wydarzeń.

Zakończenie jest… trochę rozczarowujące, szczerze mówiąc. Znaczy, lubię otwarte zakończenia, ale jakoś nie wiem, średnio mi tu pasowało.

„Lalka” to historia o miłości i rozczarowaniach. O różnych ludziach z różnych warstw społecznych i ich codziennych problemach. O nowej, przełomowej epoce.


Krótko mówiąc, była to jedna z lepszych lektur, ale raczej nie spodoba się tym, którzy nie lubią grubych książek, zwłaszcza nawiązujących do historii. Radzę nie podchodzić też do niej z nastawieniem takim, jak do typowej lektury, bo można się zniechęcić już na początku. 


Cytat:
"Szczęście każdy nosi w sobie"

Ocena: 8/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




sobota, 23 listopada 2013

[58] Zew krwi

Tytuł: Zew krwi

Autor: Jack London

Wydawnictwo: Zielona sowa


„Zew krwi” miałam w planach już od jakiegoś czasu, ale jakoś się z tą książką rozmijałam. A to zupełnie zapomniałam, że chcę przeczytać tę pozycję, a to nie było jej w bibliotece, a to trafiało się coś zupełnie innego i przygotówka Jacka Londona schodziła gdzieś na dalszy plan. Ostatnio rzuciła mi się w oczy na bibliotecznej półce i w końcu postanowiłam się za nią zabrać. Absolutnie nie żałuję. Co najwyżej tego, że tyle zwlekałam.

Głównym bohaterem powieści (właściwie rozbudowanego opowiadania, bo objętość to ok. 80 stron, a i wątek  tylko jeden) jest pies o imieniu Back. Mieszka na farmie, jest ulubieńcem sędziego,  a jego życie wypełniają odpoczynek i zabawa. Tak jest do czasu, gdy jeden  ogrodników uznaje, że nie zarabia zbyt wiele i dodatkowy zastrzyk gotówki bardzo by mu się przydał. Zastrzyk ten ma postać sprzedaży Bucka, który trafia na Alaskę jako pies zaprzęgowy, na które ostatnio jest wielki popyt, bowiem uaktywnili się poszukiwacze złota. Psisko jest duże, silne, ma długą sierść, nadaje się więc idealnie.  Od tej pory zwierzę przejdzie prawdziwą metamorfozę. Życie w zaprzęgu to nie królowanie na farmie sędziego. Tutaj panuje „prawo pięści i kłów”. Buck jest jednak inteligentnym stworzeniem, bardzo szybko się uczy. Aby przetrwać musi wyzwolić w sobie dawno uśpione instynkty. Jak potoczą się jego losy?

Sam pomysł na historię Bucka jest nowatorski. Całą przygodę, mimo trzecioosobowej narracji, poznajemy z punktu widzenia psa. Ten zabieg pozwala nam lepiej zrozumieć głównego bohatera, któremu od początku do końca kibicujemy. Buck jest inteligentny, odważny, charakterystyczny.

Akcja nie mknie przed siebie w jakimś zawrotnym tempie, nie wlecze się jednak ani nie dłuży. Autor potrafił znaleźć złoty środek. Muszę przyznać, że z coraz większym zaciekawieniem śledziłam dzieje Bucka. Każdy rozdział opowiada o nieco innym etapie jego życia. Bo podróż przez Alaskę nie zawsze jest dla psów zaprzęgowych taka sama. Zmiana właściciela to zmiana całego rytmu podróży, to nowe zwyczaje, nowa hierarchia w drużynie.

Językowo jest nadzwyczaj zgrabnie. Dialogów jest niewiele, ale te które są, wypadają naturalnie. Opisy plastyczne, płynne. Nic dodać, nic ująć.

Trochę żałuję, że książka nie jest nieco dłuższa, bo zdążyłam się naprawdę wciągnąć.

Realia Alaski przedstawione są szczegółowo, wiarygodnie i ciekawie. Zapewne miał na to wpływ fakt, że autor spędził tam kilka ładnych lat, czego „Zew krwi” jest właśnie owocem. I nie tylko on. Mam zamiar zaraz zacząć „Białego kła”, zapewne utrzymanego w podobnym stylu.


Polecam bezapelacyjnie. Nie jest to coś wybitnego, czego nie zapomnicie za żadne skarby świata, ale porządna, mądra książka przygodowa, stanowiąca idealną rozrywkę na wieczór. 

Tak btw. może mi ktoś wyjaśnić, jak można było zrobić tak dziecinną okładkę? ;_;


Cytat:
"Znana jest cierpliwość dzikiego świata - wytrwała i niestrudzona, uparta jak samo życie. Cierpliwość, która utrzymuje w bezruchu przez długi szereg godzin pająka na pajęczynie, zwiniętego węża i panterę w zasadzce. Cierpliwość ta jest cechą szczególną życia, które poluje na inne życie." 

Ocena: 8/10

sobota, 19 października 2013

[53] Pandemonium

Tytuł: Pandemonium


Seria: Delirium #2

Autorka: Lauren Oliver

Wydawnictwo: Otwarte


Zachwalane wszędzie „Delirium”, opowieść o świecie, w którym miłość uznano za chorobę,  faktycznie okazało się świetną książką, więc błyskawicznie zaczęłam drugą część. Czy utrzymała poziom poprzedniczki?

Niestety, moim zdaniem, wypada odrobinkę słabiej. Z góry zastrzegam, że tylko odrobinkę, to i tak jest rewelacyjna powieść. Zaraz wyjaśnię, czemu pierwsza część bardziej mnie urzekła, ale najpierw trochę o fabule.

Lena trafia do Głuszy samotna, zagubiona, zrozpaczona, ranna. To nie tak miało wyglądać. Miała tu być z Aleksem, to on miał jej pokazać tajemniczy, obcy świat. Ale widziała, jak Strażnicy aresztują Aleksa, jak go katują, rzucają się na niego, by go zabić. Odszedł. A ona musi odnaleźć się w Głuszy sama.

Na szczęście na dzikich terenach mieszkają ludzie pełni dobra, którzy jej pomagają. Lena dołącza do grupy Odmieńców, której przewodzi charyzmatyczna Raven. Nastolatka zmienia się. To już nie jest grzeczna, starająca się nie rzucać w oczy dziewczyna, którą poznajemy w „Delirium”. Dorosła. Przeżycia w Głuszy ją zmieniają. Staje się odważną, kobietą. Poznaje sztukę przetrwania w trudnych warunkach, poznaje zalety pracy w zespole. Znajduje swoje miejsce. Postanawia też dołączyć do ruchu oporu. Skomplikowana misja zbliża ją do jednego z głównych wrogów Odmieńców – syna przewodniczącego AWD (Ameryka Wolna od Delirii –główne stowarzyszenie popierające remedium – lek na miłość). Julian wyznaje zasady swojego ojca – że miłość jest zła i trzeba się pozbyć z powierzchni Ziemi wszelkich jej śladów. Ale czy chłopak naprawdę tak uważa? Czy ktoś może sprawić, że zmieni zdanie?

Tymczasem los szykuje dla Leny jeszcze jedną niespodziankę, która może naprawdę mocno skomplikować jej życie…

Postacie ładnie się nam tutaj rozwinęły, w dodatku dochodzą  nowe, interesujące osobowości, jak Raven czy Tack (uwielbiam Tacka, uwielbiam). Juliana (chociaż jego imię dalej kojarzy mi się z kreskówkowym królem Julianem... xD)  też polubiłam, chyba bardziej niż Aleksa, bo on przechodzi metamorfozę. Jest taką trochę Leną z pierwszej części. I ona musi się przy nim odnaleźć w nowej roli. Trochę nudna była moim zdaniem postać Blue, cały jej wątek za bardzo przypominał Rue z „Igrzysk śmierci”, zabrakło tu jakiejś świeżości.

Książkę czyta się bardzo szybko, bo pisana jest niezbyt wyszukanym stylem, ale też nie jakimś zbyt prostym. Takim w sam raz na tego typu powieść.

Przy recenzji pierwszej części zapomniałam wspomnieć, że irytowała mnie narracja w czasie teraźniejszym, nie przepadam za nią. W „Pandemonium” nie zwracałam już jednak na to uwagi.

Autorka zrezygnowała w tej części z fragmentów powiedzeń itp. z wykreowanego przez nią świata, które zawsze pojawiały się na początku rozdziałów. Z jednej strony szkoda, bo oddawały realia tej historii, ale z drugiej, jeśli pomysły się wyczerpały, to ciągnięcie tego na siłę nie byłoby dobrym pomysłem.

Największym minusem tej książki jest dla mnie to, że została ona podzielona na dwie, przeplatające się nawzajem części: „Przedtem” i „Teraz”. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że to urozmaicenie i wielu osobom się podobało, ale mi niezbyt. To był taki trochę spoiler. Wiadomo kto przeżyje, można się domyślić, kto nie. Tak jakoś te rozdziały „Przedtem” mogły być wplecione inaczej, sama nie wiem. Zdecydowanie wolałam „Teraz”.

Wspominałam już, że kocham okładki tej serii? Ta jest szczególnie piękna. Cudna wręcz. 


Mimo wszystko, „Pandemonium” polecam. To świetna opowieść o miłości, o próbach zmierzenia się z przyszłością, o stracie, o zapomnieniu, o wybaczaniu. O tym, że każdy zasługuje na drugą szansę, że ludzie się zmieniają. 


Cytat:
"Uzmysławiam sobie nagle, że ludzie sami są jak tunele: jak kręte, ciemne przestrzenie o głębokie jaskinie. Nie da się poznać wszystkich zakamarków ich duszy. Nie można ich sobie nawet wyobrazić.

Ocena: 8/10

sobota, 27 lipca 2013

[43] Intruz

Tytuł: Intruz

Autorka: Stephenie Meyer

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie



Wiecie pewnie, że "Zmierzchu" nie lubię. Mimo to postanowiłam dać szansę jego autorce i sięgnęłam po "Intruza", który w przeciwieństwie do wampirzej sagi zbiera mnóstwo pozytywnych recenzji. Muszę przyznać, że książka mnie zaskoczyła. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Akcja powieści rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Ludzie zostali zniewoleni przez najeźców z kosmosu - istoty zwane Duszami. Są to srebrzyste osobniki wprowadzane do mózgu żywiciela. Zabijają jego osobowość i przejmują wspomnienia. Skolonizowały już wiele planet (oczywiście w celach pokojowych - Dusze sąłagodne, brzydzą się przemocą, nie ma między nimi konfliktów itd.) zamieszkiwanych przez rozmaite gatunki. Okazuje się jednak, że ludzki mózg nie tak łatwo wyprzeć z ciała. Niektóre jednostki stawiają zawzięty opór. Jedną z takich "trudnych żywicielek" jest Melanie. Wagabunda, Dusza ukryta w jej ciele ma z nią niemały kłopot. Bombardowana wspomnieniami dziewczyny zaczyna doświadczać ludzkich uczuć. Jared, ukochany Melanie. praz jej brat, Jamie, nie są już Wagabundzie obojętni.

Czy Mel i Wanda (tak wszyscy zaczynają nazywać Wagabundę) połączą siły? Czy ludzie ukrywający się w górach i walczący o przetrwanie są gotowi na przyjęcie do swojej społeczności istoty z kosmosu? Czy Melanie kiedykolwiek odzyska ciało? Jak na to wszystko zareagują Jared i Jamie?

Tę książkę czyta się błyskawicznie. Mnie wciągnęła ona już od pierwszyc stron. Akcja mknie do przodu i choć domyślamy się po troszku zakończenia, a tempo wydarzeń czasami spowalnia, by ukazać nam lepiej charakter i wzajemne relacje postaci, to i tak ciężko oderwać się od lektury.

Widać, że pani Meyer dojrzewa i staje się coraz lepszą pisarką. W "Intruzi" mamy co prawda odrobinkę zbędnego patosu, ale w dawce, którą da się znieść (w przeciwieństwie do historii Belli i Edwarda). Mamy różnorodnych bohaterów z krwi i kości. Moi ulubieńcy to: Ian (za jego troskliwość i... jakby to nazwać... otwarty umysł), Jeb (za oryginalne poczucie humpru), Melanie (za sarkazm i niezłomną siłę ducha), Wagabunda (za to urocze pokojowe nastawienie do wszystkiego i wszystkich oraz za jej fascynującą drogę do zrozumienia ludzkich uczuć), Jareda (za jego uśmiech opisywany we wspomnieniach Mel, który mogę sobie z łatwością wyobrazić) i Jamie (za jego dziecięcą prostoduszność i szczerość).

Wątek miłosny rozwinięty jest ciekawie. Bohaterów czekają problemy dość nietypowe. W końcu występuje tu nie trójkąt. a już czworokąt miłosny. O dziwo, niezbyt irytujący.Podobają mi się też relacje między Melanie/Wandą i Jamiem.

Ponadto "Intruz" jest interesującym spojrzeniem na ludzi i ich naturę. Pokazuje jak skomplikowany jest człowiek, do jakich okrutnych nieraz czynów potrafi się posunąć. Równocześnie uświadamia nam, że pomimo wad, ludzie mają także mnóstwo zalet. Że dzisiejsze społeczeństwo nie jest wcale takie złe. Że warto żyć.

Polecam. Również antyfanom "Zmierzchu" - to zupełnie inna powieść. Lepsza, ciekawsza, dojrzalsza.


Cytat:
"Skoro ludzie potrafili tak zapalczywie nienawidzić, widocznie umieli też kochać mocniej, żywiej, płomienniej?"

Ocena: 8/10

sobota, 15 czerwca 2013

[39] Zaklinacz koni

Tytuł: Zaklinacz koni

Autor: Nicholas Evans

Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Kto mnie zna bądź czyta od czasu do czasu moje recenzje ten wie, że za romansami nie przepadam. Wydają mi się jakieś schematyczne, zwyczajnie mnie nudzą. No i bohaterowie bywają irytujący. Ale są wyjątki od tej reguły. Jednym z nich jest powieść Nicholasa Evansa „Zaklinacz koni”, po którą sięgnęłam ze względu na jej ekranizację – jeden z moich ukochanych filmów (który powinien w ciągu najbliższych… dwóch tygodni ukazać się w moim cyklu „Na szklanym ekranie”).

Książka opowiada historię Annie – popularnej dziennikarki, której córka ma poważny wypadek. Nastoletnią Grace i jej konia, Pielgrzyma, potrąciła ciężarówka. W wypadku tym  zginęła przyjaciółka dziewczyny, ona sama zaś straciła nogę. Musi nauczyć się żyć z protezą. Również Pielgrzym doznał poważnych obrażeń. Był bliski śmierci, weterynarzom udało się go jednak uratować. Mimo wyleczenia obrażeń fizycznych, psychika konia jest zraniona, to już nie jest to samo zwierzę. Także Grace zmienia się. Oddala od rodziców, a zwłaszcza od matki. Z ojcem, wesołym prawnikiem, Robertem, zawsze miała bowiem lepsze relacje. Annie martwi się o córkę. Uważa, że kluczem do tego, by jej pomóc, jest pomoc Pielgrzymowi. Dowiaduje się o Tomie Bookerze, człowieku nazywanym zaklinaczem koni, który pomaga koniom po traumatycznych przejściach na nowo zaufać ludziom. Annie i Grace (mimo niechęci tej drugiej) wyruszają wraz z koniem na ranczo Bookerów do Montany.  Ich życie już nigdy nie będzie takie samo…

Zacznę od bohaterów, bo są oni ogromnym atutem tej powieści. Przede wszystkim Tom Booker – uwielbiam go. Facet jest niesamowity. Ma ogromny dar empatii i zrozumienia – zarówno koni, jak i ludzi. Zawsze emanuje spokojem. Myślę, że to właśnie jego postać czyni tą książkę tak świetną. Co do Annie to mam mieszane odczucia. Rozsądek mówi mi, że nie powinnam jej lubić – jest w sumie despotyczną pracoholiczką, w dodatku nielojalną. A jednak mimo wszystko darzę ją sympatią i nie umiem wyjaśnić dlaczego. Polubiłam także Grace za jej wewnętrzną siłę, która pozwoliła jej pozbierać się po wypadku. I Roberta – za jego wyrozumiałość. Wszystkich, po prostu wszystkich. No, może za żoną Franka nie przepadałam, pewnie przez to, że była trochę przeciwko Annie. 

Fabuła jest ciekawa, choć akcja nie gna przed siebie. Narracja prowadzona jest raczej spokojnie, na każde wydarzenie przychodzi czas. Opisy są dość rozbudowane, ale raczej się nie dłużą (choć przy opisie wypadku można odrobinkę się pogubić). No i jest trochę takiego „skakania” od postaci do postaci, ale to w sumie dobrze, bo możemy poznać historię z punktu widzenia różnych bohaterów.

Wątek miłosny bardzo mi się podobał. Po pierwsze – to nie miłość nastolatków, o której mnóstwo książek dzisiaj opowiada, a miłość dorosłych, dojrzałych już ludzi. Każde jest inne, oboje sporo już w życiu przeszli i  podążają zupełnie różnymi drogami, a jednak tak ich do siebie ciągnie. Ich uczucie napotyka jednak przeszkody – przecież Annie ma męża i córkę. Czy taki ktoś jak ona, kto robi wielką karierę, będzie w stanie porzucić miasto i zamieszkać na spokojnym ranczu w Montanie? Czy da radę spojrzeć córce i mężowi w oczy i odejść? Jak skończy się ten romans?

Ponadto mamy tu przedstawione relacje matka-córka. Relacje trudne i skomplikowane. Dynamiczne. Annie i Grace nigdy nie były aż tak blisko, a wypadek jeszcze je od siebie oddalił. Czy będą w stanie znaleźć porozumienie? Czy Grace pogodzi się z tym, że do końca życia będzie chodzić z protezą? Czy nauczy się na nowo cieszyć życiem? Jak na nie obie wpłynie wizyta u Bookerów, których łączą bardzo silne więzy, ktrózy wszyscy nawzajem się szanują? Atmosfera w tym domu pełna jest rodzinnego ciepła. 

I ostatni wątek – konie. „Zaklinacz koni” wspaniale pokazuje, jak wrażliwe, czułe i wspaniałe są te zwierzęta. Los Pielgrzyma naprawdę  mnie wzruszył i z całego serca kibicowałam Tomowi, by pomógł ulubieńcowi Grace.

Zakończenie powieści ogromnie mnie zaskoczyło. Może dlatego, że najpierw widziałam film, a tam zakończenie jest zupełnie inne? To książkowe sprawiło, że się popłakałam. Naprawdę.


Oczywiście polecam „Zaklinacza koni”, zwłaszcza wielbicielom tych zwierząt oraz fanom romansów. Ta książka wyróżnia się spośród innych, bo mówi nie tylko o miłości, ale też o wielu innych ważnych sprawach. Przepiękny klimat pozwala nam przeżywać tą historię. Bohaterowie wkradają się do naszego serca. Wiem, że jeszcze długo tej książki nie zapomnę i z pewnością kiedyś do niej powrócę. 

Na koniec dodam, że chyba zawyżyłam ocenę tej książki. Myślę, że zawyża to ekranizacja o której nie sposób nie myśleć, czytając powieść Evansa. Trudno, na mnie ta książka zrobiła duże wrażenie. 


Cytat:
"Chyba to właśnie jest wieczność. Po prostu jeden ciąg takich >>teraz<<. I chyba też wszystko, co można zrobić, to spróbować żyć jednym teraz w danej chwili, nie zawracać sobie zbytnio głowy poprzednim teraz ani następnym teraz"

Ocena: 8/10

niedziela, 19 maja 2013

[36] Pałac Północy

Tytuł: Pałac Północy

Autor: Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: MUZA SA



Po przeczytaniu „Księcia Mgły” Carlosa Ruiza Zafóna  obiecałam sobie, że sięgnę także po inne książki tego pisarza, toteż z „Pałacem Północy” zapoznałam się bez wahania.

Książka opowiada historię szesnastoletniego Bena, wychowanka sierocińca St. Patrick’s z Kalkuty. Wraz z kolegami (i koleżanką) z tej placówki, założył on stowarzyszenie Chowbar Society. Jego członkowie przyrzekli sobie wspierać się nawzajem. 

Ostatniej nocy istnienia Chowbar Society (Ben i jego przyjaciele wkraczają w wiek dorosły, muszą więc opuścić sierociniec) na jego zebranie do opustoszonego budynku, zwanego (od pory spotkań) Pałacem Północy, zostaje zaproszona Sheere. Szesnastolatka opowiada tragiczną historię swojej rodziny. Nowi przyjaciele obiecują pomóc dziewczynie rozwikłać tajemnice przeszłości. Nie mają jednak pojęcia, w co tak naprawdę się wplątują.

Akcja naprawdę wciąga. Zagadki się mnożą, a odpowiedzi na nie nagle okazują się niewłaściwe. Kim jest ognista zjawa, człowiek sam siebie nazywający Jawahalem, okrutny morderca? Czego chce od Bena i Sheere? Jaki związek ma z tym pożar dworca i pociągu pełnego dzieci, tragedia sprzed lat? Czym są łzy Śiwy i czy kiedykolwiek spadną jeszcze na Kalkutę?

Zafón po raz kolejny stworzył powieść o wyjątkowym klimacie, choć „Książę Mgły” bywał bardziej… niepokojący. A może po prostu to mnie bardziej przeraża ruchomy posąg clowna w starym ogrodzie niż płonący pociąg widmo? Pomysły autora w żadnym wypadku się nie wyczerpały. Makabryczna intryga Jawahala jest świetnie opisana i dopracowana w najmniejszych szczegółach.

Bohaterów mamy w „Pałacu Północy” całkiem sporo. Każdy z nich jest inny, każdy czymś się wyróżnia, chociaż w przypadku postaci drugoplanowych jest to mniej zauważalne. No i Sheere… nie wiem czemu, ale ta dziewczyna jest jakaś taka nijaka. Ot, zwykła sobie nastolatka. Jak na jedną z głównych bohaterek książki to niewiele ma osobowości. W przeciwieństwie do Bena, który jest odważny, nieprzewidywalny, dla przyjaciół zrobi wszystko. Sam autor opisuje go jako „…kufer bez dna, pełen niespodzianek i tajemnic, pełen świateł i cieni”.  Uwielbiam Bena. I uwielbiam ten opis Bena. Sympatyczny jest także Ian, Bena najlepszy przyjaciel. Niezwykle ciepła postać to dyrektor sierocińca, Thomas Carter, odznaczający się wzruszającą troską o wychowanków.

Językowo jest świetnie. Choć dialogi bywają zbyt poważne i nie pasują do prowadzących je nastolatków, to rewelacyjne opisy wszystko rekompensują. Niby długie, ale nie przeciągają się, nie nudzą. Są idealne. Pełne metafor i porównań. Cóż, Zafón właśnie dołącza do grona moich ulubionych autorów.

W powieści możemy znaleźć kilka retrospekcji, uchylających kolejno rąbka tajemnicy. Oprócz tego trzy rozdziały mają formę wspomnień Iana. Chłopak wprowadza nas do historii, przedstawia bohaterów i zamyka opowieść. Te rozdziały były moim zdaniem najlepsze.

„Pałac Północy” to jednak nie tylko historia o złowrogim mordercy, o ognistej zjawie i walce z nią. To także nie kolejna książka o dzieciach ratujących świat od zła. To powieść mówiąca o życiowych trudnościach, o wpływie różnych wydarzeń na nasze życie, o potworach ludzkiego umysłu. Przede wszystkim zaś o przyjaźni, która trwa do końca, choć pozornie jej więzy dawno się rozerwały. O wspomnieniach wciąż w nas żyjących i dorastaniu.

Polecam. Ja z pewnością przeczytam jeszcze nie raz.


Cytat:
"Dorosłość nie jest niczym więcej niż odkrywaniem, że wszystko, w co wierzyłeś, kiedy byłeś młody, to fałsz, a z kolei wszystko to, co w młodości odrzucałeś, teraz okazuje się prawdą."

Ocena: 8/10

sobota, 27 kwietnia 2013

[33] Świat króla Artura. Maladie.

Tytuł: Świat króla Artura. Maladie.

Autor: Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa


Ze względu na długość utworu i to, że nie jest on powieścią, to będzie chyba najkrótsza z moich recenzji ;)



W szkole uczymy się pisać esej. To ciekawa forma wypowiedzi, ale niezbyt łatwa do napisania, postanowiłam więc najpierw trochę esejów poczytać, zanim napiszę swój. No i po jaki esej mogłam sięgnąć ,jeśli nie po taki, który wyszedł spod pióra wielbionego przeze mnie Andrzeja Sapkowskiego?

„Świat króla Artura” jest… mądry. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy w związku z tą książką. Chwilami nawet jest dla mnie zbyt mądra. Zwyczajnie nie ogarniałam tego natłoku informacji i ciekawostek historycznych. Z jednej strony było to wadą (jedyną oczywiście) i spowalniało nieco czytanie, z drugiej – dowiedziałam się mnóstwa nowych rzeczy o legendach arturiańskich. Na pewno zainteresowały mnie tematem rycerzy okrągłego stołu i zachęciły do sięgnięcia po jakieś arturiańskie fantasy (ciekawe czy dostanę jakieś porządne w bibliotece…).

Sapkowski pisze o królu Arturze, wyjaśniając legendę, szukając jej związków z historią i porównując różne wersje. Przyznam, że wcześniej, choć te opowieści wydawały mi się ciekawe (ba! To one przekonały mnie w gimnazjum, że średniowiecze nie jest tak beznadziejną epoką, jak myślałam w podstawówce), nigdy nie szukałam żadnych informacji na ich temat. Tym bardziej zaskoczyło mnie bogactwo postaci i wydarzeń oraz ogrom możliwości interpretacji w historii legendarnego króla Anglii.

Dodatkowo mamy tu cały rozdział o mitologii celtyckiej. Mitologii tak bogatej, że trudno się w niej połapać. Mimo wszystko interesującej.

Całość napisana jest stylem typowym dla eseju. Widać erudycję autora. No i niepowtarzalny humor Sapkowskiego, tą jego ironię.

W książce znajdziemy mapki, z których niewiele rozumiałam, ale to ja. Innym mogą się zapewne przydać, ale ja z mapami mam czasem problemy ; )

Swoją drogą... Nie uważacie, że takie "perełki" warto by było wydać na nowo w ulepszonej szacie graficznej? 

Oprócz eseju o królu Arturze to wydanie zawiera także opowiadanie „Maladie” Nie będę się o nim rozpisywać, bo moją opinię możecie przeczytać w recenzji antologii „Maladie i inne opowiadania” [KLIK]. Powiem tylko, że jest to genialnie przerobiona historia Tristana i Izoldy.

Komu polecam? Miłośnikom legend arturiańskich. I fanom Sapkowskiego. Reszcie raczej nie, moglibyście się nudzić podczas lektury. Chwilami czyta się ciężko. Ale mimo wszystko warto.


Cytat: 
Tak narodziła się tradycja, która towarzyszy ludzkości do dzisiaj: Niecywilizowanych, którzy mordują, trzeba w cywilizowany sposób wymordować. Niech żyje cywilizacja.

Ocena: 8/10

Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo