Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2015

[98] Ziemia skuta lodem

Tytuł: Ziemia skuta lodem

Seria: Zwiadowcy #3

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 350


Zaciekawiona „Ruinami Gorlanu” i usatysfakcjonowana kontynuacją – „Płonącym Mostem” postanowiłam kontynuować przygodę ze słynnym cyklem Johna Flanagana, który zjednał mu tylu czytelników na całym świecie i sięgnęłam po trzecią część „Zwiadowców”. Jak „Ziemia skuta lodem” wypada na tle swych poprzedniczek?

Will i Evanlyn trafili do skandiańskiej niewoli. Zmierzają do obcej sobie krainy, nie wiedząc zupełnie, co ich czeka. W dodatku dziewczyna musi ukrywać swoje królewskie pochodzenie, by nie wpaść w jeszcze większe tarapaty. Czytelnik śledzi, jak ta dwójka młodych ludzi próbuje poradzić sobie w nowych, trudnych warunkach, jak gorączkowo szuka drogi ucieczki. Czy ją znajdzie?
Tymczasem Halt i Horace wyruszają we własną, równie pełną niebezpieczeństw podróż. Jej celem jest uratowanie Willa – przyjaciela Horace’a i ucznia Halta, do którego ten szczerze się przywiązał i którego poprzysiągł uratować. Jednak król uważa, że priorytetem działania Korpusu Zwiadowców jest coś innego…

Na początek minusy, których, na szczęście, jest bardzo mało. A właściwie tylko jeden. Niewiele mnie zaskoczyło. Historia przedstawiona przez Flanagana jest dość łatwa do przewidzenia i naprawdę nietrudno się w niej połapać. Nawet zakończenie wydaje się być zwyczajnie oczekiwane przez czytelnika, który chyba nie spodziewa się niczego innego.

A mimo wszystko, historia Willa i spółki nie nudzi i tutaj ujawnia się talent autora. Niby nic szczególnego, a jednak czyta się to z zainteresowaniem, coraz bardziej zżywając się z bohaterami. Nie wiem, czy to zasługa wartkiej akcji czy też lekkiego pióra Flanagana, ale „Zwiadowcy” z każdą częścią wciągają coraz bardziej, przygoda zaczyna nabierać tempa, a świat przedstawiony w serii staje się coraz bliższy.

Wspomniałam o bohaterach, bo też nie sposób ich nie docenić. Zwłaszcza, że, ku mojej wielkiej radości, niemal połowa książki skupia się na moim ulubieńcu – Halcie. Co prawda w towarzystwie Horace’a, którego lubię o wiele mniej, ale przy starym zwiadowcy wszyscy zyskują. Mniej było za to Willa, głównego bohatera, kosztem rozwoju Evanlyn i przede wszystkim skandyjskiego kapitana, Eraka. Ten okazał się być bohaterem niezwykle intrygującym i szybko zdobył moje czytelnicze serce. 

Wydaje mi się jednak, że każdemu poświęcono dokładnie tyle miejsca, ile było trzeba, nie mniej i nie więcej. Dzięki temu możemy poznać różne połączone z sobą historie i różne punkty widzenia. Stworzyć sobie pełniejszy obraz całej historii. To także pokazuje wyczucie autora.


Wyjątkowy klimat cyklu pozostał utrzymany. Przygoda z nutką elementów fantastycznych – idealna mieszanka dla młodego czytelnika (choć i dorośli narzekać nie powinni). Okraszona humorem, z barwnymi  postaciami, coraz bardziej „swojska” z każdym tomem.  Zdecydowanie warta polecenia.


Cytat:
"Jednak nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Najważniejsze, żeby wierzyć, nie poddawać się. Teg nauczył mnie Halt. Nigdy się nie poddawaj, bowiem kiedy pojawi się sposobność, musisz być gotów, żeby z niej skorzystać."

Ocena:  8/10

poniedziałek, 19 stycznia 2015

[94] Płonący Most

Tytuł: Płonący Most

Seria: Zwiadowcy #2

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 350


Dość długo zwlekałam z zabraniem się za „Zwiadowców”, a mój apetyt rósł podsycany pochwalnymi opiniami znajomych. Do „Ruin Gorlanu” podeszłam więc z nadzieją, ale taką rozsądną, gotowa jednak na ewentualne rozczarowanie. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie – pierwszy tom cyklu naprawdę mi się podobał i zdawał się być zapowiedzią wyjątkowej przygody. „Płonący Most” tylko potwierdził moje przypuszczenia.

W Królestwie Araluenu nadchodzi wojna. Oczywistym jest, że swój udział będzie miał także korpus Zwiadowców. Przygotowanie planów wojennych, zorientowanie się w poczynaniach największego wroga – Morgaratha oraz nawiązanie kontaktu z sojuszniczą Celtią to właśnie zadania dla Halta i spółki. Również młody Will wyrusza na wojenną misję – wraz ze swym przyjacielem Horacem oraz byłym uczniem Halta, Gilanem. Co (i kogo) spotkają po drodze i jakie znaczenie będzie miało to dla losów królestwa?

Nic więcej zdradzić Wam nie mogę, bo każda informacja byłaby tutaj niewybaczalnym spoilerem, a, uwierzcie mi na słowo, nie wypada spolerować tej książki, która w przeciwieństwie do swej poprzedniczki nie jest już aż tak przewidywalna ani schematyczna. Nie znaczy to, że jest bardzo oryginalna, ale z pewnością zmierzamy ku dobremu, że tak się wyrażę.

Wartką akcję czytelnik śledzi z prawdziwym zaciekawieniem, a odpowiednie proporcje dialogów i opisów sprawiają, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. W dodatku wszystkie te opisy są klarowne, a dialogi naturalne.

Zresztą, nic dziwnego w naturalnych dialogach, skoro i postacie coraz ładniej się rozwijają. Zwłaszcza Will, który zdecydowanie „nabrał życia”. Widać u niego więcej wątpliwości, więcej takich typowych błędów młodości. Bardzo dojrzał z kolei Horace, ale chyba nadal nie należy do moich ulubieńców. Morgarath jest coraz bardziej interesujący, Skandianie także mnie zaciekawili. Podobnie zresztą jak król Duncan. Ubolewam tylko, że w „Płonącym moście” mamy dość mało mojego ulubionego Halta.

Dużym plusem jest poprawa pod względem jakości korekty. Błędów jest znacznie mniej niż  w poprzedniej części, także wydawnictwo przyłożyło się trochę. Mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej.


„Płonący Most” to naprawdę niezła książka przygodowo-fantastyczna, a cała seria zaczyna mnie wciągać coraz bardziej, więc szczerze polecam Wam zapoznanie się ze „Zwiadowcami.” Gwarantuję Wam, że nudzić się nie będziecie. Przeczytacie za to historię o przyjaźni, odwadze, lojalności i wypełnianiu obowiązków. O strachu i przezwyciężaniu go. O tym, by wierzyć w siebie. 


Cytat:
"Brak wiary w siebie jest jak choroba. Jeśli stracisz panowanie nad nim, twoje wątpliwości staną się rzeczywistością."

Ocena: 9/10

czwartek, 4 grudnia 2014

[90] Ruiny Gorlanu

Tytuł: Ruiny Gorlanu

Seria: Zwiadowcy #1

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 320

Do przeczytania „Zwiadowców” zbierałam się naprawdę długo. Sporą zasługę w zainteresowaniu mnie tą serią miała Stella, nieustannie opowiadająca mi, jak świetne są te książki. Jednak wciąż pojawiało się na moim czytelniczym horyzoncie coś innego, co odwracało moją uwagę od słynnego cyklu Flanagana. W końcu jednak udało mi się zasiąść do czytania pierwszej części. Czy długo wyczekiwane spotkanie z lekturą okazało się ciekawe?

Głównym bohaterem jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca przy pałacu barona Aralda. Nadszedł dzień, w którym zapadną decyzje dotyczące przyszłości chłopaka. Mimo marzeń o nauce w Szkole Rycerskiej, główny bohater trafia do legendarnego, owianego tajemnicą korpusu zwiadowców, jako czeladnik mistrza Halta. Tam poznaje historię swego kraju (i nie tylko), uczy się bycia niezauważalnym i uważnego obserwowania, bierze udział a tajnej misji i przeżywa niezapomniane przygody.

Zacznę od tego, że „Zwiadowcy” zdają się być taką trochę mieszanką „Harry’ego Pottera” z „Władcą pierścieni”. Świat przedstawiony niby raczej podobny do tolkienowskiego, ale sama historia zdolnego chłopca – sieroty  przywodzi nieustannie na myśl sagę Rowling. Nie brzmi to pewnie zbyt zachęcająco i zapowiada dość schematyczną lekturę, prawda? Nic bardziej mylnego! Mimo pewnych schematów, podobieństwa są subtelne, czytelnik się nie nudzi, a klimat wydaje się być taki „swojski”. Akcja toczy się dość szybko i chociaż to pierwszy tom, więc sporo miejsca autor poświęcił na przedstawienie postaci i nakreślenie świata, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie ma miejsca na nudę. Ciekawie skonstruowana, choć nie najoryginalniejsza jak na razie fabuła, naprawdę wciąga. Świat powstały w wyobraźni Johna Flanagana intryguje.

Przejdę może do bohaterów. Will już  na wstępie zdobył moją sympatię. Jest inteligentny, zdolny i wrażliwy, ale zdarza mu się też popełniać błędy i zachować zwyczajnie głupio (bójka z Horacem), co sprawia, że nie jest postacią papierową. Z drugiej strony mamy Horace'a, u którego błędów jest jednak znacznie więcej, ale chłopak rozwija się i z pewnością nie należy do postaci negatywnych. 

Poznajemy też kilku innych przyjaciół Willa z sierocińca, z których każdy jest nieco inny, choć autor nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Nie było jednak chyba takiej potrzeby, ich wątki z pewnością zostaną rozwinięte w kolejnych częściach (jeśli się mylę, dajcie znać). Uśmiech na mojej twarzy wywoływali też Stary Bob czy wyrozumiały, wiecznie uśmiechnięty baron Arald. Moim ulubieńcem jednak został mrukliwy, posępny, zgryźliwy, zawsze opanowany Halt, o którym mogłabym mówić naprawdę w samych superlatywach. Nie uniknął on co prawda podobieństwa do bohaterów znanych z innych książek (głównie widzę w nim trochę Broma z „Eragona”), ale takich postaci nigdy dość.

Trochę gorzej wygląda sprawa wydania powieści. Naprawdę nie wiem, co porabia korekta w wydawnictwie „Jaguar”, ale chyba niekoniecznie to, co powinna. Błędów tutaj bez liku, a przypominam, że inne propozycje tego wydawnictwa dbałością o poprawność też nie grzeszyły (świetna seria „GONE” i nie najgorszy początek cyklu „Czarny Londyn”). Szkoda, że tak dobre książki pełne są usterek: interpunkcyjnych, językowych czy zwykłych literówek.


Krótko mówiąc, pierwszy tom „Zwiadowców” polecam. Mam wrażenie, że rozpoczęłam „Ruinami Gorlanu” jakąś niezapomnianą przygodę. Opowieść o przyjaźni,  odwadze i honorze, opowiedziana nietrudnym, ale dość interesującym językiem, mimo paru niedociągnięć wydawniczych i podobieństwa do innych książek, na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.


Cytat:
"Jeśli przezwyciężyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. Pochwałą możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób na to, by przysporzyć sobie wrogów. 

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






środa, 9 kwietnia 2014

[71] Sekretny układ

Recenzja wyjątkowo w środę, bo w sobotę nie było. Jednak wraca wszystko do normy i w tę sobotę powinna być kolejna. ; )

Tytuł: Sekretny układ

Seria: Czarny Londyn #2

Autorka: Caitlin Kittredge

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 432


Gdy sięgałam po „Sekretny układ” Caitlin Kittredge wiedziałam już mniej więcej czego się spodziewać, bo znałam przecież pierwszą część. Byłam pewna, że niewiele się zmieni i znów dostanę zwykłą przygotówkę, mieszankę kryminału z magią i średnio ciekawych bohaterów. Po cichu liczyłam, że nieco mniej będzie błędów. Pod tym ostatnim względem się co prawda przeliczyłam, ale ogółem powieść wypadła lepiej od swojej poprzedniczki.

Jack Winter i Pete Caldecott (która straciła pracę w policji po kontrowersyjnych metodach działania w pierwszym tomie) mieszkają razem, choć parą nie są (a przynajmniej tak twierdzą). Wspólnie za to pracują – zostali, można by powiedzieć, łowcami duchów. Wiedzie im się całkiem nieźle, aż nagle zaczyna się coś psuć. Po Jacka wraca jego przeszłość w postaci pewnego demona. Tajemnica sprzed trzynastu lat daje o sobie znać. Winter wie, że śmierć zbliża się wielkimi krokami, ale nie zamierza tego oznajmiać Pete. Ona jednak jest bystra i doskonale rozumie, że coś jest nie tak. Jak skończy się ta historia? Czy Jack przechytrzy przeznaczenie? Czy on i Pete w końcu przyznają sami przed sobą, co ich łączy?

W tym tomie autorka zrezygnowała praktycznie z wątków kryminalnych, zupełnie jakby doszła do wniosku, że jednak fantastyka i kryminał w jednym to za dużo. Myślę, że choć w poprzedniej części proporcje były wyważone, ta decyzja wyszła książce na dobre. Czytelnik może skupić się na magicznym świecie, Czerni, lepiej ją zrozumieć i poznać mechanizmy nią rządzące. Przyznam, że Czerń zaplanowana jest całkiem nieźle, a zamieszkujące ją istoty są dość różnorodne. Poznajemy kilku magów, demonów, bogiń, potworów. To wszystko wciąga, zwłaszcza w połączeniu z tajemnicą z przeszłości i próbą prześcignięcia samej śmierci.

Trochę lepiej wyszły także tutaj postacie. Jack stał się nieco bardziej wiarygodny (może dlatego, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o jego przeszłośći?). To na nim skupia się narracja, która w pierwszej części śledziła raczej głównie poczyniania Pete. Muszę przyznać, że to zmiana na lepsze. Albo Kittredge się wyrobiła, albo zwyczajnie lepiej wczuła się w tę postać. Podobało mi się pokrętne nieraz myślenie Jacka i jego troska o Pete, to, jak ją postrzegał.

Co prawda, to wszystko nadal jest tylko na średnim poziomie, ale całkiem nieźle się to czyta. Zupełnie przyzwoita rozrywka.

Brakowało mi trochę więcej humoru. Postać Setha, dawnego mentora Jacka, też mogła być bardziej dopracowana, bo rozumiem, że coś mogło między nimi zajść i teraz strasznie się od siebie różnią, ale zupełnie nie czuć, że kiedyś Seth był dla Jacka jakimś autorytetem. Nie wystarczy, że narrator o tym powie
.
Niestety, językowo nic się nie poprawiło. Błędów jest cała masa. Literówki, zwykłe błędy językowe. Krew mnie zalewa, gdy widzę coś takiego w porządnej książce. Czy naprawdę nikt w wydawnictwie nie może dopilnować korekty? Aż mi się nie chce tutaj przytaczać tych wszystkich pomyłek… „Nienawidził okazywać skruchę” – no błagam was, po jakiemu to?


Jeśli szukacie lekkiego czytadła i nie dostajecie białej gorączki na widok błędów – polecam. Jeśli szukacie czegoś ambitniejszego albo czegoś, co pochłonie was bez reszty – sięgnijcie po coś innego. : )


Cytat:
"Paciorki, karty tarota i świece służyły jedynie dowartościowaniu ludzi o marnych talentach, którzy dzięki nim wierzyli, że są zdolni do czegoś więcej, a także tym, którzy tego talentu nie mieli za grosz, ale uważali, że mogą się wpieprzać w nie swoje sprawy."

Ocena: 6/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






Książkę wygrałam w konkursie na Blasku Książek - dziękuję ; )

sobota, 22 marca 2014

[70] Ryzykowny układ

Tytuł: Ryzykowny układ

Seria: Czarny Londyn #1

Autorka: Caitlin Kittredge

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 391


Po ostatnich książkach, które, cóż, okazały się dość wymagające, przyszła pora na coś lekkiego. Coś z humorem i wartką akcją. Czy „Ryzykowny układ” spełnił swoje zadanie?

Pete Caldecott (co konsekwentnie czytałam jak Cadlecott i nie umiem inaczej) jest policjantką i, według opisu na okładce, kobietą twardo stąpającą po ziemi, mimo, że dwanaście lat wcześniej przydarzyło jej się coś dziwnego i przerażającego zarazem. Idol nastolatek, młody muzyk, Jack Winmter, chłopak siostry Pete, pokazał jej coś co wyglądało na magię. A później zginął. Teraz zupełnie przypadkiem znów wkrada się w życie głównej bohaterki. Pojawia się niespodzianie i całkowicie odmieniony. Pełen energii, zbuntowany młody chłopak, teraz jest cynicznym, zrezygnowanym, uzależnionym od narkotyków mężczyzną. Ale nadal jest w nim coś magicznego. Pomaga Pete w sprawie zaginionych dzieci. Kobieta nie wie jeszcze, w co się pakuje.

Czytałam do tej pory jedną książkę Caitllin Kitterdge, „Żelazny cierń”, debiut autorki. Pamiętam, że widać było, że nie radzi sobie ona jeszcze do końca z budowaniem fabuły i świata przedstawionego. Znaczy, było ok, ale świat magii był zbyt udziwniony. W „Ryzykownym układzie” dostajemy jej tyle ile trzeba, w odpowiednich proporcjach zmieszaną z kryminałem. Wszystko gra, jest logiczne i spójne.

Londyn w "Ryzykownym układzie" jest dusznym, mrocznym, ponurym miastem. Atmosfera jest coraz cięższa, jednak to wcale nie jest wada. Takie przedstawienie Londynu pasuje znakomicie do tej historii. Opisy zdecydowanie na plus. 

Oczekiwałam od tej książki wartkiej akcji i rzeczywiście ją dostałam. Wciąż coś się działo, nie nudziłam się ani przez chwilę. Zwłaszcza intrygowała mnie przeszłość Pete i Jacka, bo autorka nie wyjaśnia wszystkiego na początku, a powoli, powoli odkrywa dawne tajemnice. To świetne posunięcie.

Trochę słabiej było tutaj z postaciami. Zupełnie nie przejmowałam się ich losem, niby mieli coś tam charakterystycznego, ale nie aż tak, żeby na długo zapaść w pamięć. Chociaż ich relacje wyglądały naturalnie i dało się w nie uwierzyć, to sama kreacja bohaterów nie wyszła jakoś najlepiej. Pete świetnie znosi wszystko i mimo, że narrator wmawia nam, że główna bohaterka jest realistką, istnienie prawdziwej magii nie wydaje się na niej robić zbyt dużego wrażenia. Uzależniony niby od narkotyków Jack całkiem nieźle radzi sobie z nałogiem, w dodatku ten jego cynizm to chyba jakiś głęboko skrywany jest. 

Opis na okładce obiecywał mnóstwo ironicznego humoru. Nie było go jednak za wiele, chociaż chwilami faktycznie się uśmiechnęłam.

Co mi się jednak nie podobało najbardziej? Polskie tłumaczenie. Już nie wspominam nawet o literówkach (czy to widział ktoś od korekty?), przez które postać zmienia płeć w połowie zdania, ale tu są po prostu błędy stylistyczne. „Był garbaty i ubrany w używane ciuchy, zszytych w jasny płaszcz”. Dziwnych konstrukcji zdania jest tu sporo, a takie usterki są okropnie denerwujące. Na przykład MG raz jest młodszą, a raz starszą siostrą Pete. 


Podsumowując, dostałam kawałek całkiem niezłej rozrywki, która, mam nadzieję, poprawi się jeszcze w kolejnym tomie. Oby tylko było w nim mniej błędów. 


Cytat:
"Pete, czasem tak jest że nie możesz dostać tego, czego pragniesz, bez względu na to, jak kurczowo się tego uczepisz. To koniec."

Ocena: 6/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





Książkę wygrałam w konkursie na Blasku Książek - dziękuję ; )

poniedziałek, 16 września 2013

[48] GONE. Faza szósta: Światło

Wybaczcie kolejne dwudniowe opóźnienie. Byłam chora i nie chciało mi się kompletnie nic. 


Tytuł: Faza szósta: Światło

Autor: Michael Grant

Wydawnictwo: Jaguar


Seria „GONE: Zniknęli” z całą pewnością jest jedną z ciekawszych i oryginalniejszych. Mnie osobiście historia nastolatków i dzieci uwięzionych pod dziwną kopułą, odciętych od świata i zmuszonych, by przetrwać w dziwnych, paranormalnych, ekstremalnie trudnych warunkach, wciągnęła już na samym początku. Miała oczywiście swoje gorsze (część czwarta) i lepsze (część piąta) chwile, ale przez cały czas jej autor, Michael Grant, utrzymywał naprawdę wysoki poziom. Nareszcie w moje ręce wpadła długo wyczekiwana Faza szósta, Światło  - godne zwieńczenie tego fantastycznego cyklu.

Sam i Caine muszą zjednoczyć siły(naprawdę przyjemnie jest patrzeć, jak współpracują), by ocalić tych, na którym im zależy. Czy im się uda? Cała społeczność ETAP-u jest zagrożona, bo Gaia, kosmiczny potwór w ciele dziewczynki, rośnie w siłę. Jej ludzka matka, Diana, jest rozdarta pomiędzy instynktem macierzyńskim, a świadomością, iż jej dziecko tak naprawdę wcale dzieckiem nie jest. Co w tej sytuacji zrobi młoda matka? Edilio przejmuje pełną władzę, a wraz z nią wszystkie problemy rządzącego. Czy zdoła sobie z nimi poradzić? Jak potoczą się dalej losy Astrid, Lany, Quinna, Sanjita i Alberta oraz reszty dzieciaków z Perdido Beach? Czy bariera w końcu opadnie? A jeśli opadnie, jako kto wyjdą na zewnątrz mieszkańcy ETAP-u? Przecież nikt z nich nie jest już tym, kim  był na początku tej historii.

Michael Grant doskonale gra na emocjach czytelnika. Zakończenie „GONE” jest dopracowane w najmniejszych szczegółach, jest dokładnie takie, jakie powinno być, idealne.

Czytając tą część, cały czas miałam przed oczami „Fazę pierwszą”. Bo w finale mnóstwo podsumowań, refleksji. I widać wyraźnie, jak długą drogę przeszły te postacie. Byliśmy z nimi przez sześć książek. Przeżywaliśmy  razem z nimi ich wzloty i upadki, obserwowaliśmy pierwsze miłości, byliśmy świadkami, analizującymi dokładnie ich relacje. Wściekaliśmy się na nich, podziwialiśmy ich. A teraz możemy zobaczyć, jak wkraczają w niby znany, a jednak zupełnie nowy świat. Jako zupełnie inni ludzie.

Akcja toczy się wartko, ale nie pędzi chyba aż tak, jak w poprzednich częściach. Można się odrobinkę zatrzymać. To dobrze, bo i takie momenty powinny być.

Wiecie, gdy czyta się serię, która ma te kilka t
omów, to jakoś tak się z nią człowiek zżywa. I smutno się robi, że to już koniec. Jakaś taka pustka, nie? Ale mimo to, a może właśnie dzięki temu, uwielbiam takie historie.

Według mnie „Światło” jest najlepszą częścią cyklu. Więc, jeśli ktoś się waha chwilami czy czytać „GONE” dalej, to niech za żadne skarby świata nie przestaje i niech dotrwa do końca!

Strasznie mnie tylko wkurzają te wszystkie błędy redakcyjne, zlepione dialogi itp. Naprawdę wydawnictwo mogłoby się odrobinę bardziej przyłożyć. No i denerwuje mnie… okładka. Serio, nie było innych pomysłów? Tylko jacyś ludzie, którzy są niewiadomo kim, bo nigdy nie mogę ich wszystkich zidentyfikować…


Oczywiście polecam. Całą serię.


Cytat:
"Zakończenie to najlepsza część każdej historii."

Ocena: 10/10

sobota, 13 lipca 2013

[41] Nevermore: Kruk

Tytuł: Kruk

Seria: Nevermore #1

Autorka: Kelly Creagh

Wydawnictwo: Jaguar


Ja, unikająca niby paranormali, sięgnęłam po kolejny z nich. Zachęciło mnie do tego to, że ostatnia seria z tego gatunku (tj. „Drżenie” i jego kontynuacje) wypadła naprawdę super, a poza tym wszyscy polecacie „Nevermore”. Cóż, „Drżenie” było lepsze, ale i powieść Kelly Creagh też ma coś w sobie.

Fabuła oparta jest na dość znanym schemacie, ale jednak odrobinkę przerobionym. Mamy popularną dziewczynę (super czirliderka itd.) oraz szkolnego outsidera. Zmuszeni razem pracować nad projektem z języka angielskiego coraz lepiej się poznają. Isobel okazuje się być bystrą, zabawną i odważną dziewczyną, a Varen, posępny got, wrażliwym chłopakiem o bujnej wyobraźni. Właśnie ta wyobraźnia będzie stanowić problem dla bohaterów. Okazuje się bowiem, że ma ona niezwykłą moc. A istoty ze świata snów wcale nie zamierzają w nim pozostać… Czy Isobel uda się ocalić Varena przed potworami stworzonymi przez jego własny umysł? Jaką tajemnicę skrywał Edgar Alan Poe? A co ze szkołą i innymi elementami normalnej codzienności?

Zacznę od tego, co mi się nie podobało, żeby przejść do przyjemniejszych rzeczy. Historia chwilami mnie nudziła. Akcja odrobinkę się wlecze, zwłaszcza w pierwszej połowie powieści. Potem z kolei widać w tej fabule lekki chaos. Czytelnik nie do końca orientuje się o co właściwie chodzi. To pewnie zamierzony zabieg, ale średnio udany. Po drugie mam problem z niektórymi zachowaniami bohaterów. Po prostu Isobel wydaje mi się za mądra na chodzenie z Bradem przez długi czas (zachowanie w lodziarni pokazuje jaki z niego dupek, a dziewczyna wiedziała przecież o tym wcześniej).

Cała reszta wypada naprawdę nieźle. Postacie są ciekawe i różnią się od siebie. Polubiłam zarówno Isobel, jak i Varena. Chyba zwłaszcza Varena – jest… intrygujący. Oprócz tego rodziny obojga bohaterów wypadają naturalnie. Ale moim ulubieńcem pozostanie Reynolds. Tak naprawdę nie wiadomo kim on właściwie jest. Ma mnóstwo tajemnic, nie znamy jego motywów, nie wiemy po której jest stronie. Ale gość ma klasę.

Wplecenie w paranormal romance wątków z twórczości Poego było posunięciem dość ryzykownym, ale wydaje mi się, że udanym. Na pewno zachęciło mnie do sięgnięcia po książki tegoż autora (dotychczas czytałam tylko jakieś jedno jego opowiadanie i niezbyt mi się podobało).

Oprócz tego wszystkiego spodobało mi się, że pomimo całej sprawy związanej z magią itp. Isobel wciąż została zwykłą nastolatką, martwiącą się o paczkę kolegów i koleżanek (nie przypadło mi do gustu ciągłę nazywanie ich przez autorkę „ekipą”, ale mniejsza z tym) i ocenę z wypracowania. Mimo, ze się zmieniła, ta dziewczyna wciąż jednak pozostała sobą.

Zakończenie sprawia, że mam ochotę czym prędzej sięgnąć po kolejną część, ale osoby, które od grudnia przetrzymują tę książkę wypożyczoną z biblioteki skutecznie mi to na razie uniemożliwiają. Ech…


Jeszcze słówko o okładce: rewelacyjna : )  Pomijając fakt, że kruki nadal kojarzą mi się z Damonem z „Pamiętników wampirów”…


Cytat:
"Nie ma nic z wyjątkiem cierpienia i żalu, gdy myślimy o rzeczach i ludziach, których nie możemy mieć, o możliwościach, których nigdy nie zyskamy"

Ocena: 6/10


Przepraszam, że tak długo mnie tu nie było i w rezultacie nie dodałam jeszcze żadnej recenzji. Miałam być na obozie tydzień, a zostałam na dwa. Ten obóz jest kompletnie odcięty od świata (czyt. zasięg jest cudem), więc o odwiedzeniu bloga nie było mowy. W rezultacie jakoś pod koniec mieisąca będzie podsumowanie poprzedniego xD Cóż, bywa ;)

sobota, 13 kwietnia 2013

[31] GONE. Faza piąta: Ciemność

Tytuł: Faza piąta: Ciemność
Seria: GONE: Zniknęli #5

Autor: Michael Grant

Wydawnictwo: Jaguar


Ponieważ czwarta część „GONE” wydała mi się gorsza od swoich poprzedniczek, po kolejną sięgnęłam nie bez obaw. Bałam się, że jakość spadnie jeszcze bardziej, w dodatku moja koleżanka (co jak co ale książki czyta fajne^^) mówiła, że się na niej rozczarowała.

Otworzyłam książkę i… wpadłam. Wpadłam w nią zupełnie. Pochłonęłam ją w dwa dni i z ulgą stwierdziłam, że wypada bardzo dobrze.

Michael Grant zadziwia mnie coraz to nowszymi pomysłami. I choć jak dla mnie cała ta dziwna akcja z potworem gaiaphage jest tylko dodatkiem do całej serii (może i jestem dziwna, bo to raczej ważny wątek) to zastanawiałam się co autor może jeszcze wymyślić. Czy się nie wypali? Czy kolejne „dziwności” w ETAP-ie nie będą naciągane? Nic z tych rzeczy. Grant wciąż wymyśla i wszystko ma swój sens. A nawet zaczyna się wyjaśniać. No, odrobinę.

Nie będę pisała zbyt wiele o fabule. Ci, którzy czytali poprzednie części/ich recenzje są już odrobinkę zorientowani, pozostałym powinno wystarczyć, że akcja powieści dzieje się w ETAP-ie, obszarze otoczonym dziwną barierą, stworzonym przez autystycznego pięciolatka Pete’a. Z tego obszaru w dniu jego oddzielenia od reszty świata zginęli wszyscy powyżej czternastego roku życia. U niektórych pozostałych rozwijają się nadnaturalne zdolności. A głęboko pod ziemią ukrywa się… radioaktywnożerny  (o! wynalazłam nowe słowo xD) potwór, opętujący ludzkie umysły. Nastolatkowie walczą o władzę, ktoś musi rządzić młodszymi dziećmi i je wykarmić. Trzeba pracować i przetrwać. Trzeba panować nad nowymi zdolnościami. Trzeba się zacząć w końcu dogadywać między sobą. I poradzić sobie z nowymi problemami.

Tych w tej części mamy znowu sporo. Bariera zaczyna ciemnieć, nikt nie wie, co się z nią dzieje. Rozejm między Samem i jego ludźmi nad jeziorem, a jego bratem Cainem, stojącym na czele dzieciaków z Perdido Beach jest bardzo kruchy. Na wolności grasują psychopatyczny Drake i szalona Penny. Niedługo może zabraknąć prądu. Diana spodziewa się dziecka, ale ciąża nie rozwija się normalnie. W dodatku, choć tego mieszkańcy ETAP-u nie wiedzą, rząd planuje wysadzić kopułę.

Akcja gna więc do przodu, zapierając dech w piersiach i nie pozwalając czytelnikowi przerwać lektury. Ułatwiają ją zaś odpowiednio wyważone proporcje między dialogami i opisami oraz prosty, ale nie prymitywny język.

Postacie nadal się rozwijają, widzimy już znaczne zmiany, które zaszły w bohaterach od pierwszej części. Zmienił się układ sił w ETAP-ie. Jedni zdradzają sojuszników, inni dostają lekcję pokory. To już nie są te same dzieci, które dawniej siedziały w szkolnych ławkach. I zdaje się, że nigdy nimi ponownie nie będą.

Znów czuć poważną problematykę serii, czego tak zabrakło mi w części czwartej. Społeczeństwo budowane od podstaw i jego problemy. Władza z jej wszystkimi blaskami i cieniami. Podział ról. I mimo woli człowiek zaczyna się zastanawiać, co stałoby się, gdyby znalazł się na miejscu bohaterów książek Granta. Kto z jego znajomych jaką funkcję by pełnił. Czy potrafilibyśmy wykazać się tymi cechami, którymi wykazali się mieszkańcy ETAP-u? Czy potrafilibyśmy uniknąć ich błędów?

Zakończenie jest mistrzowskie i wzbudza silne emocje. 

Jedyne, co mi w tej książce przeszkadzało to błędy wydawnicze, a właściwie jeden, ale dość spory. Autor skacze z narracją wokół różnych bohaterów, a w większości przypadków nie zostało to wyodrębnione graficznie. Takie niedopatrzenie wprowadza dezorientację czytelnika.

Nie mogę się doczekać kolejnego, ostatniego już tomu jednej z najlepszych serii młodzieżowych jakie czytałam.

Cytat: 
"Nie wolno się bać. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie"

Ocena: 9/10

sobota, 23 lutego 2013

[25] Żelazny Cierń

Tytuł: Żelazny Cierń
Seria: Żelazny kodeks #1

Autorka: Caitlin Kittredge

Wydawnictwo: Jaguar


„Żelazny cierń” to książka, której akcja dzieje się w dość dziwnym mieście. Lovercraft pełne jest bowiem zakładów dla obłąkanych, gdzie trzymane są osoby zarażone nekrowirusem, przyczyną szaleństwa i zmieniania ludzi w okropne istoty. Matka szesnastoletniej Aoife jest w jednym z takich zakładów (a po trochu przebywała już w każdym z nich). Dziewczyna wie, że i ona ma w swojej krwi nekrowirusa, że i ona utraci zmysły w dniu szesnastych urodzin, podobnie jak jej brat. Nekrowirus jest w jej rodzinie dziedziczny.

Aoife boi się więc swoich szesnastych urodzin. Jest utrzymanką miasta. Udało jej się zostać studentką Szkoły Maszyn w Akademii Lovercraft, a już niedługo może trafić do zakładu matki. Pewnego dnia nastolatka dostaje zaszyfrowany list od swojego brata, Condrada. Nie wierzy, że chłopak popadł w obłęd, jest pewna, że potrzebuje jej pomocy. Wspólnie z najlepszym przyjacielem, Calem, wyrusza w podróż ku posiadłości ojca, którego nigdy nie znała.

Czy strzegący miasta Nadzorcy mają rację? Czym tak naprawdę jest nekrowirus? Skąd biorą się dzieżby i ghule? Kim są Życzliwi, których najwyraźniej coś łączyło z ojcem głównej bohaterki? Kim jest Dean, poznany w trakcie podróży przewodnik? Jakie sekrety skrywa Cal?

Pierwszą rzeczą, która drażniła mnie w „Żelaznym cierniu” jest… imię głównej bohaterki. Nie mam zielonego pojęcia, jak to się wymawia, a mój mózg uparcie przekształcał je na „Aofie”. Dobra, a teraz spróbuję napisać coś sensownego na temat tej powieści.

Podoba mi się świat wykreowany przez autorkę. Znaczy, nie chciałabym w nim mieszkać czy coś (nigdy w życiu!), ale jest dość interesujący. Antyutopijny. Rządy tyrana, Maszyna dostarczająca pary jako serce miasta, kult Wielkiego Budowniczego. Technologia ponad wszystko. Wyobraźnia jest wręcz zakazana, a za czytanie „Alicji w krainie czarów” można trafić do Katakumb. Wszyscy, którzy są przeciwko reżimowi nazywani są heretykami i spotykają ich okrutne kary.

Gorzej sprawa ma się z magicznymi krainami. Elfy, czyli Życzliwi są… dziwne. Ale podejrzewam, że niewielu ludzi będzie miało z tym problem, po prostu jak dla mnie są zbyt wybuchowi. Jakiekolwiek nie byłyby elfy (nawet jeśli nazwie się je Życzliwymi) ja zawsze wyobrażam je sobie jako istoty do granic możliwości opanowane. Okrutne? Owszem. Podstępne? Zapewne. Wybuchowe? Nie.

Fabuła jest dość ciekawa. Akcja toczy się w miarę wartko, jednak niektóre momenty są odrobinkę zbyt rozciągnięte. W opisach niektórych wydarzeń się gubiłam. Nadal nie wiem, jak właściwie Aoife przedostawała się do świata Życzliwych. Nie rozumiem też wątku zaklętych królowych, ale być może wyjaśni się to w kolejnych tomach.

Oprócz tego denerwowało mnie nazywanie magii „Dziwnością”. Pewnie miałao być oryginalnie, ale zdanie „Moja dziwność się przebudziła” moim zdaniem brzmi co najmniej idiotycznie.

Rezydencja pana Graysona (ojca Aoife) jest fantastyczna. Ten dom ma po prostu duszę. I żelazne kości.

Aoife jest dosć ciekawą postacią. To pyskata, uparta dziewczyna i choć nie należy raczej do moich ulubionych postaci literackich, to coś tam w sobie ma. Podoba mi się walka, tocząca się w jej wnętrzu. Uwierzenie w magię jest dla niej trudne, bo przecież od lat wmawia jej się, że to oznaka obłędu, a czary nie istnieją. Podoba mi się, jak dziewczyna kurczowo trzyma się liczb, mechaniki i matematyki jako czegoś stabilnego i niezmiennego. Chyba zacznę inaczej patrzeć na ten niezbyt lubiany przeze mnie przedmiot. Znalazłam motywację do matematyki ;D

Pozostałe postacie są również całkiem udane. No, oprócz Cala. Nie lubię go. Nawet w końcówce nie zdobył mojej sympatii. Z kolei uwielbiam Deana. Wiem, wiem, takich postaci jest w książkach pełno, ale osobiście mam słabość do takowych typów. Wątek romantyczny między nim, a Aoife naprawdę mi się spodobał. No i warto wspomnieć o sympatycznej Bethinie. I tajemniczym Archibaldzie Graysonie przemawiającym przez karty swojego pamiętnika, co skojarzyło mi się z Tomem Riddlem w drugiej części „Harry’ego Pottera”.

„Żelazny cierń” to dość ciekawa książka dla młodzieży. Świat ciekawie przedstawiony, bardzo dobre opisy emocji i ładnie nakreślone postacie. Polecam.


Cytat:
"Wariat to jedynie określenie nadawane ludziom, którzy nie chcą wieść życia nudnego jak szara flanela"

Ocena: 6/10

sobota, 2 lutego 2013

[22] GONE. Faza czwarta: Plaga.

Tytuł: Faza czwarta: Plaga

Seria: GONE: Zniknęli # 4

Autor: Michael Grant

Wydawnictwo: Jaguar



To już moje czwarte spotkanie z Samem, Astrid, Ediliem i resztą dzieciaków z ETAPu – otoczonego nadnaturalną barierą terytorium wokół elektrowni, z którego zniknęli wszyscy powyżej piętnastego roku życia. Młodsi muszą radzić sobie sami.

Sytuacja w ETAPie nie wygląda dobrze.  Epidemia morderczej grypy zbiera swoje śmiercionośne żniwo, demon ucieka z więzienia, mały Pete, najpotężniejsza istota w tym świecie,  przeżywa trudne chwile, olbrzymie insekty… Brrr. O nich nawet nie chcę się rozpisywać.

Pod wieloma względami jest podobnie do poprzednich części i naprawdę nie wiem, co by tu jeszcze napisać. Dużo, dużo akcji. Jak zwykle. Rozwijające się postacie. Jak zwykle. I historia rodzącego się z chaosu społeczeństwa. Jak zwykle. A nie, chwila. To nie ta część.

Poziom tej serii spadł. Poprzednie trzy części są rewelacyjne, bo to coś więcej niż zwykła przygotówka. To było zagłębienie się w psychikę pozostawionych samym sobie nastolatków. Opowieść o walce o władzę i o odpowiedzialności, która się z tą władzą wiąże. Czwarta część podtrzymuje temat, ale już go nie zgłębia. Nie ma w niej żadnych nowych wniosków.

Końcówka jest świetna. To muszę przyznać. Cała przemowa Caina i tak dalej. Rewelacja. Takie fragmenty aż chce się czytać.

Ale poza tym wszystkiego jest za dużo i jednocześnie za mało, nawet nie wiem, jak to opisać. Po pierwsze zabrakło mi jakichkolwiek informacji o przedszkolu. Wiem, że Mary już nie ma, ale ktoś przecież musiał przejąć opiekę nad niemowlętami, prawda? Może i się czepiam, ale według mnie to poważne niedopatrzenie, bo w pierwszych trzech książkach na przedszkolu skupiały się spore fragmenty.

Poza tym irytuje mnie to, że bohaterowie wciąż podejmują te same błędy. Wiem, są młodzi, naiwni itd., ale to, co przeżyli powinno ich chyba czegoś nauczyć, czyż nie? Jedyną osobą, która wyciąga z czegoś jakieś wnioski wydaje się być Sam (wybaczcie, ale nadal go uwielbiam). 

Nie znaczy to, że „Plaga” mi się nie podobała, co to to nie. To świetna książka, naprawdę wciągająca. I kocham te postacie. Moim nowym ulubieńcem został Sanjit. Ten chłopak jest tak optymistyczny, a jego teksty na podryw tak rozwalające, że niemal każda scena z jego udziałem wywołuje uśmiech na twarzy.

Po prostu myślę, że było tu kilka słabszych fragmentów, czegoś zabrakło. Ale wciąż nie mogę się doczekać kolejnej powieści z tego cyklu.

Mam nadzieję, że w „Fazie piątej” autor wróci do dawnej formy.

Polecam, polecam, polecam. Mimo wszystko.


Cytat:
"Dobro i zło nie pochodzą od Boga. Są w nas. Dobrze o tym wiemy. Nawet kiedy Bóg pojawia się tuż przed nami i mówi nam wprost, że mamy zabijać, to wciąż jest złe. "

Ocena: 7/10

Recenzja krótka, ale nie będę się wciąż powtarzać, prawda? 

Jakoś w poniedziałek pojawi się podsumowanie miesiąca. Pozdrawiam : )




sobota, 19 stycznia 2013

[20] GONE. Faza druga: Głód i Faza trzecia: Kłamstwa

Tytuł:  Faza druga: Głód i Faza trzecia: Kłamstwa

Seria: GONE: Zniknęli # 3 i #4

Autor: Michael Grant

Wydawnictwo: Jaguar



Drugą i trzecią część serii GONE przeczytałam jedną za drugą i recenzuję je razem, bo… bo nie chce mi się ich rozdzielać  (ach, cóż za argument xD).  Poza tym niektóre sceny aż mi się mieszają.

Pod koniec „Fazy pierwszej” w Perdido Beach dopiero co skończyła się wojna. Ciągły strach panował nad dzieciakami pod kopułą ETAPu, gdzie, przypomnę, wszyscy dorośli i młodzież powyżej 15 lat zniknęli.

Druga część rozpoczyna się trzy miesiące później. Sytuacja wydaje się spokojniejsza. Sam jest burmistrzem, Edilio panuje nad wojskiem, Astrid to prawa ręka Sama, Mary dowodzi w przedszkolu. Lana mieszka w hotelu, zmęczona biegającymi za nią dzieciakami.  A Albert wciąż próbuje zarobić.

Pojawiają się jednak problemy. Najważniejszy z nich to głód. Słodycze i przekąski dawno się skończyły, podobnie jak większość zasobów McDonalda. Jest coraz gorzej. Zdesperowani mieszkańcy ETAPu zaczynają mordować własne zwierzęta, by zdobyć mięso. Nikt nie chce pracować. Przyszłość rysuje się raczej w czarnych barwach.

Nastrój głodujących jest coraz gorszy. Następuje rozłam społeczności na „odmieńców” (ludzi z mocą) i „normalnych”.  Konflikty przybierają na sile.

Dodatkowa groza to Cane i przede wszystkim Drake, czający się w pobliżu, czyhający, by uderzyć. No i potwór ze sztolni, Gaiaphage, pragnący zniszczyć ludzkość. Nie można też zapomnieć o zmutowanych zwierzętach.

Sam obarczony zbyt dużą odpowiedzialnością zaczyna się załamywać.

W trzeciej części początkowo znów nie jest źle. Głód wydaje się opanowany, system walutowy Alberta się sprawdza, Drake pozornie pokonany. Miastem rządzi Rada.

Ale Ekipa Ludzi zaczyna atakować „odmieńców”.  Wyłączony prąd utrudnia codzienne życie.  Pokonany Gaiaphage wciąż tkwi w umyśle Lany. Ci którzy mieli zginąć, nie są martwi. Pierwsza para ETAPu (Sam i Astrid) przeżywa kryzys. Pojawienie się Prorokini miesza ludziom w głowach. Mały Pete zaczyna przegrywać w swoją grę, która okazuje się mieć znaczenie. A gdzieś na wyspie piątka dzieciaków próbuje dostać się na stały ląd.

Autor utrzymuje poziom z pierwszej części, nieznacznie chyba nawet go podnosząc. Dynamiczna narracja z różnych punktów widzenia nie pozwala się nudzić. Ciągłe zwroty akcji trzymają czytelnika w napięciu. Opisy są plastyczne, dialogi naturalne.

No i fajnie, że dowiedzieliśmy się chociaż odrobinkę o tym, co dzieje się poza barierą.

Postacie rozwijają się, ich grono jest coraz większe. Z „nowych” najbardziej polubiłam dzieciaki z wyspy, Sanjita i spółkę, a najmniej Zila, podburzającego ludzi. Quinn przestał mnie irytować, Sama i Astrid nadal uwielbiam, Drake’a się boję, a Cane i Diana zaczynają zyskiwać moją sympatię. Ok, sympatia to może złe słowo, ale oni nie są źli do szpiku kości, jeżeli wciąż potrafią kochać. Intryguje mnie też mały Pete.

Problematyka wciąż ta sama, choć coraz szersza. Jak rządzić? Jak znaleźć równowagę pomiędzy ustalaniem praw, a egzekwowaniem ich? Jak mieć wszystko pod kontrolą, jednocześnie nie stając się tyranem? I czego potrzebuje społeczeństwo, by sprawnie funkcjonować?

Bo to właśnie zwraca moją największą uwagę w „GONE”. Nie groza i potwory, nie samo powstanie ETAPu, tylko rada miasta i jej problemy. Sam, przywódca, na którego głowę te wszystkie problemy spadają. Człowiek, któremu dano całą władzę, a potem zabroniono mu robić czegokolwiek. Kłamstwa dla dobra ogółu, które jednak do niczego nie prowadzą.

Serię czyta się coraz lepiej i już nie mogę się doczekać, aż zacznę czwartą część. Niestety, najpierw czeka mnie lektura szkolna  : /


Cytat:
"Ale kiedy rzeczywistość była beznadziejna, fantazja stawała się niemal niezbędna"

Ocena: 9/10



niedziela, 16 grudnia 2012

[17] GONE. Faza pierwsza: Niepokój

Tytuł: Faza pierwsza: Niepokój

Seria: GONE: Zniknęli #1


Autor: Michael Grant

Wydawnictwo: Jaguar



Po „Gone” sięgnęłam zachęcona pochlebnymi recenzjami, na które natrafiłam w Internecie. I… Dziękuję wszystkim, którzy te recenzje pisali. Dzięki Wam poznałam kolejną świetną serię. 

Opowiada ona o obszarze oddzielonym od świata dziwną barierą. Obszarze, z którego pewnego dnia znikają wszyscy powyżej piętnastego roku życia. Zostają dzieci i muszą jakoś żyć dalej. Ten obszar to ETAP – Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. W jego centrum znajduje się stara elektrownia. To prawdopodobnie tam wszystko się zaczęło...

Życie w ETAPie nie jest proste. Nastolatki nie są przygotowane do samodzielnego życia. A trzeba coś jeść, pić, opiekować się maluchami i poradzić sobie z tęsknotą za bliskimi. Najlepiej byłoby też odkryć, co spowodowało zniknięcie wszystkich dorosłych. Chaos jest wszechobecny. Pozbawieni nadzoru chuligani szybko dają się we znaki pozostałym mieszkańcom miasteczka Perdido Beach. Nikt nad tym wszystkim nie panuje. W dodatku mają miejsce dziwne mutacje – zarówno u ludzi jak i u zwierząt. Pojawiają się latające węże i mówiące kojoty, a niektóre dzieciaki zyskują dodatkowe moce – panowanie nad grawitacją, niewidzialność, teleportacja, strzelanie ogniem z dłoni itp. Do tego wszystkiego nad mieszkańcami ETAPu wisi niepokój, że w dniu swoich piętnastych urodzin oni również znikną. 

Sam Temple, główny bohater, ma już prawie piętnaście lat. To skromny, inteligentny chłopak, posiadający spore zdolności przywódcze. Dzięki bohaterskiej akcji i zachowaniu zimnej krwi, pozostałe dzieci darzą go zaufaniem. Choć niechętnie, chłopak zaczyna czuć się odpowiedzialny za ich los. Jednak zaprowadzić porządek w tej dziwnej nowej rzeczywistości nie jest łatwo, a już z pewnością nie ułatwiają tego uczniowie Coates Academy – szkoły dla trudnej młodzieży, którzy szybko zdobywają władzę w mieście. Ich rządy są bezlitosne. 

W „Gone” występuje mnóstwo bohaterów. Polubiłam zwłaszcza Sama oraz Genialną Astrid o nieprzeciętnej inteligencji i ogromnych pokładach cierpliwości w stosunku do jej pięcioletniego, cierpiącego na autyzm braciszka, Pete’a. Ten chłopiec o silnych zdolnościach teleportacyjnych wydaje się być w jakiś dziwny sposób powiązany z ETAPem. 

Sympatię wzbudzają także Edilio oraz Lana, która jest typem samotniczki, a jej najlepszy towarzysz to pies Patrick.  Na podziw zasługuje też moi m zdaniem Mary, opiekująca się przedszkolem. Nie cierpię za to Quina, najlepszego przyjaciela Sama z czasów przed ETAPem. Irytował mnie jak nikt inny, nawet okrutni Caine i Drake, złośliwa Diana oraz cała reszta bandy z Coates czy osiłek Orc i podlizujący mu się Howard, bo oni byli po prostu przedstawieni jako ci źli, podczas gdy autor chyba stara się, byśmy kibicowali Quinowi, pomimo że popełnia on tyle głupot i potrafi zdradzić przyjaciół. Ogólnie postacie są świetnie wykreowane, każdy jest zupełnie inny. Historię poznajemy z różnych punktów widzenia, co jest interesującym zabiegiem. 

Język Michaela Granta jest prosty, ale nie prymitywny. Akcja jest wartka, przynajmniej w drugiej połowie książki. Przez pierwsze sto stron powieść zapowiada się średnio, ale radzę się nie zniechęcać  - dalej jest coraz lepiej. Problematyka dość interesująca. Jak samodzielne mogą być dzieci? Jak zachowują się ludzie wobec siebie, gdy przychodzi im walczyć o przetrwanie? Jak zapanować nad społeczeństwem kompletnie nieprzystosowanym do życia bez dorosłych? Jak odnaleźć się w nowych warunkach i sytuacji?

Jak chyba w każdej książce młodzieżowej, tak również w „Gone” występuje wątek romantyczny. Jest on jednak przedstawiony w sposób naturalny i, co ważne, nie wysuwa się na pierwszy plan. 

Z przodu książki mamy dwie mapki: Perdido Beach oraz całego Etapu. Bywają przydatne. Okładka... no cóż, nie najwyższych lotów, według mnie - nie lubię ludzi na okładkach. 

Krótko mówiąc – „Gone. Faza pierwsza: niepokój” to świetna książka dla wielbicieli opowieści z dużą ilością akcji i bohaterów. I nie tylko dla nich. Polecam wszystkim.


Cytat:
"Świat jest taki, jakim go uczynimy. Ale myślę też, że czasami możemy prosić Boga o pomoc, a On pomoże. Czasami mi się wydaje, że siada i mówi: "Jejku, co te głupki teraz wyprawiają, chyba lepiej trochę im pomóc"

Ocena: 8/10

Przepraszam za to małe, jednodniowe opóźnienie. I za brak Top 10 w tym tygodniu. Powód? Nauczyciele chyba zauważyli, że nie ma z czego wystawiać ocen semestralnych i w szkole nawał sprawdzianów. Poza tym... ogarnęło mnie już przedświąteczne lenistwo : )

Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo