Harry Potter Broom -->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2015

[100] Przemiana

Tytuł: Przemiana

Autorka: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 544


Po Bez mojej zgody i Kruchej jak lód miałam już pewne wyobrażenie co do twórczości Jodi Picoult, bo obie książki, choć każda interesująca na swój własny sposób, miały sporo elementów wspólnych – chore dziecko, matkę, usiłującą je uratować za wszelką cenę, niełatwe dylematy moralne, pięknie ukazane relacje rodzinne, rozbudowane wątki postaci drugoplanowych, których losy splatają się z dziejami głównych bohaterów. Byłam więc przekonana, że wiem, czego mogę spodziewać się po Przemianie. Czy moje przewidywania okazały się trafne?

O czym właściwie jest Przemiana? Elizabeth, córka June, miała dwa latka, kiedy jej matka została wdową. Kobieta była przekonana, że drugi raz nie spotka już miłości, los jednak pozytywnie ją zaskoczył. Kurt okazał się cudownym mężem i wspaniałym ojczymem. Jednak spokojne życie June znów przewraca się do góry nogami. Ponownie spotyka ją tragedia. Jej sprawcą jest Shay Bourne – jak się okazuje jedyny człowiek, który może ocalić Claire, córeczkę June  - najdroższą jej osobę na świecie. A czy ktoś ocali Shaya?

Fabuła powieści, choć to książka obyczajowa, nie jest wcale prosta. Autorka do ostatnich stron nie odkrywa wszystkich kart, a pewnych szczegółów z przeszłości bohaterów wcale nie ujawnia, pozostawiając domysły czytelnikom. Powoli, z wyczuciem, umiejętnie operując retrospekcjami i w odpowiednich momentach oddając głos poszczególnym bohaterom (bo pierwszoosobowa narracja prowadzona jest naprzemiennie przez niemal wszystkie główne postaci) ujawnia fakty dotyczące ich przeszłości, dozuje czytelnikowi informacje, pozwalając mu analizować je w coraz szerszym kontekście.

Przemyślenia, do jakich zmusza, wcale nie są banalne. Na pierwszy plan wysuwają się rozważania o moralności i czy w zgodzie z nią można skazać człowieka na śmierć. Co sprawia, że takie wyroki zapadają? Jak tytaniczną pracę wykonują ludzie, którzy w USA z karą śmierci walczą. Co może sprawić, że człowiek zmienia swoje poglądy w takiej kwestii?

Ponadto możemy w „Przemianie” znaleźć wiele rozważań natury religijnej. Jeden z bohaterów jest katolickim księdzem, inna postać to córka rabina. Okazuje się, że choć wychowani w innej wierze, mają podobne poglądy na pewne sprawy. A jeśli myślą inaczej, uczą się to szanować. To niezwykle cenna lekcja.

Jak zwykle u Picoult mamy całkiem wiarygodnie nakreślone relacje matka-córka. Claire i June są ze sobą bardzo zżyte, kobieta kocha córkę nad życie, zaś dziewczynka ufa jej i traktuje jako autorytet. Co nie znaczy, że nie mogą czasami się nie rozumieć. Ważne jest, że próbują wszelkie różnice w myśleniu i postrzeganiu świata nawzajem sobie tłumaczyć.

Oprócz troskliwej June, która uczy się trudnej sztuki wybaczania, Claire usiłującą zrozumieć matkę, Michaela przeżywającego kryzys wiary i Maggie walczącej z własnymi kompleksami, jest jeszcze Shay Bourne. Młody mężczyzna, który zrobił coś strasznego i teraz musi ponieść karę. Jednak czy należy oceniać go tak surowo? Co nim kierowało? Czy naprawdę ten wrażliwy, wydaje się, że lekko opóźniony w rozwoju, człowiek mógł dopuścić się przypisywanego mu okrucieństwa? Uwierzcie, że odpowiedzi na te pytania naprawdę nie są oczywiste.


Oprócz mnóstwa chwil refleksji „Przemiana” dostarcza także wielu emocji – od śmiechu, poprzez łzy wzruszenia, aż po bezsilny gniew, że coś potoczyło się tak, a nie inaczej. No i jest też po prostu naprawdę nieźle napisaną powieścią obyczajową, zdecydowanie się wyróżniającą. Polecam serdecznie.


Cytat: 
"Każdy ma  w sobie trochę z Boga... i trochę z mordercy. A potem już tylko od życia zależy, która strona weźmie górę." 

Ocena: 7/10


Nie mogę wprost uwierzyć, że to już setna moja recenzja! Z tej okazji w niedługim czasie zamierzam przygotować dla Was jakiś konkurs.

Dziękuję, że ze mną jesteście i przepraszam, że ostatnio ja sama zaglądam do blogowego świata tak rzadko. Przejście z liceum na studia jest jednak absorbujące i muszę się na tej uczelni trochę ogarnąć. 

Pozdrawiam, 
Strawcherry. ; )

niedziela, 4 stycznia 2015

[93] Historia i fantastyka

Tytuł: Historia i fantastyka

Autorzy: Stanisław Bereś i Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Ilość stron: 288


Jako wielbicielka twórczości Andrzeja Sapkowskiego nie mogłam nie sięgnąć po wywiad-rzekę z moim ulubionym autorem. Tym bardziej  przeprowadzony przez Stanisława Beresia, uznanego dziennikarza i teoretyka literatury, który znany jest m.in. z książek-wywiadów ze Stanisławem Lemem i Tadeuszem Konwickim. Dodatkowo tytuł „Historia i fantastyka” sugerował, że rozmówcy poruszą interesujące mnie tematy. Oczekiwałam ciekawych opinii i żywej dyskusji, swego rodzaju starcia poglądów dwóch różnych osób. Jaki był rezultat?

Ano taki, że Sapkowski nieco Beresia w tej rozmowie przytłumił. Miał gotową odpowiedź na każde pytanie, brylował inteligencją, jego upór był niezłamany. Dziennikarz pozostał więc w tle. Być może tak powinno być, nie po to przeprowadza się przecież wywiady, by zainteresować własną osobą. Myślę jednak (a z opinii, które do tej pory czytałam wiem, że jedyna w swym przekonaniu nie jestem), że książę tę czytałoby się znacznie ciekawiej, gdyby wypowiedzi Stanisława Beresia wnosiły do niej nieco więcej. Tymczasem niektóre pytania wręcz męczyły. I to nie tylko czytelnika, lecz wyraźnie także udzielającego wywiadu. Często poruszały kwestie, o których autor „Wiedźmina” wyraźnie nie chciał rozmawiać, wciąż wracały do tych samych wątków, o których wiadomo było, że niczego więcej się z nich nie „wyciągnie”.

Poza tym jednak wszystko było na najwyższym poziomie. Czytelnik raczej się nie nudzi, Sapkowski i Bereś płynnie przechodzą z tematu na temat. Widać, ze obaj wiedzą, o czym mówią. To wykształceni ludzie, którzy mówią naprawdę ciekawie i mądrze o wielu sprawach.
Rozmowa dotyczy m.in.  uniwersum „Wiedźmina”, „Trylogii husyckiej” (wówczas w trakcie tworzenia), związków historii i literatury, pozycji fantasy na rynku, czytelników, konwentów, procesu twórczego Sapkowskiego.

Jeśli ktoś sądził, że ta książka odkryje mu podglądy znanego polskiego pisarza fantasy, mylił się. Sapkowski nie lubi mówić o sobie. Sporo opowiada jednak o swej twórczości i innych ciekawych sprawach. Mówi z właściwą sobie dozą humoru, w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytając jego wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że czyta się po prostu kolejną z jego książek.


Polecam fanom Sapkowskiego oraz wszystkim tym, którzy interesują się historią czy fantastyką. Sporo ciekawych informacji i opinii można wynieść z tej lektury. 


Cytat:
"Pomijając fakt, że tak bezguście, jak i stereotyp mają w światowej literaturze - i kulturze - miejsce całkiem poczesne i pozycję całkiem niezagrożoną, ludzi czytających zdałoby się hołubić, a czule. Bo może to już ostatni, co tak poloneza wodzą? A co będzie, gdy ich w ogóle nie stanie?"

Ocena: 7/10

sobota, 22 listopada 2014

[89] Odszczepieniec

Tytuł: Odszczepieniec

Autor: Jack London

Wydawnictwo: Książka i wiedza

Ilość stron: 116

Nieczęsto sięgam po zbiory opowiadań, jednak nazwisko Jacka Londona na okładce skłoniło mnie do tego,  by dać szansę recenzowanej dziś książce. Czy „Odszczepieniec” na tę szansę zasłużył?
W książce możemy znaleźć cztery opowiadania i myślę, że najlepiej będzie, jeżeli opowiem krótko o każdym z nich.
  • Odszczepieniec

Johnny od maleńkiego pracował. Już jako mały chłopiec musiał zarabiać w fabryce, by wspomóc finansowo swą równie zapracowaną matkę. Praktycznie wychował młodszego brata, Willy’ego. Jego organizm jest wyczerpany, psychika również. Ten młody człowiek nigdy nie miał żadnych zainteresowań, przyjaciół. Jego życie to po prostu ciężka praca. Jak długo może tak wytrzymać człowiek?

W „Odszczepieńcu” Jack London zwraca uwagę na kwestię pracy i jej znaczenie w życiu człowieka. Mówi o wyzysku, o dzieciach wychowujących się w trudnej sytuacji materialnej, o narzuconej zbyt wcześnie odpowiedzialności.  Mówi niekiedy drastycznie, ale zawsze poruszająco. Sama przeżywałam wszystko razem z głównym bohaterem (a może nawet bardziej niż on?), podczas czytania tego krótkiego przecież utworu towarzyszyło mi mnóstwo emocji. Krótko mówiąc, opowiadanie jest naprawdę warte uwagi.
  •   Bury wilk

Kiedy młode małżeństwo znajduje i oswaja psa, zwierzę i ludzie bardzo przywiązują się do siebie. Ich spokojne wspólne życie nagle zostaje przewrócone do góry nogami – pojawia się człowiek, który twierdzi, że jest właścicielem Burego Wilka. Jaka jest prawda? Czy zwierzę jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie?

Po raz kolejny autor udowadnia, że akurat w pisaniu o zwierzętach, jest niekwestionowanym mistrzem. Okazuje się, ze nie tylko dłuższe utwory („Zew krwi”, „Biały kieł”) są rewelacyjne, „Bury wilk” wcale od nich nie odstaje. Wniknąwszy głęboko w psychikę zwierzęcia, London kreuje na długo zapadającą w pamięć postać psa, stającego przed wyborem pomiędzy życiem spokojnym, pełnym ciepła i miłości, a trudnym, wypełnionym przygodą, niebezpieczeństwami. Między nieoczekiwaną dobrocią, a lojalnością. Przed wyborem, który z całą pewnością nie należy do prostych. Czytelnik zaś może obserwować zarówno podejmowanie tej decyzji, jak i reakcje tych, których ona dotyczy. To zdecydowanie moje ulubione opowiadanie z tej książki.

  •  Odyseja północy

Malemute Kid i Prince podróżują zaprzęgiem. Ich zainteresowanie wzbudza nieznany nikomu podróżnik, którego nazywają między sobą Ulissesem. Ich drogi się rozchodzą, jednak jakiś czas później do Dawson, gdzie akurat przebywają dwaj mężczyźni, przychodzi ranny, przemarznięty człowiek. Okazuje się, że to Ulisses. Opowiada im dramatyczną historię swego życia.

„Odyseja północy” jest opowieścią o wielkiej miłości i tułaczce w jej poszukiwaniu, o okrucieństwie i zemście, o osądzaniu. Pokazuje najgorsze instynkty, drzemiące w człowieku, jego poczucie sprawiedliwości – różne u każdego, ale czy mamy praco kogokolwiek potępiać czy też rozgrzeszać? Takie właśnie trudne pytania zadaje w tym opowiadaniu Jack London. A czytelnik sam musi sobie na nie odpowiedzieć.

  •  Samotny Wódz

Ranny Samotny Wódz sprzeciwia się woli swego ojca, który przyprowadza mu kandydatkę na żonę. Mężczyzna w gniewie mówi, że w takiej sytuacji pogrzeb byłby bardziej odpowiedni dla niego niż wesele. Jego plemię wymyśla więc okrutną karę – poddaje obrzędom pogrzebowym żywego jeszcze wodza. Jaki będzie koniec tej makabrycznej maskarady?

Szczerze mówiąc, ten tekst najsłabiej zapadł mi w pamięć i najmniej zwrócił moją uwagę. Nawet nie bardzo wiem, co o nim napisać. Nie powiem, że był nudny, ale pozostałe z pewnością czytało się ciekawiej. W przypadku „Samotnego Wodza” najbardziej podobał mi się chyba sam pomysł kary dla Samotnego Wodza. Czegoś mi jednak w tej historii zabrakło.


Jack London w niedługich historiach potrafi zawrzeć sporo mądrych myśli, poruszyć i zaciekawić czytelnika. Za to należy mu się ogromny plus. Widać jednak, który temat zdominował jego twórczość – w pisaniu o dzikich zwierzętach ten autor nie ma sobie równych. I choć „Biały kieł” i „Zew krwi” wywarły na mnie większe wrażenie, zachęcam Was do sięgnięcia po „Odszczepieńca”. Lektura tej książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu, a może okazać się naprawdę wartościowa. 


Cytat:
"Są rzeczy większe od naszego rozumu, leżące poza zasięgiem naszej sprawiedliwości."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




niedziela, 1 czerwca 2014

[78] Nowicjuszka

Tytuł: Nowicjuszka


Seria: Trylogia Czarnego Maga #2

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Ilość stron: 641


Kiedy przeczytałam Gildię magów, wydała mi się ona zaledwie wstępem do kolejnych tomów trylogii. Chwilami była nudnawa i miałam nadzieję, że w drugiej części będzie zdecydowanie więcej akcji. Na szczęście się nie zawiodłam.

Sonea mimo swojego pochodzenia została przyjęta Uniwersytet. Teraz może kształcić swój magiczny talent pod okiem doświadczonych magów. Uzyskuje też opiekę jednego z nich, Rothena, tego, który zaopiekował się nią, gdy tylko przybyła do Gildii. Rothen próbuje zrobić wszystko, by dziewczyna jako Nowicjuszka czuła się jak najlepiej. Jednak jej szkolni koledzy i koleżanki pochodzący z arystokracji  nie chcą zaakceptować dziewczyny ze slumsów. Banda Nowicjuszy z aroganckim Reginem na czele gnębi Soneę zarówno psychicznie, jak i fizycznie. A to przecież nie jej jedyne problemy. Dziewczyna nie może przecież zapomnieć o tym, że widziała Wielkiego Mistrza,Akkarina,  uprawiającego czarną magię. Ona, Rothen i Administrator Gildii, Lorlen, nie mają pojęcia co zrobić z tą straszliwą wiedzą. Czy pomoże im Dannyl, który został właśnie mianowanym ambasadorem Gildii i uzyskał możliwość podróżowania?

Mimo, że pierwszą część czytałam ponad rok temu (matko, kiedy ten czas zleciał?!), nie miałam najmniejszych problemów z „ogarnięciem” fabuły, Trudi Canavan zgrabnie od początku ją prowadzi. No i jest tutaj o wiele więcej akcji niż w Gildii Magów. Nadal odrobinę za mało, mogłoby być jeszcze lepiej, ale i tak na plus. Myślę, że w trzeciej części będzie się działo jeszcze więcej. Irytował mnie trochę wątek dręczenia Sonei przez kolegów, bo ileż można czytać o tym samym. Ok, zrozumiałam, że Regin niszczył jej notatki itp., nie muszę tego przeczytać jeszcze z pięć razy. Gdybym chciała czytać w kółko o tym samym, czytałabym Orzeszkową.

 Druga połowa książki wciąga jednak niezmiernie. Nudnawy z początku wątek z podróżą Dannyla okazał się później niezwykle ciekawy. Dzięki niemu czytelnik może poznać obyczaje i kulturę mieszkańców innych Krain Sprzymierzonych, nie tylko Kyralii, gdzie mieści się siedziba Gildii. Ponadto Dannyl w czasie tej podróży odbywa też inną – w głąb samego siebie. Można powiedzieć, że na nowo sam się poznaje i akceptuje. To niełatwy, ale pouczający wątek (nie powiem nic więcej, bo bym zaspoilerowała).

Nieco irytująca w pierwszej części Sonea przestała mnie denerwować, choć jakiejś mojej zbytniej sympatii nie zdobyła. Brakowało trochę Cery’ego, ale syn Rothena, Dorrien, był jego godnym zastępcą, a nawet polubiłam go bardziej niż dawnego przyjaciela Sonei. Jest po prostu przezabawnym, inteligentnym, szczerym i niepokornym młodzieńcem. Rothen to wciąż sympatyczny i opiekuńczy mag, Akkarin intryguje coraz bardziej (chyba zaczynam go lubić). Możemy też poznać nieco bardziej pozostałych magów i tak dowiadujemy się o feministycznych zapędach Vinary, niekonwencjonalności metod nauczania Yikmo czy gadatliwości Tyi. Spotykamy też młodego Elyńczyka Tayenda, który zostaje asystentem, a zarazem przyjacielem Dannyla.

Wspólnie z Soneą uczymy się także coraz więcej o magii, zaczynamy rozumieć historię, politykę i tradycje Gildii, zapoznajemy się z systemem nauczania na Uniwersytecie. Ta podróż po świecie stworzonym przez Trudi Canavan jest naprawdę pasjonująca.

Warto zwrócić uwagę na mnóstwo określeń typowych dla tego jednego świata. Autorka postarała się – wymyśliła nowe owoce, potrawy, zwierzęta. Dzięki temu czytanie Nowicjuszki jest jeszcze lepszą przygodą!

Cała opowieść zaczyna mieć też lekko niepokojący klimat. Tajemnica Wielkiego Mistrza przewraca życie biednej Sonei do góry nogami. Czytelnikowi nie trudno poczuć tę atmosferę strachu i tajemniczości, druga część Trylogii Czarnego Maga oddziałuje na emocje o wiele silniej niż jej poprzedniczka.


Zdecydowanie polecam i mam nadzieję, że trzecia część okaże się jeszcze lepsza. 



Cytat: 
"Bohaterowie mają to do siebie, że ich moc wzrasta w miarę powtarzania opowieści."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





sobota, 3 maja 2014

[74] Legenda. Rebeliant

Tytuł: Legenda. Rebeliant

Seria: Legenda #1

Autorka: Marie Lu

Wydawnictwo: Zielona sowa

Liczba stron: 304

Na „Rebelianta” miałam czytelniczą chrapkę już od jakiegoś czasu. Zbierał sporo pozytywnych recenzji, wydawał się świetną dystopią w stylu „Igrzysk śmierci”. Kiedy więc otrzymałam tę powieść na urodziny (dziękuję, kochani!), bardzo się ucieszyłam. Czy mój entuzjazm osłabł po przeczytaniu?

Republika. Trwa wojna z Koloniami. W biedniejszych sektorach rozprzestrzeniają się epidemie. Rząd nie ma lekko, a zadania wcale nie ułatwia mu piętnastoletni Day – najsłynniejszy przestępca w kraju. Chłopak kradnie, niszczy, podpala, jednak, jak do tej pory, nikogo nie zabił. Czy więc zabójstwo młodego kapitana Metiasa to jego sprawka? Siostra Metiasa, June, rówieśniczka Daya, jest o tym przekonana i postanawia złapać sprawcę. A nie jest to czcza groźba – June jest nadzwyczaj bystrą i zdolną dziewczyną. Czy uda jej się schwytać Day’a? Czy rząd na pewno chce dobra swoich obywateli? Skąd biorą się epidemie?

Zacznę od słabych stron książki, to potem będzie przyjemniej. Po pierwsze – June. Po drugie – June. Po trzecie – JUNE. Jeżu kolczasty, jak ona mnie irytowała! Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że jej naprawdę nie lubię. Jej zachowania, jej słowa – wszystko to tworzy naprawdę zwyczajną bohaterkę. Dość inteligentną, ale nie jakąś wybitną. Ot, bohaterka, jakich wiele. Trochę przypomina Lenę z „Delirium” (cała książka zresztą raczej kojarzy mi się z „Delirium” niż z ”Igrzyskami śmierci”) tą swoją naiwnością, że przecież rząd powiedział, to tak musi być. Tyle, że przedstawienie tej dziewczyny… Mary Sue na całej linii. Najwyższy wynik na Próbie, złote dziecko Republiki, wszyscy wysoko postawieni o niej mówią, sam Elektor gratuluje jej udanej misji, taka młoda na takim stanowisku – no niebywałe. „Ochy” i „Achy” pod każdą możliwą postacią. Normalnie szlag mnie trafiał, zwłaszcza, gdy ją poprosili o konsultacje na miejscu zbrodni. Wiem, że miała to być scena, w której June wykazuje się dedukcją, ale przecież dochodziła do takich wniosków, że cała reszta (zawodowi żołnierze i agenci) musiała być naprawdę przygłupawa, żeby samemu na to wszystko nie wpaść. Grr…

Natomiast Day’a jak najbardziej polubiłam. Bystry, ale popełnia błędy. Przestępca, ale troszczy się o ludzi, na których mu zależy. Bywa, że się boi, ale stara się tego nie okazywać. Silny, ale zdarza mu się załamać. Autorka nie przesadziła w żadną stronę i bardzo się z tego cieszę.

Cała reszta postaci też ma się świetnie. Podobnie jest z fabułą i zgrabnie skonstruowanym światem przedstawionym. Pojawiło się kilka intrygujących wątków, jestem ciekawa, jak Marie Lu je rozwinie.  Do języka można się przyczepić, zwłaszcza w dialogach, które chwilami brzmiały nienaturalnie (wiecie, nastolatkowie i małe dzieci mówiący przepoprawnie), ale to raczej jakieś drobniutkie zgrzyty, zupełnie nieprzeszkadzające w odbiorze powieści. Korekta też zbytnio się nie wysiliła, niestety.

Narracja podzielona jest na Day’a i June dzięki czemu możemy poznać historię z punktu widzenia obydwu głównych postaci. To świetne rozwiązanie, bo choć podobni do siebie, Day i June myślą chwilami zupełnie inaczej.

Największym plusem tej powieści jest zdecydowanie fakt, że wciąga i czyta się ją naprawdę błyskawicznie. Mimo wielu niedociągnięć wprost niesposób się od niej oderwać i myślę, że to zadecydowało o tym, że oceniłam ją miarę wysoko.

Jak każda inna dystonia, „Rebeliant” opowiada o władzy manipulującej ludźmi, o buncie. O zbrodniach w białych rękawiczkach. Mówi też o przyjaźni, lojalności, miłości. Właśnie, miłość. Byłabym zapomniała o wątku miłosnym. To dziwne, bo jest tutaj dość znaczący. Wypada jednak wiarygodnie, nie jest trójkątem miłosnym i mnie osobiście się podobał.


Polecam, choć zarówno „Igrzyska śmierci”, do których wiele osób tę książkę porównuje, jak i „Delirium” wywarły na mnie chyba lepsze wrażenie. Mam nadzieję, że kolejne części będą jeszcze lepsze. 


Cytat:
"Każdy dzień oznacza nowe dwadzieścia cztery godziny.Z każdym kolejnym dniem wszystko na nowo staje się możliwe. Obojętnie, czy żyjesz, czy giniesz, możesz mieć tylko jeden dzień naraz."

Ocena: 7/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



wtorek, 28 stycznia 2014

[65] Błękitny Zamek


Recenzja wyjątkowo w środę, bo do soboty się nie wyrobiłam, a nie chciałam znowu nie dodać w tym tygodniu żadnej. Postaram się do kolejnej soboty uporać z "Silmarillionem" : )
Próbuję też zmienić kursor na mniejszy, ale jeszcze nie ogarnęłam, jak to zrobić :D



Tytuł:
Błękitny Zamek

Autorka: Lucy Maud Montgomery

Wydawnictwo: Egmont


Kiedy koleżanka pożyczyła mi „Błękitny Zamek” sama nie wiem, czego się spodziewałam po tej książce. Z pewnością ciepła i uroku, z którymi spotkałam się podczas lektury „Ani z Zielonego Wzgórza” tej samej autorki. Patrząc na opis wydawnictwa, można jednak odnieść wrażenie, że ta historia będzie raczej smutna, choć nie pozbawiona odrobiny nadziei – że będzie to opowieść o dziewczynie, która chce tylko jak najlepiej przeżyć resztę swego życia, odkąd dowiedziała się, że jest śmiertelnie chora.

Co tymczasem znalazłam w książce? Historię dziewczyny tłamszonej przez rodzinę, której dopiero świadomość bliskiej śmierci daje odwagę do zmiany swojego życia. Valancy Stirling ma 29 lat, nie ma żadnego adoratora, a bliscy już dawno przykleili jej łatkę „starej panny”, a jednak wciąż traktują ją jak dziecko. Niekochana, wiecznie pomijana Doss (jak nazywa główną bohaterkę rodzina) stanowi tylko tło dla swojej, wydawałoby się idealnej, kuzynki Olivii. Gdy dowiaduje się, że został jej najwyżej rok życia, postanawia zacząć sama decydować o sobie. Czy wrażliwa Valancy znajdzie miłość, o której marzy? Czy będzie potrafiła sprzeciwić się apodyktycznej matce oraz całej gromadzie ciotek i stryjów? Czy znajdzie Błękitny Zamek – miejsce ze swoich marzeń, które zawsze stanowiły dla niej jedyną ucieczkę od szarej, brzydkiej rzeczywistości?

Książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Styl Montgomery jest lekki, niesamowicie wdzięczny i przyjemny w odbiorze. Śliczne opisy i naturalne dialogi stanowią duży plus „Błękitnego Zamku”.

Chwilami miałam problem z główną bohaterką, zwłaszcza na początku. Irytowała mnie jej uległość wobec rodziny, choć mogę ej to wybaczyć – tak ją wychowano. Ale niektóre wspomnienia z dzieciństwa były średnio dobrane i wywoływały, przynajmniej u mnie, raczej inne uczucia niż zamierzała autorka. Śmieszyło mnie też trochę, gdy Valancy stanowczo oznajmia rodzinie, że nie pozwoli, by mówiono do niej „Doss”, a i tak nadal reaguje na to imię. Jej zachowanie naprawdę bywało idiotyczne. Cała reszta natomiast spisuje się świetnie. Ciotki i wujkowie są denerwujący, ale bardzo dobrze wykreowani, Barney Snaith ze swoją tajemniczą przeszłością i nonszalanckim stylem bycia wzbudza sympatię, a Ryczący Abel doskonale udowadnia, że stereotypy to tylko stereotypy.

„Błękitny Zamek” mówi o wolności. Takiej wewnętrznej wolności i swobodzie. Mówi w sposób prosty, ale mądry. Chwilami bardzo humorystyczny (ironiczne spojrzenie na całą rodzinkę Valancy).


Chociaż książka jest dość schematyczna  (wielu rzeczy można się szybko domyśleć), to ma w sobie pewien urok. Polecam tym, którzy chcą przyjemnie spędzić czas z ciepłą, sympatyczną lekturą. 


Cytat:
"Kto mógłby znieść życie, gdyby nie miał nadziei na śmierć?"

Ocena: 7/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



sobota, 22 czerwca 2013

[40] Podróże z Herodotem

Tytuł: Podróże z Herodotem

Autor: Ryszard Kapuściński

Wydawnictwo: Znak


A ja znów recenzuję lekturę szkolną. Ale tym razem mam coś na swoje usprawiedliwienie – „Podróże z Herodotem” to nie taka klasyczna lektura. To reportaż i to dosyć ciekawy.

Pamiętam, że gdy próbowałam przebrnąć przez tę książkę dwa lata temu (polonistka przed konkursem mi kazała) to nie dałam rady. Po jakichś 120 stronach poległam. Zwyczajnie mnie to nudziło. Toteż tym razem sięgałam do „Podróży Herodotem” z pewną niechęcią. I – niespodzianka – podobało mi się (dorosłam? xD).

Autor opowiada w tej książce o początkach swojej reporterskiej pracy. Bez żadnego przygotowania, bez znajomości języka i jakiejkolwiek wiedzy o tym kraju młody dziennikarz trafia do Indii. Jest przytłoczony ich ogromem, nie umie się tam odnaleźć. Wychowany w ciasnym PRL-owskim świecie powoli odkrywa różnorodność kultur na Ziemi. Po Indiach przychodzi czas na Chiny, a potem na Afrykę.

Kapuścińskiemu w tych podróżach towarzyszy nieoczekiwany przyjaciel –Herodot. Książka starożytnego pisarza, uważanego za ojca historii, „Dzieje”, staje się niejako duchowym przewodnikiem reportera. Autor, a zarazem narrator „Podróży…” czerpie z niej inspiracje. Zastanawia się nad warsztatem Greka, a podróż Herodota przez Persję i Grecję oraz tamtejsze wojny interesują go niemal tak samo (a chwilami może nawet i bardziej) niż podróże, które sam odbywa. Czas przestaje mieć znaczenie.

Czytając Herodota Ryszard Kapuściński próbuje zrozumieć mechanizmy rządzące historią. Dostrzega ulotność ludzkiej pamięci. Przeżywa jednocześnie dwie podróże i dwie wojny – tą toczącą się obecnie i tą sprzed dwóch tysięcy lat.

Język jest typowo reporterski. Sporo w nim ozdobników, czas teraźniejszy w narracji dynamizuje jednak tekst i wcale się aż tak nie dłuży.

W książkę wplecione są fragmenty „Dziejów” Herodota. Poznajemy wiele opowieści ze starożytnej Grecji i muszę przyznać, że początkowo wydawały mi się one strasznie nudne. Z biegiem czasu, nawet nie zauważyłam kiedy, zaczęłam jednak śledzić je z większą uwagą i interesować się nimi. Choć mimo wszystko wolę opisy Indii, Chin i Konga w wykonaniu Kapuścińskiego. Są barwne i doskonale opisują tamtejsze społeczeństwa, różnice i podobieństwa pomiędzy nimi, zwłaszcza kontrast między Chinami a Indiami.

Refleksje autora są bardzo ciekawe. A jego przywiązanie do Herodotowych „Dziejów” pokazuje jaką pociechą i jakim cennym przyjacielem może być książka.

„Podróże z Herodotem” pokazują złożoność świata i to, że choć tak różni, wszyscy ludzie mają jednak pewne wspólne cechy. Odmienne języki, zwyczaje, styl życia i ubiory, ta różnorodność kultur to właśnie bogactwo i piękno ludzkości.  Świata, który bardzo trudno, ale warto próbować zrozumieć. Warto rozmawiać z drugim człowiekiem.


Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubują się w reportażach oraz tym, którzy interesują się historią, zwłaszcza starożytną. I oczywiście – podróżnikom.


Cytat: 
"Dotarcie więc do przeszłości jako takiej, takiej, jaka była ona naprawdę, jest niemożliwe, dostępne są nam tylko różne jej warianty, mniej lub bardziej wiarygodne, mniej lub bardziej dziś nam odpowiadające. Przeszłość nie istnieje. Są tylko jej nieskończone wersje."

Ocena: 7/10

sobota, 8 czerwca 2013

[38] Tam, gdzie spadają anioły

Tytuł: Tam, gdzie spadają anioły

Autorka: Dorota Terakowska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie


Ostatnio sporo na rynku wydawniczym pozycji o aniołach. Z reguły są to jednak schematyczne dość książki z gatunku paranormal romance lub fantasy o walce dobra ze złem. Powieść Doroty Terakowskiej „Tam, gdzie spadają anioły”  nie jest ani jednym, ani drugim. Jest czymś innym, oryginalnym.

Książka opowiada o małej Ewie, która straciła swojego Anioła Stróża. Miała wówczas pięć lat. Od tamtego czasu dziewczynka wciąż wpada w jakieś tarapaty. Z początku są to drobne kłopoty, jednak kończy się na poważnej chorobie. Odnalezienie anielskiego opiekuna może okazać się jedynym ratunkiem.

Akcja powieści toczy się w dwóch wymiarach: ziemskim i niebiańskim. Czytelnik obserwuje Ewę i jej rodzinę, zmagających się z życiowymi problemami, by po chwili wraz z jej okaleczonym Aniołem o imieniu Ave poznawać tajemnice Aniołów i Czarnych (upadłych Aniołów, można by rzec – demonów).

Ciekawa jest sytuacja rodzinna głównej bohaterki Matka – artystka z dość… liberalnym podejściem do wychowania i zapracowany, wiecznie zapatrzony w komputer ojciec. Dziecko jest bardzo samodzielne, bo i musi. Rodzice nie poświęcają mu zbyt wiele uwagi. Tylko babcia jest taka, jaka powinna być babcia: ciepła, czuła i kochająca. Babcia – autorytet. Babcia – opiekun.

Samą Ewę szczerze polubiłam. To mądra i nad wiek dojrzała dziewczynka o wielkiej ufności. Jest spokojna i małomówna, raczej typ samotniczki. Różni się znacznie od popularnych współcześnie bohaterek książkowych – wygadanych, silnych, charyzmatycznych. Choć Ewa też jest silna. Na swój sposób.

Dyskusje Ave’go z jego Czarnym bliźniakiem – Veą  są niezwykle mądre i skłaniające do wielu refleksji. Dowiadujemy się z nich wielu prawd życiowych – o dobru i złu, o otaczającym nas świecie. Niestety autorka powtarza w kółko to samo, ubierając to tylko w nieco inne słowa. Mniej więcej  połowie książki zaczynamy się nudzić, bo akcja strasznie zwalnia.

Terakowska mówi w swoim utworze o naprawdę ważnych rzeczach. O tym, że zło  i dobro współistnieją od zawsze i zawsze współistnieć będą. To do nas, ludzi należy wybór życiowej drogi. I czynimy to czasami nierozważnie, nie zauważając drobnych wydarzeń, które jednak mają ogromny wpływ na nasze dalsze życie. Oprócz tego autorka uczy nas, że każdy może być Aniołem Stróżem dla drugiego człowieka. Nie jest to jednak łatwe i niesie ze sobą olbrzymią odpowiedzialność. 

Język jest prosty i czytelny, niezbyt wyszukany, ale przyjemnie się to czyta. Trochę jak baśń.

Szkoda, że Dorota Terakowska nie skupiła się bardziej na tych relacjach rodzinnych Ewy. Rodzice dziewczynki zmieniają się z dnia na dzień, to wypada nienaturalnie. Gdyby pokazać proces tych zmian, książka bardziej nadawałaby się dla starszych czytelników i mogłaby być naprawdę ciekawą obyczajówką z elementami fantastyki i odrobinką filozofii w tle.


Tymczasem „Tam, gdzie spadają anioły”, ta powieść z dużym potencjałem, została naiwną trochę opowiastką. Lekko cukierkowa. Ciepła i urocza, idealna do czytania dzieciom na dobranoc. Warta uwagi. 


Cytat:
"Skórka jabłka jest złoto-malinowa, lecz w środku, w miąższu, tkwi robak. Wbrew pozorom to robak, a nie skórka jabłka stanowi dowód, że owoc jest dojrzały. Złota skórka kryje niekiedy kwaśny owoc, robak zaś ciągnie tylko do słodyczy."

Ocena: 7/10

sobota, 25 maja 2013

[37] Światła września

Tytuł: Światła września

Autor: Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: MUZA SA


„Światła września” to już moje trzecie spotkanie z twórczością  Carlosa Ruiza Zafóna. Trzecie udane spotkanie.

Wdowa Sauvelle wraz z dwójką dzieci (Irene i jej młodszym bratem Dorianem) przeprowadza się do Błękitnej Zatoki. W tej spokojnej posiadłości mieści się Cravenmoore, rezydencja ekscentrycznego fabrykanta zabawek, Lazarusa. To właśnie w niepokojącym, pełnym mechanicznych zabawek Cravenmoore pani Sauvelle ma rozpocząć pracę.

Jak będzie wyglądało życie rodziny w nowym miejscu? Czy wszyscy się tu odnajdą? Morderstwo, Cień, mechaniczny anioł, który wydaje się obdarzony własną, upiorną duszą  - to tylko niektóre z wyzwań czekających na nastoletnią Irene. Na szczęście, dziewczyna nie jest w tym sama. Poznaje bowiem rok starszego od siebie chłopaka, Ismaela. Wspólnie  odkryć prawdę o Lazarusie.

Przyznam, że zarówno „Książę Mgły”, jak i „Pałac Północy” wydają mi się ciekawsze. Klimat „Świateł września” nie jest już tak niesamowity. Może odnoszę takie wrażenie, bo przeczytałam go jako ostatni, a z tamtymi powieściami wiele go łączy? Fabuła jest bowiem chwilami schematyczna i Zafón już tak nie zaskakuje.

Nie znaczy to, że jest źle. Akcja się nie wlecze, jest sporo tajemnic do rozwiązania i, szczerze mówiąc, rozwiązać je nie tak łatwo. Mamy tu kilka retrospekcji, zresztą, z retrospekcji ukazana jest cała powieść, ujęta w ładną klamrę. Pierwszy rozdział to list Ismaela do Irene (list pisany po latach), ostatni zaś – list Irene do Ismaela.  Myślę, że ten zabieg jest świetny.

Wątek romantyczny ukazany jest w pełen uroku sposób. Ba! Jakby się uprzeć to można dostrzec dwa wątki romantyczne: ten, pomiędzy dwojgiem nastolatków, jeszcze nieśmiały i ten, pomiędzy dorosłymi ludźmi po przejściach – chyba jeszcze bardziej nieśmiały i ostrożny.

Postacie są z krwi i kości. Odważna Irene, lubiący samotność Ismael, gadatliwa Hannah i zamknięty w sobie Dorian naprawdę dają się lubić. Dorośli również. Intryguje mnie Lazarus ze wszystkimi swoimi tajemnicami, podziwiam panią Sauvelle za jej troskę o rodzinę, upór i wytrwałość.

Po raz pierwszy u Zafóna nie mam problemów z dialogami, są zupełnie naturalne. Co do opisów – jak zwykle urzekają.

Przyznam, że niektóre fragmenty, które w zamierzeniu miały być chyba mroczne, wypadły przekonująco. W napięciu czytałam o dziwnych machinach wypełniających Cravenmoore. Brrr! Nie chciałabym tam wejść w nocy.

„Światła września” to warta przeczytania powieść, z wartką akcją i zaskakującym (i odrobinkę wzruszającym) zakończeniem. Mimo odrobinki schematyczności, jest wciągająca (do tego stopnia mnie wciągnęła na matematyce, że przestraszyłam się nauczyciela, który nagle wyrwał mnie do tablicy xD).  Ma świetny klimat. Doskonale pokazuje zawiłości relacji międzyludzkich.  Polecam wszystkim!


Cytat:
"Sama się pani przekona, moja droga Simone, że jedyny morał, jaki można wysnuć z tej historii, tak jak i z każdej innej, brzmi: w prawdziwym życiu, w odróżnieniu od fikcji, nic nie jest tym, czym się wydaje..."

Ocena: 7/10

sobota, 11 maja 2013

[35] Drugie życie Bree Tanner

Tytuł: Drugie życie Bree Tanner
Autorka: Stephenie Meyer



Jak może wiecie, nie przepadam za „Zmierzchem”. Raził mnie tam patos, „świecące wampiry”, a najbardziej – główni bohaterowie i narracja w wykonaniu jednego z nich. Mimo to postanowiłam sięgnąć po książkę opartą na trzeciej części najsłynniejszej sagi Stephenie Meyer, czyli po „Drugie życie Bree Tanner”.  Pomyślałam, że może zepchnięcie Belli i Edwarda na dalszy plan (baaaardzo daleki plan) może okazać się dobrym posunięciem. Nie myliłam się.

Bree jest nowonarodzonym wampirem. Jej „drugie życie” trwa dopiero od trzech miesięcy. Dziewczyna żyje w grupie innych „świeżaków”, jednak nie potrafią oni ze sobą współpracować. Wciąż wybuchają konflikty, ktoś kogoś morduje, łatwo stracić jakąś część ciała. Innymi słowy wszędzie dookoła podejrzliwość i nieufność. Stała czujność (jak zwykł mawiać Alastor Moody, z „Harry’ego Pottera”). W dodatku w kółko dręczące Bree pragnienie jest prawdziwą udręką.  Główna bohaterka nie wie, że należy do armii tworzonej przez Victorię, by zniszczyć rodzinę Cullenów (motyw z „Zaćmienia). Nie wie, w co tak naprawdę pogrywa „szef” ich grupy, Riley. Nie ma pojęcia, jakie zasady panują w wampirzym świecie i kto te zasady egzekwuje (patrz: moi ulubieńcy – Volturi). I wreszcie: nie domyśla się nawet, że światło słoneczne wcale jej nie zabije.  Cały jej sposób myślenia zmienia się po bliższym poznaniu innego wampira z grupy, Diega.

Bohaterowie są naprawdę dobrze wykreowani. Bree to inteligentna, ale trochę zagubiona dziewczyna. Jej podstawowym celem jest przetrwanie, kombinuje więc na wszelkie możliwe sposoby. Z kolei Diego jest jeszcze bystrzejszy. Szybko zauważa, że Riley nie mówi m wszystkiego. Kawałek po kawałku odkrywa prawdę. Podczas gdy Bree woli się nie wychylać, Diego nie boi się ryzyka. I tych dwoje postanawia sobie zaufać, w tym świecie, gdzie ufność bywa śmiertelnie niebezpieczna. Podoba mi się, że ich relacje to nie jakieś wielkie love story. Mogły nim być, ale nie rozwinęły się aż tak. I dobrze. Wszystko było ładnie, naturalnie opisane.

Reszta postaci także wypadła świetnie. Riley z jego tajemniczymi powiązaniami z Nią (Victorią), okrutni Volturi, jak zwykle wzbudzający strach, Straszny Fred – w gruncie rzeczy sympatyczny i bystry wampir z trudnym do dokładniejszego zdefiniowania talentem do odstraszania innych. No i pod koniec – rodzinka Cullenów. Przedstawienie ich z perspektywy kogoś zupełnie im obcego było dobrym pomysłem. Nawet polubiłam tu Edwarda, jako statecznego rzecznika rodziny (a w „Zmierzchu” go nie trawiłam). Natomiast Bella, pojawiająca się tu w paru zaledwie zdaniach, cóż… nawet w tych kilku zdaniach razi głupotą i irytuje, jak mało kto. Naprawdę, mam na nią chyba jakąś alergię.

Akcja jest, nawet nieźle się rozkręca. Co prawda, jeśli ktoś czytał „Zaćmienie”, wie, jak skończy się cała historia, nie odbiera to jednak zupełnie przyjemności z jej czytania. Całość przypomina chwilami jakiś fanfiction pisany na blogu, co broń Boże, nie znaczy, że powieść napisana jest źle. Czyta się ją szybko, a brak podziału na rozdziały jakoś mi nie przeszkadzał.
Krótko mówiąc: porządna rozrywka. Polecam zarówno fanom „Zmierzchu”, jak i jego przeciwnikom. Ta książka różni się od serii. Nie ma w niej tego wszechobecnego patosu, narracja w wykonaniu Bree jest dziesięć razy lepsza niż pseudo-głęboki bełkot Belli, nie ma wychwalania Edwarda co dwie strony. I tylko wampiry wciąż świecą niczym bożonarodzeniowa choinka ;D


Cytat:
"Nasze istnienie nie ma żadnego znaczenia, jesteśmy jedynie smaczną przekąską. Zrozumiałam, jak to jest żyć wśród wrogów, będąc zawsze czujną, w ciągłej niepewności, w poczuciu zagrożenia"

Ocena: 7/10

Zachęcam do głosowania w ankiecie, jestem naprawdę ciekawa Waszych opinii :)

niedziela, 21 kwietnia 2013

[32] Gildia magów

Tytuł: Gildia magów

Seria: Trylogia Czarnego Maga #1

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki


Recenzja z dedykacją dla Stelli, która, gdy wyjęłam tę książkę na matematyce (trzeba w końcu twórczo wykorzystać lekcję xD) i zaczęłam ją czytać, zapytała "I co tam słychać w Gildii nudziarzy?" ;D



Jedna z moich koleżanek uwielbia twórczość  Trudi Canavan. Druga nie dobrnęła nawet do końca „Gildii magów”. Sięgnęłam więc bez wahania po tę powieść, chcąc się przekonać z którą z nich się zgodzę. Zdecydowanie bliżej mi do tej pierwszej opinii.

Akcja powieści toczy się w mieście Imardinie. Jego społeczeństwo jest warstwowe Najbiedniejsi mieszkają w slumsach. Funkcjonuje tam szajka przestępców, nie do końca jednak złych, zwanych Złodziejami. Znają oni wszystkie tajne przejścia i tunele pod miastem. Potrafią dostać się niemal wszędzie. Na obrzeżach miasta znajduje się Gildia magów. Jej członkowie mają pieniądze, władzę i pozycję.

Podczas corocznej Czystki (wyganiania biedniejszych mieszkańców z Wewnętrznego Kręgu do slumsów) sfrustrowana grupa dzieci i młodzieży rzuca w magów kamieniami. Atakowani nie przejmują się tym, są bowiem pewni, że nic nie przebije ich magicznej tarczy. Co jednak, jeśli pewna uboga dziewczyna odkryje w sobie przypadkiem magiczne moce?

Od tego wydarzenia Sonea, główna bohaterka, ukrywa się przed magami. Tylko oni są jednak w stanie pomóc jej kontrolować moc. Dziewczyna zostaje wplątana w intrygi członków Gildii.

Soneę lubię, ale bywa ona strasznie irytująca. Jest do tego stopnia podejrzliwa i nieufna wobec ludzi, że chwilami… naiwna. Czy ona chciała spędzić całe życie uciekając przed magami? Nie rozumiała, że prędzej czy później i tak by ją odnaleźli?

Jej przyjaciel, Cery, wykazuje się czasami podobną głupotą. Jego jednak można usprawiedliwić, bo jest zakochany. Nic dziwnego, że nie myśli racjonalnie. Poza tym jest sympatyczny.

Moją sympatię zdobyli też: starszy już mag Rothen oraz jego dość impulsywny były uczeń Dannyl. Z kolei Wielki Mistrz Akkarin jest bardzo tajemniczy. A intryganta Ferguna chyba nie da się lubić.

Tłem dla barwnych postaci jest interesująca Gildia ze swoją polityką i zwyczajami oraz trudna sytuacja społeczna mieszkańców slumsów. Magia ujęta w niekonwencjonalny sposób i ludzkie umysły pełne zamkniętych drzwi. Co skrywają?

Cała historia ciekawi. Jest porządnie napisana, choć sporo w  niej błędów redakcyjnych i kilka językowych. To trzeba jednak zrzucić na karb polskiego tłumacza i wydawnictwa.

Czego u Trudi Canavan brakuje? Myślę, że zwrotów akcji. Czegoś, co wbije w fotel i nie pozwoli nam oderwać oczu od lektury. Mam nadzieję, że w kontynuacji będzie działo się coś więcej. Ta część sprawia raczej wrażenie, że  czytelnik jest oprowadzany razem z Soneą po Gildii i wraz z nią poznaje tajniki magii. Powoduje to zwolnienie biegu wydarzeń, ale ma też swój urok i nadaje powieści swego rodzaju klimat.

„Gildię magów” z czystym sumieniem polecam, szczególnie tym, którzy lubią książki z odrobiną magii.


Cytat:
"Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce"

Ocena: 7/10

sobota, 2 marca 2013

[26] Drżenie

Tytuł: Drżenie

Seria: Wilkołaki z Mercy Falls #1

Autorka: Maggie Stiefvater

Wydawnictwo: Wilga



Do gatunku paranormal romance zraził mnie trochę „Zmierzch”. Poza tym wolę, gdy wątek romantyczny jest w książce gdzieś z boku, żeby nie przyćmiewał akcji. Wychodząc z biblioteki sama zastanawiałam się więc co mnie podkusiło, że wypożyczyłam „Drżenie”.  Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że to zasługa Waszych recenzji, które tę powieść wychwalały. W pełni się z nimi zgadzam.

Książka Maggie Stiefvater opowiada o miłości dziewczyny i wilkołaka. Miłości, jak nietrudno zapewne odgadnąć, trudnej. Sam i Grace przeżywają więc różne rozterki, borykają się z wieloma przeciwnościami. Wilki to przecież dzikie zwierzęta. Mieszkańcy Mercy Falls, nie znając ich tajemnicy, lękają się ich. A myśliwi bywają bezwzględni. W dodatku nadchodzi zima, a to właśnie ona zamienia ludzi w bestie. Co roku na dłużej odbiera im tożsamość.

Miłość  między głównymi bohaterami ukazana z punktu widzenia każdego z nich przedstawiona jest w ciekawy sposób. Naprawdę. Już dawno książka w której główny wątek to wątek romantyczny tak mnie nie wciągnęła. Może troszkę brakuje tu akcji, ale nie szkodzi.

Pomysł na wilkołaki autorka miała bardzo oryginalny. Zamiast pełni księżyca wpływ na wilkołaki ma temperatura. Im zimniej, tym większe prawdopodobieństwo przemiany. Przy każdym rozdziale podana jest aktualna temperatura – ciekawy zabieg.

Niezmiernie się cieszę, że autorce nie przyszło do głowy wpychać tam gdzieś trójkąta miłosnego, jak to robią w większości dzisiejszych książek.

Bohaterowie są tacy… ludzcy. Praktyczna, niezależna Grace i Sam z duszą artysty. Dwa różne światy, które nawzajem się uzupełniają. Isabel, pozornie oschła i oziębła, a jednak decydująca się pomóc głównym bohaterom. Olivia, troszkę zagubiona, z trudem potrafiąca zaufać nawet najlepszej przyjaciółce. Beck, opiekuńczy, ale również popełniający błędy. Rachel, typowa nastolatka. Jack, nieumiejący odnaleźć się w nowej sytuacji. Shelby ze swoją obsesją władzy. I w końcu rodzice Grace – skupieni za bardzo na karierze, nieorientujący się co właściwie przeżywa ich córka.

Wilki,. Wszechobecne w tej książce są wilki. No, wilkołaki. A ponieważ wilki uwielbiam, zachwyciły mnie i tutaj. Są wspaniale opisane. Trochę tajemnicze, niczym opiekunowie i duchy lasu.

Styl pisania sprawia, że „Drżenie” czyta się łatwo. Podział narracji pozwala poznać historię z dwóch odmiennych punktów widzenia. Ładna, nastrojowa okładka cieszy oko. Nic dodać, nic ująć. Odrobinkę schematyczna fabuła nie przeszkadza.

Myślę, że porównywanie powieści pani Stefvater do "Zmierzchu" umniejsza tej pierwszej, bo jest lepsza. 

Krótko mówiąc, pierwsze część serii o wilkołakach z Mercy Falls jest niebanalną romantyczną historią z  wplecionymi w tekst fragmentami poezji, naturalnie wypadającymi dialogami i urzekającym klimatem.  Opowieść o miłości, przyjaźni, zaufaniu. Polecam ; )



Cytat:
"Książki są bardziej prawdziwe, jeśli czyta się je na zewnątrz"

Ocena: 7/10


W tym tygodniu ukaże się podsumowanie lutego i nowa ankieta :)

sobota, 2 lutego 2013

[22] GONE. Faza czwarta: Plaga.

Tytuł: Faza czwarta: Plaga

Seria: GONE: Zniknęli # 4

Autor: Michael Grant

Wydawnictwo: Jaguar



To już moje czwarte spotkanie z Samem, Astrid, Ediliem i resztą dzieciaków z ETAPu – otoczonego nadnaturalną barierą terytorium wokół elektrowni, z którego zniknęli wszyscy powyżej piętnastego roku życia. Młodsi muszą radzić sobie sami.

Sytuacja w ETAPie nie wygląda dobrze.  Epidemia morderczej grypy zbiera swoje śmiercionośne żniwo, demon ucieka z więzienia, mały Pete, najpotężniejsza istota w tym świecie,  przeżywa trudne chwile, olbrzymie insekty… Brrr. O nich nawet nie chcę się rozpisywać.

Pod wieloma względami jest podobnie do poprzednich części i naprawdę nie wiem, co by tu jeszcze napisać. Dużo, dużo akcji. Jak zwykle. Rozwijające się postacie. Jak zwykle. I historia rodzącego się z chaosu społeczeństwa. Jak zwykle. A nie, chwila. To nie ta część.

Poziom tej serii spadł. Poprzednie trzy części są rewelacyjne, bo to coś więcej niż zwykła przygotówka. To było zagłębienie się w psychikę pozostawionych samym sobie nastolatków. Opowieść o walce o władzę i o odpowiedzialności, która się z tą władzą wiąże. Czwarta część podtrzymuje temat, ale już go nie zgłębia. Nie ma w niej żadnych nowych wniosków.

Końcówka jest świetna. To muszę przyznać. Cała przemowa Caina i tak dalej. Rewelacja. Takie fragmenty aż chce się czytać.

Ale poza tym wszystkiego jest za dużo i jednocześnie za mało, nawet nie wiem, jak to opisać. Po pierwsze zabrakło mi jakichkolwiek informacji o przedszkolu. Wiem, że Mary już nie ma, ale ktoś przecież musiał przejąć opiekę nad niemowlętami, prawda? Może i się czepiam, ale według mnie to poważne niedopatrzenie, bo w pierwszych trzech książkach na przedszkolu skupiały się spore fragmenty.

Poza tym irytuje mnie to, że bohaterowie wciąż podejmują te same błędy. Wiem, są młodzi, naiwni itd., ale to, co przeżyli powinno ich chyba czegoś nauczyć, czyż nie? Jedyną osobą, która wyciąga z czegoś jakieś wnioski wydaje się być Sam (wybaczcie, ale nadal go uwielbiam). 

Nie znaczy to, że „Plaga” mi się nie podobała, co to to nie. To świetna książka, naprawdę wciągająca. I kocham te postacie. Moim nowym ulubieńcem został Sanjit. Ten chłopak jest tak optymistyczny, a jego teksty na podryw tak rozwalające, że niemal każda scena z jego udziałem wywołuje uśmiech na twarzy.

Po prostu myślę, że było tu kilka słabszych fragmentów, czegoś zabrakło. Ale wciąż nie mogę się doczekać kolejnej powieści z tego cyklu.

Mam nadzieję, że w „Fazie piątej” autor wróci do dawnej formy.

Polecam, polecam, polecam. Mimo wszystko.


Cytat:
"Dobro i zło nie pochodzą od Boga. Są w nas. Dobrze o tym wiemy. Nawet kiedy Bóg pojawia się tuż przed nami i mówi nam wprost, że mamy zabijać, to wciąż jest złe. "

Ocena: 7/10

Recenzja krótka, ale nie będę się wciąż powtarzać, prawda? 

Jakoś w poniedziałek pojawi się podsumowanie miesiąca. Pozdrawiam : )




niedziela, 27 stycznia 2013

[21] Książę mgły

Tytuł: Książę mgły

Autor: Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: MUZA SA



Carlos Riuz Zafón to autor znany przede wszystkim z „Cienia wiatru” i „Gry anioła”. Żadnej z nich jednak nie czytałam, zetknęłam się za to z debiutancką powieścią tego autora, adresowanym (w przeciwieństwie do wyżej wymienionych) raczej do młodzieży „Księciem mgły”.

Książka opowiada o trzynastoletnim Maxie Carverze, którego rodzina z powodu wojny przeprowadza się do małego miasteczka nad brzegiem morza. Chłopiec nie jest zadowolony z tego, że musi opuścić miejsce, w którym mieszkał od urodzenia. W nowym domu dzieją się dziwne rzeczy. Podejrzany kot zyskuje sympatię ośmiolatki Iriny, młodszej siostry Maxa, wskazówki dworcowego zegara chodzą do tyłu, a za domem znajduje się dziwny ogród posągów.

Max szybko poznaje nowego przyjaciela. Siedemnastoletni Roland opowiada mu miejscową legendę o Księciu Mgły – czarowniku, którego statek zatonął niedaleko plaży. Mówi też młodszemu koledze  o historii domu, do którego się przeprowadzili. Należał on do doktora Fleishmanna. Długo wyczekiwany syn doktora, mały Jacob, zatonął wiele lat wcześniej. Jego śmierć skrywa jednak pewną tajemnicę… Czy stary latarnik pomoże chłopcom w jej odkryciu? Czy nurkowanie w pobliżu wraku okrętu jest bezpieczne? Czy kot Iriny jest zwyczajnym zwierzęciem? Kto nakręcił filmy znalezione w piwnicy?

Tajemnic w tej powieści jest sporo, przez co nie można się od niej oderwać. Czytałam ją chyba dwa czy trzy razy i jak na razie mi się nie znudziła. Ma niepowtarzalny klimat. Zafón świetnie buduje napięcie i potrafi zaciekawić czytelnika.

Językowo jest… w porządku. Jak na debiut, naprawdę dobrze. Chwilami gubiłam się co prawda w opisach akcji, a dialogi bywały jak na nastolatków zbyt sztywne, ale poza tym nie mam zastrzeżeń.

Postacie są sympatyczne, większość z nich polubiłam. Rezolutny, niezwykle dojrzały jak na swój wiek Max, jego zamknięta w sobie starsza siostra, Alicja, zaradny Roland i jego przyszywany dziadek – latarnik, skrywający wiele tajemnic. No i przesadnie entuzjastyczny pan Carver. Jego chyba nie można nie polubić, pojawienie się tego bohatera, zawsze wzbudza pobłażliwy uśmiech na mojej twarzy.

Mamy tu wątek romantyczny między Rolandem i Alicją oraz opowieść o rodzeństwie, mieszkającym przecież razem przez całe życie, a nie będącym ze sobą zbyt blisko. Dopiero traumatyczne przeżycia scalają brata i siostrę.

„Książę mgły” to wciągająca książka o zaskakującym i przejmującym zakończeniu. Z całą pewnością warto ją przeczytać. 


Cytat:
"(...)pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu."

Ocena: 7/10

Przepraszam za to małe, jednodniowe opóźnienie.

sobota, 22 grudnia 2012

[18] Opowiadania bożonarodzeniowe

Tytuł: Opowiadania Bożonarodzeniowe

Autor: Bruno Ferrero

Wydawnictwo: Wydawnictwo Salezjańskie


"Opowiadania bożonarodzeniowe" to zbiór sześćdziesięciu przepięknych, pełnych ciepła opowieści o świętach. Uczą, bawią, nadają się zarówno do czytania dzieciom, jak i dla dorosłych. Skłaniają do zadumy i refleksji. Pokazują, o co naprawdę chodzi w Świętach Bożego narodzenia.

Można je czytać wiele razy, a nigdy się nie znudzą. Napisane są prostym, zgrabnym stylem. Każde z nich ma najwyżej kilka stron, więc czyta się je bardzo szybko, a każde  sprawia, że chcemy poznać więcej opowiastek.

To opowiadania zarówno nowe, jak i te, które znamy od lat, zebrane w jednej dwustu-stronicowej książeczce, o uroczej, delikatnej okładce. Pierwsze litery tytułów napisano ozdobną, cieszącą oko szarą czcionką.

Każda opowieść poprzedzona jest jednym lub dwoma króciutkimi zdaniami, zawierającymi przesłanie danej opowiastki.

Trudno mi wskazać swoje ulubione opowiadanie, uwielbiam je wszystkie. Do moich ukochanych z pewnością należą:
  • Tatuś na Boże Narodzenie - o chłopcu, którego pozornie niemożliwe do zrealizowania świąteczne marzenie się spełniło
  • Tunika Idrisa - o tym, jak ważne są uczucia ludzkie
  • Najinteligentniejszy syn - o tym, co naprawdę ważne
  • Maleńka - o małej dziewczynce, potrafiącej cieszyć się życiem, jak nikt inny
  • Staruszka, która czekała na Boga - o tym, jak często nie dostrzegamy dobra w drugim człowieku
  • Paczuszka w złocistym kolorze - o tym, jak niewiele trzeba, by wywołać uśmiech na twarzy drugiego człowieka.
Idealna książeczka na Boże Narodzenie. Prosta i niepozorna, a zawiera tyle ciepła i mądrości. 

Cytat: 
"- Hurra - krzyknęła Hela, gdy zostały same w domu - Paczuszka wróciła do nas! Ale teraz, babciu, powiedz mi, co jest tam w środku?
- Nic specjalnego - odpowiedziała babcia - jedynie trochę miłości"

Ocena: 7/10

To by była taka recenzja z okazji świąt. Znowu nie zdążyłam w tym tygodniu dodać Top 10, przepraszam, ale tak czasami będzie. 



Życzę Wam wszystkim zdrowych, spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Żeby były czymś więcej, niż tylko Kevinem na Polsacie. Żeby zostawiły w nas trwały ślad i taką dawkę pozytywnej energii, aby starczyła na cały rok. 



sobota, 3 listopada 2012

[11] Żelazny Dwór (Żelazny Król i Żelazna Córka)

Tytuł serii: Żelazny Dwór

Poszczególne części:

  1. Żelazny Król
  2. Żelazna Córka
  3. (tytuł oryginału) Iron Queen

Autorka: Julie Kagawa

Wydawnictwo: Amber

Uwaga!!! Recenzja obejmuje wyłącznie pierwszą i drugą część serii.



Po „Żelaznego króla” sięgnęłam po przeczytaniu mnóstwa pochlebnych opinii w Internecie. Nie zawiodłam się. Literacki debiut Julie Kagawy okazał się interesującą powieścią. Bez wahania kontynuowałam swoją podróż po stworzonej przez autorkę magicznej krainie Nigdynigdy (jeden z niewielu minusów powieści -  idiotyczna nazwa krainy) w „Żelaznej córce” – drugiej części trylogii „Żelazny dwór”.

 Główną bohaterką cyklu jest szesnastoletnia Meghan Chase. Jest to jedna z tych postaci w książkach, które mają nas przekonać, że aby być dobrym trzeba być biednym. Meghan bowiem mieszka na przedmieściach, jej matka i ojczym mają farmę, a dziewczyna znana jest w szkole jako „ta dziwaczka z bagien”. Jej obiektem westchnień jest bogaty (czyli niezbyt sympatyczny) kapitan szkolnej drużyny futbolowej.

Meghan nie jest jednak biedną, nawiną ofiarą. Stara się nie przejmować tym, że nie ma najnowszego telefonu czy komputera. Cierpliwie znosi to, że ojczym wydaje się ją ignorować. To silna wewnętrznie i odważna dziewczyna, którą polubiłam.

 W dniu szesnastych urodzin bohaterki okazuje się, że jej najlepszy przyjaciel, Robbie tak naprawdę jest Robinem Koleżką, zwanym Pukiem, ze „Snu nocy letniej”. Przyrodni braciszek dziewczyny, Ethan, zostaje porwany przez istoty z magicznego świata, z którego Puk pochodzi. Meghan wraz z przyjacielem rusza chłopcu na pomoc.

 W krainie Nigdynigdy czeka na nią wiele niebezpieczeństw, wielka miłość, prawda o własnej przeszłości oraz odpowiedzialność za losy świata (jakżeby inaczej). W wykreowanym przez Julie Kagawę świecie magii władza jest podzielona między dwa dwory: Letni i Zimowy, które szczerze się nienawidzą. Podczas gdy ich władcy: Letni Król, Oberon i Mroczna Królowa, Mab trwają w konflikcie, w siłę rośnie potężny wróg, prawdziwe zło – Żelazny Król.

Stworzone z ludzkich marzeń, snów i wyobraźni, elfy, czerwone kapturki, trolle i inne podobne im stworzenia nie mogą znieść nawet dotyku żelaznych stworów -  zrodzonych z marzeń o postępie i technologii gremlinów itp.

Meghan, by ocalić krainę i swojego brata musi współpracować nie tylko z Robinem, lecz także jego odwiecznym wrogiem  - Mrocznym Księciem, Ashem. Dodajmy, że Ash jest nie tylko bardzo niebezpieczny, ale również nieziemsko przystojny i w głębi duszy wrażliwy. W „Żelaznej córce” Meghan trafia na Zimowy Dwór jego matki, ale książę we własnym domu zachowuje się zupełnie inaczej… Jaka historia łączy jego i Puka? Jak pokonać Żelazne istoty? Czy jest jeszcze szansa na ocalenie Ethana? I gdzie w tym wszystkim jest miejsce Meghan?

Pierwszoosobowej narracji nie można nic zarzucić, podobnie jak dialogom czy starannym opisom. Widać, że autorka ma naprawdę spory potencjał. Jej wyobraźnia jest ogromna, a stworzony przez nią świat intrygujący. Akcja jest wartka i czytelnik nie ma szans na nudę. Z zapartym tchem obserwowałam zmagania bohaterów z żelaznymi istotami. Z uwagą obserwowałam różnice między Letnim, a Zimowym Dworem i panujące w Nigdynigdy zwyczaje.

 Jak już wspomniałam, Meghan wzbudziła moją sympatię. Chwilami co prawda irytowała, ale i tak z całego serca jej kibicowałam. Podziwiam jej odwagę i to, jak wiele potrafi poświęcić dla ocalenia rodziny, choć niejednokrotnie czuła się w niej samotnie. Puk był z kolei tak sympatyczny, że wprost nie sposób go nie polubić. Jego psikusy i odzywki bywały wnerwiające, ale też i zabawne. Ash jest… świetny. Naprawdę lubię w książkach takich bohaterów – aroganckich, pewnych siebie, tajemniczych. Z klasą.  Do ciekawych postaci można też zaliczyć gadającego kota, chadzającego zawsze własnymi ścieżkami Grimalkina (przypominającego nieco Solembuma z serii o Eragonie), lojalnego do końca Żelaznego Konia, małomównego Ethana, przywiązanego do Meghan całym swoim dziecięcym serduszkiem i Leanansidhe, królową Wygnańców. Nie polubiłam jednak żadnego z władców, denerwowali mnie wszyscy, zarówno Mab, Tytania (miałam ochotę wleźć do książki i walnąć ją w tą królewską twarz) jak i Oberon, choć ten ostatni może najmniej. Nieźle wykreowani zostali bracia Asha – niby podobni, a jednak całkowicie różni od siebie.
Pierwsza część trylogii podobała mi się bardziej, bo w drugiej wprowadzono trójkąt miłosny, który w krótkim czasie zaczął mnie męczyć. To schemat tak oklepany, że automatycznie mnie odrzuca. W dodatku główna bohaterka wychodzi przez niego na idiotkę, która nie wie czego chce, a przecież taka nie jest. Na szczęście Meghan dość szybko dokonuje wyboru. Mam nadzieję, że w trzeciej części nie będzie miała nagle wątpliwości kogo kocha.

Warto wspomnieć o oprawie graficznej książki. Okładki są bardzo ładne, choć najchętniej udusiłabym tego, kto zadecydował, by umieszczczać na nich hasła reklamowe i fragmenty pochlebnych recenzji. Niestety, komercja jest w dzisiejszych czasach bardzo powszechna. Dodatkowo początek każdego rozdziału ozdobiony jest ornamentem. Szkoda, że w książkach nie ma spisu treści. Niby szczegół, ale przydatny.

Polecam wielbicielom wszelkich baśni i legend, bo „Żelazny dwór” odzwierciedla ich cudowny klimat. Mamy tu niebezpieczeństwo i niemożliwą miłość rodem z „Romea i Julii. Dodatkowo wątek przygodowy i romantyczny idealnie się uzupełniają. Autorka stworzyła świat, do którego chciałoby się trafić choćby na chwilę, a to ogromny sukces. Ja z pewnością sięgnę po kontynuację przygód Meghan.


Cytat:
„- No i co z tego? [...] Mówisz mi, że nie zdradzę przyjaciół i rodziny. Jeśli to słabość, to chcę taką mieć.”

Ocena: 7/10


Oznajmiam, że akcja Top 10 zagości na moim blogu na stałe. Rankingi te będą ukazywały się w każdą niedzielę (czyli dzień po recenzji). Tematy będę wybierała również z tych starszych.
Po prawej stronie pojawiła się ankieta, w której możecie wybrać książkę/serię miesiąca. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii, więc zachęcam do głosowania =)



sobota, 20 października 2012

[9] Percy Jackson i bogowie olimpijscy

Tytuł serii: Percy Jackson i bogowie olimpijscy


Poszczególne części: 

  1. Złodziej pioruna
  2. Morze Potworów
  3. Klątwa Tytana
  4. Bitwa w labiryncie
  5. Ostatni Olimpijczyk
Autor: Rick Riordan

Wydawnictwo: Galeria Książki



Po serię „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy” sięgnęłam po obejrzeniu ekranizacji pierwszej części. Film ten, pomimo kilku niedociągnięć, naprawdę mi się podobał, polecam go wszystkim.

Książkowy pierwowzór, jak to zwykle bywa, okazał się  jeszcze lepszy. Przede wszystkim dzięki genialnemu stylowi autora, Ricka Riordana. Książka jest dowcipna, napisana z ogromnym poczuciem humoru. Dominuje w niej prosty, młodzieżowy, ale na pewno nie prymitywny język. Opisy są bardzo plastyczne, dialogi zabawne i ogólnie wszystko na bardzo wysokim poziomie. Całą serię czyta się błyskawicznie za sprawą wartkiej akcji.

Sam pomysł „Percy`ego Jacksona” jest rewelacyjny. Otóż okazuje się, że bogowie starożytnej Grecji naprawdę istnieją! I wciąż flirtują ze śmiertelnikami, a owocem ich romansów są herosi, którzy często przez wiele lat nie zdają sobie sprawy z własnego pochodzenia. Półbogowie są ścigani przez potwory i, aby ich ochronić, utworzono dla nich specjalny obóz szkoleniowy. Część z nich mieszka tam stale, część tylko przyjeżdża na wakacje. Współczesnym Olimpem jest Empire State Building, a bogowie, tak jak w dawnych mitach, wciąż się ze sobą kłócą. Kilkoro z nich przyłącza się do okrutnego tytana, licząc na władzę nad światem. Zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia, że dzieje się coś niezwykłego, wszystko przesłania im mgła. Taką oto wizję współczesności przedstawia nam w swoich powieściach Rick Riordan.

Głównym bohaterem serii jest Percy Jackson - dwunastolatek, który dowiaduje się, że jest synem boga mórz, Posejdona. Chłopak znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie i musi uciekać przed potworami. Trafia do Obozu Herosów, skąd zostaje wysłany na niebezpieczną misję od której zależą losy świata. Świat zostaje oczywiście uratowany, ale nie na długo. Walka ze złem trwa przecież pięć książek. Percy i jego przyjaciele przeżyją w nich mnóstwo niebezpiecznych przygód, poznają siłę lojalności i przyjaźni, uświadomią sobie (i bogom) jak ważna jest rodzina oraz na zawsze odmienią Obóz Herosów. Całość jest naprawdę interesująca.

A teraz kilka słów o postaciach. Herosów jest mnóstwo, a każdy ma jakieś tam charakterystyczne cechy, więc nie jest źle, chociaż, szczerze mówiąc, szału nie ma. Najbardziej polubiłam Thalię, Annabeth i… tego chłopca, syna Hadesa z trzeciej części (wybaczcie, trochę czasu minęło odkąd czytałam tą książkę i zupełnie wyleciało mi z głowy jego imię, ale pamiętam, że to była ciekawa postać, choć niejednokrotnie miałam ochotę jej przywalić). Sam Percy też mnie jakoś zbytnio nie irytował, nawet go lubiłam. Najlepiej wykreowanymi w tej serii postaciami są jednak greccy bogowie. Każdy z nich jest niepowtarzalny. Rick Riordan doskonale wykorzystuje informacje o bogach z mitologii, jednocześnie ich uwspółcześniając (nie ma to jak Posejdon w hawajkach xd). Poza bogami i półbogami mamy też całkiem sporo satyrów, centaurów i innych mitycznych stworzeń. Szeroka gama potworów jest dużym plusem „Percy`ego”.

Jest jedna rzecz, która bardzo mi się nie podobała i głównie z jej powodu nie oceniam tej serii na 6. Otóż pomimo oryginalnego pomysłu, autor oparł fabułę na schemacie tak podobny do „Harry`eo Pottera”, że aż się dziwię, że Percy nie ma żadnej blizny na czole. Przyjrzyjmy się temu podobieństwu. Główny bohater to chłopiec (niezbyt lubiany w szkole), który pewnego dnia dowiaduje się, że istnieje inny świat, pełen czarów i stworzeń, które do tej pory znał tylko z legend, a on sam do tego świata należy. Trafia do miejsca gdzie jest mnóstwo innych, podobnych do niego dzieciaków, ale to on jest tym wyjątkowym. Jego najlepszym kumpel jest lekką  niezdarą, ale świat magiczny zna o wiele dłużej od niego, a najlepsza przyjaciółka jest bardzo przemądrzałą, ale wrażliwą dziewczyną. We trójkę muszą uratować losy świata. Brzmi znajomo?

 Wśród tej całej mitologicznej otoczki możemy jednak śmiało zignorować schematyczność i cieszyć się naprawdę świetną rozrywką, którą zapewniają nam powieści z serii: „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”. Polecam tym, dla których książka ma być przygodą i rozrywką.


Cytat:
„Nawet najdzielniejszym zdarza się upadek.”


Ocena: 7/10

sobota, 13 października 2012

[8] Dziedzictwo

Tytuł serii: Dziedzictwo

Poszczególne części:
  1. Eragon
  2. Najstarszy
  3. Brisingr
  4. Dziedzictwo
Autor: Christopher Paolini

Wydawnictwo: MAG



Swój sukces „Eragon” zawdzięcza w dużej mierze promocji. O książce w krótkim czasie zrobiło się bardzo głośno, przedstawiano ją jako arcydzieło „cudownego dziecka”, bowiem Christopher Paolini wpadł na pomysł napisania jej w wieku piętnastu lat. Podkreślam:  wpadł na pomysł. Powieść została wydana, gdy jej autorowi stuknęła już dziewiętnastka, w dodatku początkowo w  wydawnictwie jego rodziców. Ponadto cykl miał być trylogią, tylko że ostatecznie ta trylogia… ma cztery części. W Polsce nawet pięć!

Cała seria „Dziedzictwo”, której akcja rozgrywa się w magicznej krainie Alagaesii, opowiada o nastoletnim Eragonie, chłopcu wychowywanym przez ciotkę i wujka, nie znającym własnych rodziców,  który pewnego dnia znajduje niezwykły kamień. Chyba nie zdradzę zbyt wiele, oznajmiając, że kamień okazuje się smoczym jajem. Wykluwa się z niego smoczyca Saphira, a prosty, wychowany na wsi, Eragon zostaje żywą legendą – pierwszym Smoczym Jeźdźcem od wielu lat. Ścigany przez żołnierzy króla Galbatorixa (okrutnego tyrana, który podstępem zdobył władzę) chłopak musi wraz ze starym bajarzem uciekać z rodzinnej miejscowości. Wkrótce bajarz Brom staje się jego mentorem, a Eragon postanawia przyłączyć się do Vardenów – buntowników, walczących z Galbatorixem. Jak się pewnie domyślacie, główny bohater wraz ze swoim smokiem przeżyje wiele niebezpieczeństw, spotka wielką miłość, zdobędzie nowych przyjaciół i wrogów, pozna tajemnicę własnej przeszłości itd. Odwiedzi też krainę elfów, siedziby zamieszkiwane przez krasnoludów oraz dawną ojczyznę Smoczych Jeźdźców. Nauczy się władać mieczem i magią.

Jeśli chodzi o stylistykę, to dialogi naprawdę w porządku, opisy emocji… chwilami zbyt patetyczne, natomiast przez niektóre opisy trudno przebrnąć. Język momentami bardzo ciężki, jakby Paolini chciał nam na siłę udowodnić, że jest dojrzałym pisarzem. Napisy z tyłu okładki głoszą, że „czytając tę książkę, czuje się od razu, że napisała ją młoda osoba. Koleś wrzucił na strony książki teksty zrozumiałe dla ludzi w jego wieku”.  Ja takowych tekstów nie znalazłam.

Fabuła bardzo schematyczna. Christopher Paolini tak naprawdę nie pokazuje niczego nowego, wykorzystuje znane i sprawdzone motywy. Mamy biedną sierotę, która ratuje świat od „tego złego”.  Mamy wojny i bitwy, konsekwentnie przez wyżej wymienioną sierotę wygrywane. Mamy naród nieświadomy tego, kto naprawdę jest zły. I mamy opowieść o odwadze, słusznych wyborach i poświęceniu. W całej serii jest  jednak tak wiele wątków, układających się w spójną całość, że pomimo, iż od początku domyślamy się zakończenia,  czytamy dość szybko i chętnie. Przynajmniej ja czytałam. „Dziedzictwo” o dziwo, nawet mnie wciągnęło. Wartka akcja i postacie, które dojrzewają wraz z powieścią (i chyba samym autorem) sprawiły, że nie nudziłam się przy lekturze.

Mówiąc o postaciach… Sam Eragon z początku jest dość naiwny i dziecinny, ale nie należy do tego typu głównego bohatera, którego co druga scenę mamy ochotę za jego naiwność udusić (jak Kelsey z „Klątwy tygrysa”), z biegiem czasu zaczynamy go nawet lubić. Najbardziej z całej serii polubiłam Broma – po prostu za całokształt. Interesujący jest też Murtagh (zwłaszcza  w ostatniej części), Nasuada (urodzona przywódczyni), Saphira (smoczyca z poczuciem humoru), zielarka Angela (najbardziej tajemnicza bohaterka) i jej kotołak Solembum. Aryi też nie mogę nic zarzucić. Ba, mogę ją za coś pochwalić – za rozsądek. Elfka nie chce wiązać się z Eragonem, bo jest od niego ponad sto lat starsza, a w obecnej fantastyce rzadko zdarza się, by taka różnica wieku przeszkadzała w związku (patrz: „Zmierzch).

Świat skonstruowany przez Paoliniego nie odbiega zbytnio od innych książek fantasy, więc nie będę się nad nim zbytnio rozwodzić. Podoba mi się sposób, w jaki przedstawiona jest w nim magia – coś więcej niż machanie ręką czy różdżką. W Alagaesii magia to przede wszystkim odpowiedzialność.

Ze wszystkich ras w „Dziedzictwie” na uwagę zasługują kotołaki. Dość oryginalne, ciekawe i tajemnicze. Chadzają zawsze własnymi ścieżkami, ich intencje są trudne do odgadnięcia. Dobre wrażenie psuje jednak scena, w której negocjują z Nasuadą warunki sojuszu. Ich żądania są wręcz śmiesznie zwyczajne i mam wrażenie, że przeciętny dachowiec miałby podobne, a przecież autor usilnie próbuje nam udowodnić, że kotołaki zwykłymi dachowcami nie są.

W serii o Eragonie można doszukać się tylu podobieństw do „Władcy pierścieni”, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Charakterystyka elfów i ich pochodzenie są wyraźnie wzorowane na tych tolkienowskich.  Urgale to przerobieni orkowie, Ra`zacowie – mroczni jeźdźcy, mamy nawet żyjące drzewo (niczym enty u Tolkiena). To tylko niektóre z podobieństw. Co prawda ciężko napisać fantasy, które nie będzie miało czegoś wspólnego z książkami o Śródziemiu, jednak podobieństwo zakończenia to już spora przesada.

Najlepiej wypadły moim zdaniem pierwsza i ostania część. W dwóch pozostałych najciekawsze są moim zdaniem lekcje Eragona u elfów. I przeszłość Broma.

Ogólnie miałam chwilami wrażenie, że autor chce się przed nami popisać swoją elokwencją i dość usilnie narzucić własne poglądy na pewne sprawy, np. religię. 

Oprawa graficzna przypadła mi do gustu, smoki na okładce naprawdę mi się podobały. Z przodu każdej części mamy mapkę, z tyłu – słowniczek pradawnej mowy.

Będę miłosierna i nie wypowiem się o filmie na podstawie książki. Będę miłosierna i opiszę go tylko jednym słowem: dno.

Na koniec dodam, że polski wydawca, nastawiony najwyraźniej jedynie na zysk, zupełnie niepotrzebnie podzielił ostatnią część „Dziedzictwa” na dwie. Mapka znalazła się w pierwszej, słowniczek w drugiej. Zabieg irytujący i kompletnie pozbawiony sensu. Cóż… Polak potrafi : )


 Mimo tych wszystkich wad polecam. Wbrew pozorom lubię tę książkę i to bardzo. Za smoki, magię, smoki, przygodę, smoki, postacie i smoki. A wspominałam już o smokach?


Cytat:

„Potwory umysłu są znacznie gorsze niż te istniejące naprawdę. Strach, zwątpienie i nienawiść okaleczyły więcej osób niż jakiekolwiek zwierzęta.”


Ocena: 7/10

Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo