Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocalić od zapomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocalić od zapomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 listopada 2014

[89] Odszczepieniec

Tytuł: Odszczepieniec

Autor: Jack London

Wydawnictwo: Książka i wiedza

Ilość stron: 116

Nieczęsto sięgam po zbiory opowiadań, jednak nazwisko Jacka Londona na okładce skłoniło mnie do tego,  by dać szansę recenzowanej dziś książce. Czy „Odszczepieniec” na tę szansę zasłużył?
W książce możemy znaleźć cztery opowiadania i myślę, że najlepiej będzie, jeżeli opowiem krótko o każdym z nich.
  • Odszczepieniec

Johnny od maleńkiego pracował. Już jako mały chłopiec musiał zarabiać w fabryce, by wspomóc finansowo swą równie zapracowaną matkę. Praktycznie wychował młodszego brata, Willy’ego. Jego organizm jest wyczerpany, psychika również. Ten młody człowiek nigdy nie miał żadnych zainteresowań, przyjaciół. Jego życie to po prostu ciężka praca. Jak długo może tak wytrzymać człowiek?

W „Odszczepieńcu” Jack London zwraca uwagę na kwestię pracy i jej znaczenie w życiu człowieka. Mówi o wyzysku, o dzieciach wychowujących się w trudnej sytuacji materialnej, o narzuconej zbyt wcześnie odpowiedzialności.  Mówi niekiedy drastycznie, ale zawsze poruszająco. Sama przeżywałam wszystko razem z głównym bohaterem (a może nawet bardziej niż on?), podczas czytania tego krótkiego przecież utworu towarzyszyło mi mnóstwo emocji. Krótko mówiąc, opowiadanie jest naprawdę warte uwagi.
  •   Bury wilk

Kiedy młode małżeństwo znajduje i oswaja psa, zwierzę i ludzie bardzo przywiązują się do siebie. Ich spokojne wspólne życie nagle zostaje przewrócone do góry nogami – pojawia się człowiek, który twierdzi, że jest właścicielem Burego Wilka. Jaka jest prawda? Czy zwierzę jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie?

Po raz kolejny autor udowadnia, że akurat w pisaniu o zwierzętach, jest niekwestionowanym mistrzem. Okazuje się, ze nie tylko dłuższe utwory („Zew krwi”, „Biały kieł”) są rewelacyjne, „Bury wilk” wcale od nich nie odstaje. Wniknąwszy głęboko w psychikę zwierzęcia, London kreuje na długo zapadającą w pamięć postać psa, stającego przed wyborem pomiędzy życiem spokojnym, pełnym ciepła i miłości, a trudnym, wypełnionym przygodą, niebezpieczeństwami. Między nieoczekiwaną dobrocią, a lojalnością. Przed wyborem, który z całą pewnością nie należy do prostych. Czytelnik zaś może obserwować zarówno podejmowanie tej decyzji, jak i reakcje tych, których ona dotyczy. To zdecydowanie moje ulubione opowiadanie z tej książki.

  •  Odyseja północy

Malemute Kid i Prince podróżują zaprzęgiem. Ich zainteresowanie wzbudza nieznany nikomu podróżnik, którego nazywają między sobą Ulissesem. Ich drogi się rozchodzą, jednak jakiś czas później do Dawson, gdzie akurat przebywają dwaj mężczyźni, przychodzi ranny, przemarznięty człowiek. Okazuje się, że to Ulisses. Opowiada im dramatyczną historię swego życia.

„Odyseja północy” jest opowieścią o wielkiej miłości i tułaczce w jej poszukiwaniu, o okrucieństwie i zemście, o osądzaniu. Pokazuje najgorsze instynkty, drzemiące w człowieku, jego poczucie sprawiedliwości – różne u każdego, ale czy mamy praco kogokolwiek potępiać czy też rozgrzeszać? Takie właśnie trudne pytania zadaje w tym opowiadaniu Jack London. A czytelnik sam musi sobie na nie odpowiedzieć.

  •  Samotny Wódz

Ranny Samotny Wódz sprzeciwia się woli swego ojca, który przyprowadza mu kandydatkę na żonę. Mężczyzna w gniewie mówi, że w takiej sytuacji pogrzeb byłby bardziej odpowiedni dla niego niż wesele. Jego plemię wymyśla więc okrutną karę – poddaje obrzędom pogrzebowym żywego jeszcze wodza. Jaki będzie koniec tej makabrycznej maskarady?

Szczerze mówiąc, ten tekst najsłabiej zapadł mi w pamięć i najmniej zwrócił moją uwagę. Nawet nie bardzo wiem, co o nim napisać. Nie powiem, że był nudny, ale pozostałe z pewnością czytało się ciekawiej. W przypadku „Samotnego Wodza” najbardziej podobał mi się chyba sam pomysł kary dla Samotnego Wodza. Czegoś mi jednak w tej historii zabrakło.


Jack London w niedługich historiach potrafi zawrzeć sporo mądrych myśli, poruszyć i zaciekawić czytelnika. Za to należy mu się ogromny plus. Widać jednak, który temat zdominował jego twórczość – w pisaniu o dzikich zwierzętach ten autor nie ma sobie równych. I choć „Biały kieł” i „Zew krwi” wywarły na mnie większe wrażenie, zachęcam Was do sięgnięcia po „Odszczepieńca”. Lektura tej książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu, a może okazać się naprawdę wartościowa. 


Cytat:
"Są rzeczy większe od naszego rozumu, leżące poza zasięgiem naszej sprawiedliwości."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




poniedziałek, 10 listopada 2014

[88] Starcie królów

Tytuł: Starcie królów

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #2

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ilość stron: 1022


Odkąd skończyłam „Grę o tron” nie mogłam się wprost doczekać, kiedy zabiorę się za kontynuację i ponownie trafię do interesującego, ale brutalnego świata, który w swoich powieściach wykreował George Martin. Niestety, objętość tej książki jest jednak spora, a mnie gonią szkolne lektury, musiałam trochę poczekać. A apetyt czytelniczy rósł.

W Westeros trwa wojna i to na wszystkich możliwych frontach. Dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami, nikt nie jest zbyt skłonny do zawierania sojuszy, zdrada czai się na każdym kroku. Nawet bracia – Stannis i Renly Baratheon nie są w stanie dojść do porozumienia. W dodatku jeden z nich wprowadza w swym kraju nową religię. Nie mniejszy zamęt panuje w Królewskiej Przystani, w której Tyrion jako Królewski Namiestnik próbuje zaprowadzić porządek. Nie jest to łatwe na pełnym intryg dworze. Z kolei Robb Stark na polu bitwy radzi sobie świetnie, jednak nie ma pojęcia, co pod jego nieobecność dzieje się w Winterfell.

Oprócz tego obserwujemy przygody Jona, który wraz ze znaczną częścią Nocnej Straży wyrusza za Mur, by stawić czoła nieprzyjaciołom i… samemu sobie, Aryę, toczącą swą własną walkę i Daenerys, próbującą usilnie powrócić do ojczyzny. Jak potoczą się losy Siedmiu Królestw?

Po raz kolejny zostajemy wplątani w sieć intryg, zaciekłe walki o władzę i świat pełen wiarygodnie skonstruowanych, skomplikowanych postaci, z których każda jest zupełnie inna i ma swoją własną historię, nawet jeśli pojawia się  na kartach powieści stosunkowo rzadko. To zachwycające, jak autor potrafi połączyć te wszystkie wątki, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, w jedną spójną, logiczną całość. Polityka, wojna, sprawy zupełnie prywatne – wszystkie sfery ludzkiego działania przenikają się wzajemnie. Obserwowanie tego procesu to czytelnicza uczta.

Dodatkowo mam wrażenie, że akcja w tym tomie rozgrywa się znacznie szybciej niż w poprzednim, co sprawia, że jeszcze trudniej się od lektury oderwać. Wydarzenia w Westeros zdecydowanie nabierają tempa. Jak na powieść takiej grubości, naprawdę było tylko kilka momentów nużących, a to i tak krótkich. Poza tym, myślę, że to kwestia gustu, bo chodzi mi głównie o rozdziały z perspektywy Davosa. Jakoś wciągały mniej niż pozostałe, co nie znaczy, że były złe czy nie potrzebne. Tutaj nie ma nic niepotrzebnego. 

Niektórych może męczyć nie najprostszy chwilami styl Martina, ale sama nie miałam z nim żadnego problemu. Ba! Nawet nie gubiłam się w opisach walk, co często mi się zdarza w przypadku innych książek.

Jeśli chodzi o postacie, naprawdę nie wiem, co napisać, żeby nie wydłużyć tej recenzji do horrendalnych rozmiarów. Jeśli czytaliście - pewnie wiecie, co mam na myśli, jeśli nie – musicie uwierzyć mi na słowo: tutaj naprawdę KAŻDY jest wyjątkowy. Oczywiście pewnymi spostrzeżeniami się z Wami podzielę, nie byłabym sobą, gdyby tego nie zrobiła. Po pierwsze: brakuje mi zawsze honorowego Neda. Wiem, wiem, on kompletnie nie był przystosowany do życia w tym świecie, ale co ja na to poradzę? Po drugie: uwielbiam Jona, to się nie zmieniło. Moja sympatia do Tyriona z kolei wzrasta coraz bardziej, a Jaime zaczyna mnie intrygować. Jego dialogi z Catelyn są rewelacyjne. Do grona moich ulubieńców wciąż należy też Arya, ale i Sansa powoli się do niego dobija. Trzeba przyznać, że coś w sobie ma. Ogromnym plusem jest też rozbudowa postaci Theona. Z jednej strony – rozumiem go, z drugiej nienawidzę. I chyba jednak to drugie uczucie dominuje. A o tym, że Joffreya mam ochotę udusić w każdej scenie, w której jest, nie muszę chyba wspominać, prawda? To prawie tak oczywiste jak to, że Daenerys mnie irytuje, chociaż nie do końca wiem czemu. A, no i jeszcze jedno. NIE WOLNO przywiązywać się do którejkolwiek postaci, uwierzcie. Nie i już.

Na zakończenie napiszę króciutko, a, mam nadzieję zrozumiale: LEĆCIE CZYTAĆ. 


Cytat:
"Korony dziwnie wpływają na głowy, a które je włożono."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







środa, 10 września 2014

[86] Przygody Hucka

Tytuł: Przygody Hucka

Autor: Mark Twain

Wydawnictwo: Iskry

Ilość stron: 415


„Przygody” Tomka Sawyera to jedna z tych książek, do których mam ogromny sentyment i które czytałam niezliczoną ilość razy. Przygody tego małego amerykańskiego urwisa zawsze dostarczały mi niezastąpionej rozrywki i rozśmieszały do łez. Wiele razy obiecywałam sobie sięgnąć po ich kontynuację – słynne „Przygody Hucka”. Jakoś się jednak z nimi rozmijałam, bo a to nie było w bibliotece, a to coś innego wpadło mi akurat w łapki. Po ładnych paru latach w końcu udało mi się zapoznać z najsłynniejszą chyba powieścią młodzieżową Marka Twaina. Jak wypadło to spotkanie?

Narratorem powieści jest tytułowy Huckleberry Finn, którego świetnie znają czytelnicy „Przygód Tomka Sawyera”.  Niegdyś bezdomny chłopiec  nie może znieść sztywnych zasad panujących w domu wdowy Douglas, która postanowiła go adoptować. Gdy w dodatku za edukację krnąbrnego, ale przesympatycznego Hucka zabiera się wymagająca panna Watson, chłopiec postanawia uciec. Wraz ze zbiegłym Murzynem, Jimem, wyrusza tratwą w podróż rzeką Missisipi. Po drodze czeka na nich wiele, wiele niespodziewanych przeżyć. Jak zakończy się ta eskapada?

Już od samego początku można wyczuć tak charakterystyczny dla Marka Twaina, niekiedy ironiczny, humor. Komizm sytuacji (Huck i Tomek uwalniający wolnego Murzyna!) , komizm postaci – wszystko naprawdę zabawne i na wysokim poziomie, w dodatku nietrudne do przyswojenia. Obdarzony niezwykłym zmysłem obserwacyjnym autor idealnie oddaje rzeczywistość  ówczesnej Ameryki.  Wyśmiewa różne absurdy, bawi i uczy.

Różnorodność postaci jest naprawdę zadziwiająca, jak na książkę o wcale nie takiej znowu dużej objętości. Każdy bohater jest inny, a wszyscy razem tworzą naprawdę sympatyczną gromadę. Zaczynając od głównego bohatera, Hucka – czasami zadziwiająco naiwnego, ale też sprytnego i niemal tak pomysłowego jak Tomek Sawyer, którego pod wieloma względami Huckleberry podziwia, poprzez poczciwego Jima, dwóch oszustów, każących nazywać się „Królem” i „Księciem” aż po krewnych Tomka – państwo Phelps.


Opowiadająca o tęsknocie za przygodą, wolnością i naturą powieść jest genialnym dziełem świetnego pisarza i wszystkim tym, którzy jeszcze jej  nie znają, polecam ją gorąco. Nie powinniście żałować. 


Cytat:
"Tłum to jedna z najbardziej godnych litości rzeczy na świecie; armia także jest tłumem."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





czwartek, 14 sierpnia 2014

[83] Mała księżniczka

Tytuł: Mała księżniczka

Autorka: Frances Hodgson Burnett

Wydawnictwo: Zielona sowa

Ilość stron: 175


Są takie książki, które mogłabym czytać bez końca, które chyba nigdy mi się nie znudzą, choć znam je prawie na pamięć. Mam do nich ogromny sentyment, uwielbiam  do nich wracać co jakiś czas i wciąż coś nowego odkrywać. Jedną z tych książek jest „Mała księżniczka” autorstwa Frances Hodgson Burnett. Wielokrotnie już o niej wspominałam, pojawiała się często w zestawieniach Top 10, a ostatnio, gdy miałam chandrę, zdjęłam ją z półki i po raz kolejny uległam czarowi opowieści. Przyszło mi więc na myśl, by w końcu poświęcić „Małej księżniczce” cała recenzję. Zdecydowanie na to zasługuje.

Siedmioletnia Sara Crewe rozpoczyna naukę w Londynie, w szkole dla dziewcząt prowadzonej przez pannę Marię Minchin. Wychowana w Indiach dziewczynka bardzo tęskni za swym ojcem – czułym, wesołym, młodym kapitanem, który wychowuje ją samotnie, bo matka dziewczynki zmarła. Kapitan Crewe to człowiek bardzo bogaty, a swej jedynej córeczce skłonny jest oddać wszystko, toteż nie szczędzi pieniędzy na jej wychowanie i edukację. Wskutek tego Sara ma wszystko, czego zapragnie, również na pensji panny Minchin. Nawykła do luksusu, traktowana przez wszystkich jak księżniczka, dziewczynka w dniu jedenastych urodzin na skutek tragicznego splotu wydarzeń zostaje pozbawiona wszelkich środków do życia. Nagle staje się kuchennym popychadłem, dzieckiem samotnym, niedożywionym, zaniedbanym. Jak poradzi sobie w tej nowej sytuacji?

Najważniejszym elementem tej powieści jest z całą pewnością główna bohaterka. Zazwyczaj nie lubię bohaterów idealnych, ale Sary zwyczajnie nie da się nie lubić. To doprawdy wyjątkowa osóbka, jedyna w swoim rodzaju. Mimo wychowania w zbytku nie jest dzieckiem rozpieszczonym. To dziewczynka posłuszna i pełna pokory, mądra i dobra. Nigdy nie zapomina o innych, zawsze spiesząc im z pomocą. Nie potrafi bezczynnie patrzeć na ludzką krzywdę. Obdarzona jest bujną wyobraźnią, która pozwala jej snuć różne opowieści i zrozumieć całkiem nieźle otaczających ją ludzi. Urzeka też jej niezwykły spokój. Sara prawie nigdy nie płacze ani nie unosi się gniewem. Prawie zawsze najpierw myśli, a potem mówi. Odzywa się spokojnie, ale stanowczo. Nigdy się nie skarży na swój los.

Oprócz głównej bohaterki znajdziemy tutaj i inne ciekawe postacie,  czasami schematyczne, ale za to świetnie pokazujące pewne archetypy ludzkich zachowań. Panna Minchin jest okrutna i wyrachowana, jej siostra, panna Amelia, zupełnie przez nią zahukana. Ale najsympatyczniejszą gromadę stanowią z pewnością szkolne koleżanki Sary: pulchna, niezbyt rozumna, ale dobra i poczciwa Ermengarda, mała, płaczliwa, rezolutna Lottie i biedna posługaczka Becky.

Książkę czyta się bardzo szybko, język jest niezbyt trudny, ale i niebanalny. Pełne wdzięku dialogi i plastyczne, choć nie przesadnie długie opisy czynią „Małą księżniczkę” naprawdę przyjemną lekturą.

Burnett w swej książce pięknie pokazuje różnice między światem dzieci, a dorosłych. Dzieci są szczere, nie manipulują, nie przeszkadzają im różnice społeczne (wszak żadna z dziewczynek nie ma nic przeciwko, by Becky pozostała na sali podczas urodzin Sary, to pannie Minchin wydaje się to niewłaściwie). Dopiero dorośli zaszczepiają w nich stereotypy i pychę (wystarczy spojrzeć na Lawinię, która, będąc w szkole główną antagonistką Sary, przytacza przeważnie tylko słowa swej matki).

 O czym naprawdę jest ta opowieść? O tym, że największym bogactwem są przyjaciele i dobre serce. O tym, że wyobraźnia jest czymś niezwykle cennym i czyni życie o wiele piękniejszym. O tym, że dobroć i życzliwość zawsze zostają wynagrodzone. Ta wzruszająca historia zwyczajnie przywraca wiarę w ludzi.


Polecam ją serdecznie wszystkim, którzy jej jeszcze nie czytali. Warto ją też podrzucić trochę młodszym, bo, choć i starsi powinni dostrzec jej urok, chyba najlepiej zapoznać się z nią nieco wcześniej. A tych, którzy lekturę „Małej księżniczki” dawno mają za sobą, zachęcam na chwilę do niej powrócić. Nie pożałujecie! 


Cytat:
"Nie ma rzeczy tak silnej jak gniew... z wyjątkiem siły, która potrafi gniew ujarzmić... Ta siła jest jeszcze mocniejsza."

Ocena: 10/10



Recenzja bierze udział w wyzwaniach: 





niedziela, 25 maja 2014

[77] Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Ech, obiecałam recenzję w środę, a znów jest w niedzielę. Przepraszam. I za zaległości u Was też przepraszam, poprawię się. : )



Tytuł: Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Seria: Opowieści z Narnii #1

Autor: Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Media rodzina

Ilość stron: 182


Lubię czasami wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Zawsze odkrywam w nich coś nowego.  To trochę jak spotkanie ze starym przyjacielem, bo książki to przecież są nasi przyjaciele, prawda? I tylko żałuję czasami, że tak mało czasu na czytanie, bo tylu książek jeszcze nie poznałam, a już jest sporo takich, które mogłabym czytać wciąż od nowa.

Jedną z takich właśnie książek, które warto sobie od czasu do czasu przypomnieć są Opowieści z Narnii. Pamiętam, że dawniej uważałam je za taki klasyczny przykład fantastyki, w którym to przekonaniu utwierdziły mnie jeszcze ekranizacje. Tym razem, czytając Lwa, czarownicę i starą szafę, miałam wrażenie, że nie czytam żadnej książki fantastycznej, a jedynie piękną baśń. Nie umniejsza to oczywiście zupełnie jej wartości.

Myślę, że fabuła jest prawie wszystkim znana, więc ograniczę się tylko do najważniejszego w jej przypomnieniu. Czworo dzieci, wysłanych w okresie nalotów bombowych na Londyn w czasie wojny do starego domu pewnego (również starego) profesora, wchodzi do szafy. Okazuje się,  że mebel prowadzi do zaczarowanej krainy zwanej Narnią, gdzie przez złą Białą Czarownicę panuje wieczna zima. Czy dzieciom uda się uratować Narnię?

Akcja nabiera tempa dość szybko, nie mamy tu zbyt długich opisów, książkę czyta się błyskawicznie. Ani się nie obejrzysz, już skończyłeś! A wszystko to za sprawą świetnego, lekkiego pióra C.S. Lewisa. Opowieści z Narnii przypominają nieco gawędę, jakąś opowiadaną gdzieś przy ognisku historię, bajkę. Narrator wydaje się wręcz naszym rozmówcą, co chwilę zwraca się do czytelnika, dopowiadając to i owo. Potęguje to jeszcze atmosferę swobodnie snutej opowieści. W dodatku cała powieść niepozbawiona jest niewymuszonego humoru.

Postacie są szalenie wprost sympatyczne. Waleczny i opiekuńczy w stosunku do młodszego rodzeństwa Piotr, poważna i spokojna Zuzanna, prostolinijna, odważna i zawsze radosna Łucja – to trójka dzieciaków, których nie sposób nie lubić. Specjalnie nie wymieniłam tu Edmunda, bo on różni się trochę od rodzeństwa. Nie znaczy to oczywiście, że go nie lubię. Ba! Lubię go chyba bardziej niż pozostałych, bo jest bardziej dynamiczny, zmienia się, popełnia głupstwa. Koniec końców, jest przecież tylko chłopcem, a nie superbohaterem, prawda?

Oprócz czwórki rodzeństwa Pevensie, w Narnii możemy też spotkać mówiące Bobry (czy tylko mnie pani Bóbr kojarzyła się trochę z Molly Weasley?), Białą Czarownicę, która jest typowym wręcz czarnym charakterem i Aslana. Tajemniczego, wspaniałego, groźnego, dobrego lwa Aslana. Chyba nie muszę mówić, że go uwielbiam, prawda? Poznajemy także całe mnóstwo mitologicznych istot z panem Tumnusem (faunem) na czele. Właściwie to właśnie obraz fauna idącego z paczkami przez ośnieżony las zainspirował C.S. Lewisa do napisania Opowieści z Narnii.

Można by się przyczepić, że to wszystko jest zbyt uproszczone, że to śmieszne, że Piotr, który nigdy wcześniej nie trzymał w ręku miecza, nagle prowadzi armię do walki itp., ale po co? Tutaj naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia. To baśń. Z baśniowym klimatem, baśniowymi postaciami i baśniowym urokiem.

Och, opisując postacie zupełnie zapomniałam o Profesorze. To dość intrygujący staruszek, no bo który dorosły uwierzyłby w istnienie Narnii? Wszystko staje się jednaj zrozumiałe, gdy tylko przeczytamy szóstą część cyklu, Siostrzeńca Czarodzieja. Bo tak naprawdę pierwsza część Opowieści z Narnii wcale chronologicznie nie jest pierwszą. Według kolejności wydarzeń jest druga. Chronologicznie można czytać w tej kolejności: 6, 1, 5, 2, 3, 4, 7. Prawdę mówiąc, miałam tym razem tak właśnie zrobić, ale znów zapomniałam. Myślę, że i tym razem odbiór byłby nieco inny.
\
Książka opatrzona jest świetnymi ilustracjami Pauline Baynes, a moje wydanie zawiera dodatkowo zdjęcia z filmu (który, swoją drogą, też kiedyś pewnie zrecenzuję).


Krótko mówiąc, kto jeszcze Lwa, zarownicy i starej szafy nie przeczytał, naprawdę sporo trac i radziłabym mu nadrobić te zaległości jak najprędzej. To cudowna historia o miłości, lojalności i przyjaźni. O walce dobra ze złem i sprawiedliwości. 


Cytat:
"Kto raz został królemw  Narnii, na zawsze nim pozostanie."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






Książkę wygrałam w konkursie u Stelli - dziękuję! : ) 

niedziela, 11 maja 2014

[75] Gra o tron

Wybaczcie to jednodniowe opóźnienie.Wybaczcie również niedokładną recenzję, ale trudno opisywać arcydzieła.

Tytuł: Gra o tron

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #1

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i spółka

Liczba stron: 837


„Grę o tron” miałam w planach od bardzo, bardzo dawna. Wszędzie zbierała pozytywne recenzje, serial wszyscy zachwalają, znajomi polecali, a moja chęć przeczytania tej książki rosła z dnia na dzień. Dlatego niezmiernie się ucieszyłam, gdy otrzymałam ją na urodziny (dziękuję, dziękuję, dziękuję!). A potem lekko się przestraszyłam, gdy zobaczyłam bardzo negatywną recenzję. Na szczęście niepotrzebnie!

W Siedmiu Królestwach po obaleniu Szalonego Króla, Aerysa Targaryena, nastał pokój. Na Żelaznym Tronie zasiada Robert Baratheon. Jego przyjaciel,  Ned Stark, panuje spokojnie w swojej położonej na dalekiej północy siedzibie – Winterfell. Wizyta króla wywraca jednak życie Starków do góry nogami. Nadchodzi zima. Mur, północny kres bezpiecznego, cywilizowanego świata, również wydaje się być zagrożony. Coś się za nim czai, coś dziwnego i zdecydowanie niebezpiecznego. Jak poszczególne, walczące o władzę rody odnajdą się w nowej sytuacji? Czy czasy pokoju minęły? Co dzieje się z potomkami Szalonego Króla?

Mnóstwo pytań bez odpowiedzi, mnóstwo drobnych, pozornie niewiele znaczących wydarzeń, które okazują się mieć olbrzymie znaczenie – tak mniej więcej wygląda fabuła „Gry o tron”. Choć akcja wcale nie pędzi jak szalona, od tej powieści nie sposób się oderwać. Wciąga już od pierwszych stron. Poszczególne rozdziały to fragmenty skupiające się na poszczególnych postaciach – wiem, że niektórych takie skakanie z narracją irytuje, ale mnie nie. Raczej urozmaica, pozwala ogarnąć całość. Bo tutaj od szczegółu przechodzimy do ogółu, George R. R. Martin umiejętnie poprzez poszczególne osoby potrafi nam nakreślić sytuację polityczną w Siedmiu Królestwach. Robi to naprawdę po mistrzowsku.

Głównych postaci jest sporo, ale możemy je naprawdę nieźle poznać, choć radziłabym nie oceniać ich zbyt pochopnie – tu nigdy nic nie wiadomo. Mam spory problem z wymienieniem ulubieńców, bo, naprawdę, każdy ma w sobie coś wyjątkowego. No dobra, nienawidzę Cersei, jej rozwydrzonego bachora znanego jako Joffrey, Lysy Arryn i jej płaczliwego dzieciaka. I Daenerys, przynajmniej na początku. Jakaś taka… rozmemłana jest. Za to polubiłam chyba wszystkich Starków (Neda i Robba za ich honorowość, Brana, bo pocieszny z niego dzieciak, Aryę, bo jest pyskata i nieprzewidywalna, a Sansę za to… że jest Sansą, jest Sansą i próbuje za wszelką cenę nią pozostać), Jona Snowa (ogólnie całą ekipę z Muru), Petyra Baelisha, Tyriona Lannistera i… och, całą resztę. I wilkory. Kocham te wilkory. Chcę takiego.

Nawet nie wiem, co tu napisać. Chyba nie muszę dodawać, że opisy, dialogi i tak dalej są na bardzo wysokim poziomie? Wszystko to sprawia, że czytelnik niemal czuje się uczestnikiem rozgrywających się w książce wydarzeń. Naprawdę. Ledwie zaczęłam, a już wszystko przeżywałam (wszyscy moi znajomi mogą to potwierdzić). Jestem po prostu zachwycona tą powieścią. Każdym jej elementem.  

Zdecydowanie „Gra o tron” trafia do grona moich ulubionych książek. Już nie mogę się doczekać, aż wezmę do ręki drugi tom i przekonam się, jak to wszystko się dalej potoczy. A potem serial.


Polecam gorąco wszystkim. Zwłaszcza fanom fantastyki, przygód, politycznych intryg. Nie, jednak nie. Zwłaszcza wszystkim. 


Cytat:
"- Czy można okazać dzielnośći, bojąc się jednocześnie?
- Tylko wtedy można być naprawdę dzielnym."

Ocena:10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




sobota, 19 kwietnia 2014

[73] Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz (+ życzenia wielkanocne)

Tytuł: Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz

Seria: Arsene Lupin #1

Autor: Maurice Leblanc

Wydawnictwo: Elipsa

Liczba stron: 203


Kiedy pod koniec XIX wieku olbrzymią popularność zaczęły zyskiwać opowiadania o przygodach Sherlocka Holmesa, słynnego londyńskiego detektywa, stworzonego przez Artura Conana Doyle’a, książki detektywistyczne zaczęły cieszyć się coraz to większym gronem czytelników. Zgrabnie wykorzystał to Maurice Leblanc, publikując w 1905 roku książkę „Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz.” Historia ta została na rynku wydawniczym bardzo entuzjastycznie i do dziś cieszy się sporym zainteresowaniem.

Przyznam szczerze, że mimo kilku ekranizacji (ostatnia z 2004 roku) nigdy o tej serii nie słyszałam. Trafiła w moje ręce dzięki… promocji w Carrefourze. Spojrzałam: „O! Co to może być za książka za trzy złote?”. Z ciekawości wzięłam i niewiele się po niej spodziewałam. A tutaj szok. Ta powieść jest świetna.

Zacznę może od tego, co różni ją od innych powieści detektywistycznych (och, no dobra, wiem, nie czytam zbyt wielu powieści detektywistycznych). Przede wszystkim główny bohater. Przeważnie jest to przecież detektyw. Tutaj, przeciwnie. Arsène Lupin stoi po drugiej stronie konfliktu. To jego ścigają detektywi. Lupin to włamywacz. Złodziej, mówiąc najprościej. Ale złodziej niezwykły, bo praktycznie nie zostawia żadnych śladów, a każda przeprowadzona przez niego akcja jest starannie zaplanowana i w stu procentach z planem zgodna. Niemożliwa wręcz do wykrycia.

Przede wszystkim jednak Arsène jest diabelnie inteligentnym człowiekiem, niepozbawionym poczucia humoru (zerknijcie tylko na cytat!), potrafiącym dostosować się do każdej sytuacji. No i, jak tytuł wskazuje, to typowy dżentelmen.  Zdecydowanie zalicza się do jednego z moich ulubionych bohaterów literackich.  

Cała powieść składa się z kilku historii, raczej luźno z sobą powiązanych. To pierwsza część przygód słynnego włamywacza, otrzymujemy więc wyjaśnienie, jak zaczęła się jego „kariera”, jak się rozwijała, poznajemy co głośniejsze sprawy z jego udziałem. Całość ma miejsce we Francji na przełomie XIX i XX wieku.

Maurice Leblanc pisze stylem bardzo płynnym, swobodnym i, nie bardzo wiem, jak to ująć… eleganckim? Tak, chyba tak bym to określiła. Wiecie, o co mi chodzi? Jeśli nie, to przeczytajcie i przekonajcie się sami.
Naprawdę polecam. Zagadek tu mnóstwo, wcale nie są łatwe do rozwiązania. Zwroty akcji gwarantowane, na pewno nieraz będziecie zdziwieni rozwojem akcji. „Arsene Lupin” wciąga momentalnie. Błyskotliwe, humorystyczne dialogi i rewelacyjny główny bohater sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością.  


Cytat: 
"Arsene Lupin, ekscentryczny dżentelmen, obraca się jedynie w pałacach i salonach i pewnej nocy, kiedy to odwiedził apartamenty barona Schormanna, opuścił je z pustymi rękami, pozostawiwszy tam wizytówkę z następującym dopiskiem: >>Arsene Lupin, dżentelmen włamywacz, powróci, gdy meble będą autentyczne.<<"

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:








A teraz pozwólcie, że złożę Wam wielkanocne życzenia (wiem, późno, jestem spóźnialska zawsze).

Świąt zdrowych, żeby móc się nimi w pełni cieszyć. Spokojnych, byśmy potrafili choć na chwilę się zatrzymać w dzisiejszym pędzącym świecie. Radosnych, bo uśmiech na twarzy potrafi przegonić najciemniejsze nawet chmury. Chwil spędzonych z rodziną przy świątecznym stole w jak najcieplejszej atmosferze i Błogosławieństwa Bożego, byśmy nie zapomnieli, że w tych świętach nie chodzi o zajączka z prezentami i kolorowe pisanki. Jednym słowem, wszystkiego dobrego w te święta!




sobota, 15 marca 2014

[69] Silmarillion

Tytuł: Silmarillion

Autor: John Ronald Reuel Tolkien

Wydawnictwo: AMBER

Liczba stron: 447


Wreszcie! Po długim czasie udało mi się przebrnąć przez „Silmarillio”, który nawet w pewnym momencie musiałam przerwać. Po tym niezbyt optymistycznym początku recenzji można by się spodziewać, że książka mi się nie podobała, prawda? Otóż nie.

Okej, to ja może od początku. Silmarillion to taka jakby mitologia Śródziemia – świata, w którym rozgrywa się akcja Władcy Pierścieni. Powstał z notatek Tolkiena, które zebrał i zredagował jego syn. Niestety mam wrażenie, że ucierpiała na tym narracja, bo, choć styl Tolkiena nie należy do najprostszych, w Silmarillionie momentami był zbyt toporny i naprawdę cieżko się to czytało, ale o tym za chwilkę.

Książka składa się z pięciu części. Pierwsza opowiada o stworzeniu świata. Opowiada w  sposób zdecydowanie magiczny, cudowny, czarowny, niepowtarzalny. Według niej świat rozpoczął się od pieśni, którą aniołowie (Valarowie) śpiewali na polecenie Boga (Iluvatara). Ale jeden z nich postanowił zaśpiewać inaczej…

Druga opowieść skupia się na przedstawieniu czytelnikowi owych aniołów, które są właściwie istotami boskimi. Dostajemy opis każdego z nich, a także charakterystykę pomniejszych duchów (Majarów) i Nieprzyjaciół.

Kolejna część to Quenta Silmarillion. Jest ona najdłuższa i zajmuje większą część książki. Opowiada o powstaniu elfów, ich życiu wraz z Valarami w raju zwanym Amanem, podróży do Śródziemia, przebudzeniu się krasnoludów i w końcu wkroczeniu na scenę ludzi.  Mówi o walkach ze zbuntowanym Valarem, Melkorem zwanym Morgothem i walkach o Silmarille, świetliste klejnoty, których blask okazał się dla elfów zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem.

Czwarta historia mówi o upadku Numenoru, elfickiego królestwa między Śródziemiem, a Amanem, a piąta to historia Pierścieni Władzy, stanowiąca jakby skrót „Władcy Pierścieni” i opowiadająca tę historię na szerszym tle.

Muszę przyznać, że ostatnia część podobała mi się najbardziej, bo nie gubiłam się w treści. Przyjemnością było dla mnie odkrywanie tego, co znałam już z „Władcy Pierścieni”. Najtrudniej zaś było mi przebrnąć przez Quenta Silmarillion. Mnóstwo postaci, nazw własnych, wątków. Czułam się nimi kompletnie przytłoczona, niejednokrotnie przestawałam rozróżniać o kim właściwie czytam, bo postacie nie były jakieś szczególnie charakterystyczne, oprócz niektórych. Przytoczę Wam jedno zdanie, co byście wiedzieli, o czym mówię: „Riana, córka Belegunda, był żoną Tuora, syna Galdora, a mąż jej w dwa miesiące zaledwie po zaślubinach wyruszył wraz ze swoim bratem Hurinem na bitwę Nirnaeth Arnoediad.” Ale wiadomo, to z założenia mitologia, więc nie ma za bardzo czemu się dziwić. Choć myślę, że brakuje tu jednak pióra Tolkiena, ogarniającego całość.

Książka wzbogacona została cudownymi ilustracjami Teda Nasmitha, przedmową, fragmentem listu Tolkiena, drzewami genealogicznymi elfów, słowniczkiem postaci i miejsc oraz informacjami o językach Śródziemia. Przydatne to wszystko i ciekawe, ale zdecydowanie przydałyby się jakieś mapki, bo jest tylko jedna, średnio ważna. Przy tak skonstruowanej książce, mapka naprawdę by się przydała i z pewnością pomogłaby w ogarnięciu całego obrazu akcji.

Mimo to, Sillmarillion to bardzo dobra książka. Ma swój urok i klimat, chwilami przybiera formę swobodnej gawędy i niektóre historie, skrócone o szczegóły, mogą być pięknymi baśniami. Opowiada o uniwersalnych wartościach, przedstawia archetypy ludzkich zachowań w oryginalnej formie. Mówi o wolności i jej nadużywaniu, o emocjach, często biorących górę nad rozsądkiem, o zdradzie i wybaczeniu, o zaufaniu i nadużyciu go. O tym, że zło nigdy nie zginie zupełnie i zawsze trzeba będzie z nim walczyć.

Jako fanka Tolkiena muszę przyznać, że jestem zadowolona, choć na jakiś czas muszę od Śródziemia odpocząć. Absolutnie nie żałuję, że przeczytałam Silmarillion. To był nowe spojrzenie na tolkienowski świat. Zwłaszcza zadziwiło mnie tutaj przedstawienie Saurona. No bo z „Władcy Pierścieni” kojarzymy go już w formie tego wielkiego oka i postrzegamy jako największe zło. Tymczasem ten wielki Sauron przy Melkorze jest tylko jego sługą(choć utalentowanym). Podobnie cała wojna o Pierścień wydaje się tylko jedną z wielu, wcale nie aż tak znaczącą, gdy przyjrzymy się temu, co działo się wcześniej.


Polecam, ale wyłącznie fanom Tolkiena. Nie radzę zaczynać od tej książki przygody z twórczością tego pisarza, bo można się mocno zrazić. 


Cytat:
"Tak to już jest, że o życiu szczęśliwym i radosnym nie ma wiele do powiedzenia, póki się ono nie skończy."

Ocena: 8/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




niedziela, 9 marca 2014

[68] Wielki Gatsby


Miało być wczoraj, ale byłam w kinie na "Kamieniach na szaniec" i się nie wyrobiłam. Jednak to tylko dzień różnicy i wygląda na to, że wróci recenzja co sobotę.  : )

Tytuł: Wielki Gatsby

Autor: Francis Scott Fitzgerald

Wydawnictwo: Rebis

Liczba stron: 198


Przyznam, że do przeczytania tej książki zachęciły mnie pozytywne opinie dotyczące najnowszej ekranizacji. Postanowiłam jednak, że najpierw lepiej będzie przeczytać. Jak wrażenia?

Narratorem powieści jest Nick Carraway, makler giełdowy, którego dom stoi w sąsiedztwie rezydencji tajemniczego Jay’a Gatsby’ego. Czemu tajemniczego? Otóż bogaty Gatsby wciąż urządza w swym domu wspaniałe przyjęcia, ale nikt tak naprawdę nic o nim nie wie. Krąży wiele pogłosek, ale Nick Carraway raczej w nie nie wierzy.W końcu dane jest mu naprawdę dobrze poznać Gatsby’ego. Jego losy - od dzieciństwa, gdy był ubogim, ale ambitnym i inteligentnym chłopcem, poprzez błyskotliwą karierę wojskową, aż do bogacza w wielkiej rezydencji. A w tym wszystkim niemałą rolę odgrywa pewna kobieta…

Nie oczekujcie od tej powieści jakiejś trzymającej w napięciu akcji, bo srogo się zawiedziecie. To raczej opowieść, gawęda snuta przez narratora. Snuta w bardzo, bardzo dobry sposób. Nick jest bystrym obserwatorem, trafnie ocenia sytuację wokół siebie. Narracja jest płynna, opisy plastyczne, ale nigdy nie przydługawe czy nudzące. Klimat lat dwudziestych – o tak, to jest i to zdecydowanie na plus.

 Postacie są świetne, mimo, że książka ma zaledwie 200 stron. Chyba nikt nie będzie zdziwiony, jeśli powiem, że moją ogromną sympatię zdobył Gatsby? Tajemniczy, romantyczny, inteligentny, z dobrymi manierami i tragiczną trochę historią. Nie śmiejcie się, ale skojarzył mi się (tak, tak, rozszerzony polski zrobił mi coś z mózgiem) z naszym polskim Stanisławem Wokulskim z „Lalki”. Mają podobną historię. Tylko Gatsby jest bardziej tajemniczy, elegancki i taki jakiś w ogóle bardziej. Świetny.

Co do reszty to nie są jacyś wybitni, ale na pewno wypadają ponad przeciętnie. Stworzyć takie postaci w książce tak krótkiej  to naprawdę talent i klasa i to się autorowi chwali.

Prawie bym zapomniała o moim drugim ulubieńcu. Znaczy, już wspomniałam, że Nick Carraway to świetny obserwator, ale to także dobry człowiek, oddany przyjaciel i ogólnie ciekawa, mądra postać. Potrafi się odnaleźć niemal w każdej sytuacji.

Jedyne do czego można się przyczepić to to, że książka zdecydowanie powoli się rozkręca. Ale nie chcę czepiać się za bardzo, bo chyba w tym jej urok. Wciąga, ale dyskretnie, subtelnie, powoli. Majstersztyk.


„Wielki Gatsby” to zgrabnie opowiedziana historia o miłości typowo romantycznej – trwałej, wielkiej i nie do końca szczęśliwej. To także opowieść o samotności, o ludziach i tym jak potrafią być interesowni i egoistyczni. I o człowieku, który był wart wiele, ale niewielu o tym wiedziało. 


Cytat:
'Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość."

Ocena: 9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




czwartek, 20 lutego 2014

[66] Lalka

Tytuł: Lalka

Autor: Bolesław Prus

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 592


Rzadko, bo rzadko, ale zdarza mi się recenzować szkolne lektury. Zrobiłam to przy „Dziejach Tristana i Izoldy”, bo okropnie mnie zdenerwowały i przy „Podróżach z Herodotem”, bo były mało lekturowe. Dzisiaj postanowiłam zrecenzować „Lalkę”, po pierwsze dlatego, że, przyznam szczerze, nie miałam ostatnio kiedy czytać czegoś innego, a już długo nie publikowałam recenzji (mam nadzieję,  że wrócę do regularnych sobotnich recenzji…), a po drugie: przecież lektury to też książki! A poza tym „Lalka” bardzo mi się podobała.

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec lat 70. XIXw. Kupiec galanteryjny, Stanisław Wokulski, próbuje zdobyć rękę wywodzącej się z arystokracji Izabeli Łęckiej. W tym celu wyrusza na wojnę, by powiększyć swój majątek. Udaje mu się i staje się bardzo bogaty. Warszawiacy jednak nie są pewni czy mężczyzna dorobił się na wojnie legalnie. Jego przyjaciel, stary subiekt pracujący w sklepie Wokulskiego, Ignacy Rzecki, bezgranicznie wierzy w Stanisława, jednak nie rozumie on jego fascynacji kapryśna panną Łęcką. Jak zakończy się ta historia? Czy Wokulski zdobędzie Izabelę?

Muszę przyznać, że pomimo jej sporej objętości, „Lalkę” czytało się nieźle. Chwilami zapominałam, że mam do czynienia ze szkolną lekturą. Prus wiernie oddał rzeczywistość ówczesnej Warszawy i stworzył zapadające w pamięć postacie z krwi i kości. Nie byli to bohaterowie prości, każdy z nich zasługuje na uwagę czytelnika i jest dość rozbudowany psychologicznie. Sam Wokulski to człowiek pełen sprzeczności: jednocześnie romantyk i pozytywista, rozdarty między dwiema różnymi od siebie epokami tak jak i cała książka, sprawiająca wrażenie rozrachunku z romantyzmem, a jednocześnie opisująca idee pozytywistyczne.
 
Oprócz Wokulskiego na uwagę zasługują też Rzecki (wieczny romantyk, niezmienny bonapartysta), urocza pani Stawska ze swoją córeczką Helunią, zabawni studenci, wynalazca Ochocki, podrywacz Kazimierz Starski, dobroduszna prezesowa Zasławska oraz przezabawni studenci, z których żaden nie chodzi po pokoju nago (bo przecież jeden w majtkach, a drugi w koszuli!, których hobby to zrzucanie śledzi tudzież niezidentyfikowanych cieczy na baronową Krzeszowską.

Jest też oczywiście słynna Izabela Łęcka i, szczerze mówiąc, po tym czego się naczytałam w internecie, spodziewałam się, że będzie wredniejsza. Zawiodłam się, myślałam, serio myślałam, że będzie gorsza, a tu nawet sympatyczna się wydawała chwilami. Nie jej wina, że Wokulski był nieco… naiwny.

Denerwował mnie za to Żyd, Szuman. Na początku był sympatyczną, mądrą postacią, ale potem zmieniał zdanie co chwilę i wydawało się, jakby autor sam nie wiedział o co mu chodzi.

Akcja raz przyśpiesza, raz zwalnia, dlatego przyznaję, że chwilami czytało się ciężko. Sporo osób narzekało na rozdziały z perspektywy Rzeckiego, „Pamiętniki starego subiekta”, ale mnie one nie przeszkadzały. Szczerze mówiąc, były ciekawe, bo pokazywały tło historyczne wydarzeń.

Zakończenie jest… trochę rozczarowujące, szczerze mówiąc. Znaczy, lubię otwarte zakończenia, ale jakoś nie wiem, średnio mi tu pasowało.

„Lalka” to historia o miłości i rozczarowaniach. O różnych ludziach z różnych warstw społecznych i ich codziennych problemach. O nowej, przełomowej epoce.


Krótko mówiąc, była to jedna z lepszych lektur, ale raczej nie spodoba się tym, którzy nie lubią grubych książek, zwłaszcza nawiązujących do historii. Radzę nie podchodzić też do niej z nastawieniem takim, jak do typowej lektury, bo można się zniechęcić już na początku. 


Cytat:
"Szczęście każdy nosi w sobie"

Ocena: 8/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




wtorek, 28 stycznia 2014

[65] Błękitny Zamek


Recenzja wyjątkowo w środę, bo do soboty się nie wyrobiłam, a nie chciałam znowu nie dodać w tym tygodniu żadnej. Postaram się do kolejnej soboty uporać z "Silmarillionem" : )
Próbuję też zmienić kursor na mniejszy, ale jeszcze nie ogarnęłam, jak to zrobić :D



Tytuł:
Błękitny Zamek

Autorka: Lucy Maud Montgomery

Wydawnictwo: Egmont


Kiedy koleżanka pożyczyła mi „Błękitny Zamek” sama nie wiem, czego się spodziewałam po tej książce. Z pewnością ciepła i uroku, z którymi spotkałam się podczas lektury „Ani z Zielonego Wzgórza” tej samej autorki. Patrząc na opis wydawnictwa, można jednak odnieść wrażenie, że ta historia będzie raczej smutna, choć nie pozbawiona odrobiny nadziei – że będzie to opowieść o dziewczynie, która chce tylko jak najlepiej przeżyć resztę swego życia, odkąd dowiedziała się, że jest śmiertelnie chora.

Co tymczasem znalazłam w książce? Historię dziewczyny tłamszonej przez rodzinę, której dopiero świadomość bliskiej śmierci daje odwagę do zmiany swojego życia. Valancy Stirling ma 29 lat, nie ma żadnego adoratora, a bliscy już dawno przykleili jej łatkę „starej panny”, a jednak wciąż traktują ją jak dziecko. Niekochana, wiecznie pomijana Doss (jak nazywa główną bohaterkę rodzina) stanowi tylko tło dla swojej, wydawałoby się idealnej, kuzynki Olivii. Gdy dowiaduje się, że został jej najwyżej rok życia, postanawia zacząć sama decydować o sobie. Czy wrażliwa Valancy znajdzie miłość, o której marzy? Czy będzie potrafiła sprzeciwić się apodyktycznej matce oraz całej gromadzie ciotek i stryjów? Czy znajdzie Błękitny Zamek – miejsce ze swoich marzeń, które zawsze stanowiły dla niej jedyną ucieczkę od szarej, brzydkiej rzeczywistości?

Książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Styl Montgomery jest lekki, niesamowicie wdzięczny i przyjemny w odbiorze. Śliczne opisy i naturalne dialogi stanowią duży plus „Błękitnego Zamku”.

Chwilami miałam problem z główną bohaterką, zwłaszcza na początku. Irytowała mnie jej uległość wobec rodziny, choć mogę ej to wybaczyć – tak ją wychowano. Ale niektóre wspomnienia z dzieciństwa były średnio dobrane i wywoływały, przynajmniej u mnie, raczej inne uczucia niż zamierzała autorka. Śmieszyło mnie też trochę, gdy Valancy stanowczo oznajmia rodzinie, że nie pozwoli, by mówiono do niej „Doss”, a i tak nadal reaguje na to imię. Jej zachowanie naprawdę bywało idiotyczne. Cała reszta natomiast spisuje się świetnie. Ciotki i wujkowie są denerwujący, ale bardzo dobrze wykreowani, Barney Snaith ze swoją tajemniczą przeszłością i nonszalanckim stylem bycia wzbudza sympatię, a Ryczący Abel doskonale udowadnia, że stereotypy to tylko stereotypy.

„Błękitny Zamek” mówi o wolności. Takiej wewnętrznej wolności i swobodzie. Mówi w sposób prosty, ale mądry. Chwilami bardzo humorystyczny (ironiczne spojrzenie na całą rodzinkę Valancy).


Chociaż książka jest dość schematyczna  (wielu rzeczy można się szybko domyśleć), to ma w sobie pewien urok. Polecam tym, którzy chcą przyjemnie spędzić czas z ciepłą, sympatyczną lekturą. 


Cytat:
"Kto mógłby znieść życie, gdyby nie miał nadziei na śmierć?"

Ocena: 7/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo