Harry Potter Broom -->

sobota, 27 grudnia 2014

[92] Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym

Tytuł: Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.


Autorka: Regina Brett

Wydawnictwo: Insignis

Ilość stron: 300


O książkach Reginy Brett jest ostatnio dość głośno, a i czytałam kilka bardzo pochlebnych recenzji, toteż gdy przypadkiem wpadł mi w ręce zbiór felietonów pod uroczym tytułem „Jesteś cudem”, nie wahałam się ani chwili. I wiecie co? Wy też się nie wahajcie.

„Jesteś cudem.”, jak sam podtytuł wskazuje, to „50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.” 50 felietonów, które naprawdę (nie przesadzam!) mogą zmienić sposób patrzenia na świat. 50 niezwykłych historii zwykłych ludzi.

Te opowieści czyta się błyskawicznie, napisane są bardzo przystępnym, ale pełnym humoru i życzliwości językiem. Regina Brett potrafi świetnie kontaktować się z czytelnikiem. Ciekawi, zmusza do refleksji. Jednocześnie jest w tym swoim pisaniu sympatyczna i bardzo wyrozumiała, niczego nie narzuca, nie moralizuje. Po prostu proponuje inne rozwiązania.

O jakich rozwiązaniach mowa? O tym, byśmy nigdy się nie poddawali, wierzyli w siebie i w drugiego człowieka, zawsze starali się czynić dobro. Być dla innych, ale też nie zapominać o własnych potrzebach. „Jesteś cudem” – przekonuje autorka każdego z nas. Tak naprawdę każda z tych 50 historii pokazuje nam, jaka siła drzemie w ludziach, jak niewiele trzeba, by kogoś uszczęśliwić. Zdecydowanie przywraca to wiarę w człowieka, w ludzką dobroć, w to, że świat wcale nie jest taki zły. To naprawdę optymistyczna lektura, która dodaje nam mnóstwa pozytywnej energii.

Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć. Książka ta jest wyraźnie pod wpływem wiary chrześcijańskiej i jeśli czujecie naprawdę silną niechęć do poruszania tematu wiary, możecie się zniechęcić. Widziałam sporo komentarzy, w których właśnie na ten aspekt „Jesteś cudem” narzekało sporo ludzi. Mnie to nie przeszkadzało, wydaje mi się, że autorka nikogo do niczego na siłę nie przekonuje. Ale może, jako osoba wierząca, odbierałam to inaczej?

Nie mogę nie wspomnieć, że książka jest bardzo ładnie i starannie wydana, a urocza okładka cieszy oko.


Nie mam pojęcia, co jeszcze mogłabym napisać o tej pozycji. Jeśli chcecie dowiedzieć się o niej czegoś więcej, przeczytajcie sami. Naprawdę nie powinniście tego żałować. Dla mnie to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. 


Cytat:
"Żadna nadzieja nie jest zbyt śmiała. Żadna potrzeba nie jest zbyt wielka. Żadna nadzieja na cud nie jest zbyt absurdalna."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




piątek, 19 grudnia 2014

Szlachetna Paczka

Wiem, że już ponad tydzień nie było recenzji, wybaczcie. Strasznie szybko leci ten przedświąteczny czas, prawda? Dziś co prawda również bez recenzji (która powinna pojawić się jeszcze przed świętami), ponieważ nie mogę się powstrzymać i czuję,  że muszę Wam napisać o czymś baaaardzo pozytywnym, czego ostatnio doświadczyłam, mianowicie o Szlachetnej Paczce! 



14 lat temu Ksiądz Jacek Stryczek z Krakowa wpadł na pomysł przygotowania świątecznych paczek dla przyjaciół w potrzebie. Dziś projekt łączy ludzi w całej Polsce. W tym roku pomoc otrzymało ponad 19,5 tys. rodzin!

Na czym polega jego wyjątkowość? Paczki trafiają do najbardziej potrzebujących rodzin. Każdą z nich opiekuje się wolontariusz, który odwiedza rodzinę, rozmawia z jej członkami i orientuje się w konkretnych potrzebach. Te bywają różne - od żywności i artykułów chemicznych, poprzez ubrania i zabawki aż do mebli i sprzętów AGD. Najważniejsze jest jednak to, że Paczka to nie zwyczajna pomoc materialna. Ma być impulsem do zmiany, sygnałem dla rodziny: "Ktoś się o Was troszczy, jesteście dla nas ważni". Ma być mądrą pomocą.

To filcowa sówka,
którą dostałam od rodziny. : )
W tym roku postanowiłam zostać wolontariuszką Szlachetnej Paczki. Niecały tydzień temu odbył się finał projektu, a upominki dotarły do moich dwóch paczkowych rodzin. Wyobraźcie sobie miny ludzi, do których mieszkania wolontariusze wnoszą kilkanaście paczek ozdobionych świątecznym papierem. Wyobraźcie sobie dzieciaki wyciągające z tych pudeł nowe zabawki, książki, ubrania i mnóstwo słodyczy. Wyobraźcie sobie, że znajdują się tam ich wymarzone prezenty, specjalnie dla nich! Uśmiechy na ich twarzach są bezcenne. 

Konkretny człowiek pomagający konkretnemu człowiekowi - to jest siła całej akcji. Wiecie, z czego najbardziej cieszyła się jedna z rodzin? Z kartek świątecznych wykonanych przez dzieci ze szkoły, która przygotowała dla nich Paczkę. Od razu wylądowały na półce za szybką, by były dobrze widoczne.

A tutaj laurka od dzieciaków.^^
Co roku włącza simę w ten projekt coraz więcej osób. Siostry Radwańskie, ekipy aktorów z seriali telewizyjnych (m.in. "Klanu" czy "M jak miłość"), Kamil Stoch, Szymon Majewski, Anna Mucha, siatkarze Asseco Resovii Rzeszów. Ba! Tym razem dla jednej z rodzin Paczkę osobiście przygotował nawet papież Franciszek! 

Mówi się, że w  Szlachetnej Paczce wszyscy wygrywamy. Zaraz Wam to wyjaśnię. Darczyńcy, pomagając, czerpią z tego niesamowitą radość. Wolontariusze, wierzcie mi, widząc radość obdarowanych rodzin, czerpią z tego mnóstwo energii. Rodziny dostają sygnał, że ich los nie jest nikomu obojętny. To wszystko przywraca wiarę w ludzi. 


Naprawdę dawno nie przeżyłam czegoś tak pozytywnego i wzruszającego. Dlatego wszystkich Was zachęcam, by za rok włączyć się jakoś w tę akcję - uwierzcie mi, że warto. Można zostać wolontariuszem, a można przygotować Paczkę. Zbierzcie znajomych, rodzinę, zaangażujcie całą szkołę, zakład pracy. Razem możemy więcej!

I kolejna laurka.

Niech te święta będą nie tylko dla nas. Bądźmy też w ten bożonarodzeniowy czas my dla kogoś!

czwartek, 11 grudnia 2014

[91] Krucha jak lód

Tytuł: Krucha jak lód

Autorka: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 606


Jodi Picoult nie boi się trudnych tematów. Widziałam to już w „Bez mojej zgody”, zobaczyłam także tym razem, w powieści „Krucha jak lód” tej samej autorki.

W obydwu tych książkach możemy dostrzec wiele podobieństw. Nieuleczalnie chora dziewczynka, jej rodzeństwo, rodzice, próbujący poradzić sobie z opieką nad niepełnosprawnym dzieckiem, w tle proces sądowy, dzielący rodzinę. A mimo tego, każdą z tych opowieści czytało się inaczej, każdą inaczej się przeżywało.

O czym w takim razie jest „Krucha jak lód”? Główną bohaterkę, Willow, poznajemy poprzez to, co mówią o niej (a właściwie do niej) inni. To ona jest adresatką poszczególnych rozdziałów, w których każda z ważniejszych postaci dochodzi do głosu w pierwszoosobowej narracji. Willow ma pięć lat, wzrost trzylatki i dojrzałość przynajmniej dziewięcioletniej dziewczynki. Te odstępstwa od „normy” to wynik ciężkiej choroby – OI – wrodzonej łamliwości kości. W ciągu swego krótkiego życia miała kilkadziesiąt złamań, wywołanych czasem prze kichnięcie czy zwykłe, niezbyt mocne uderzenie o, przykładowo, klamkę. Ma problemy z chodzeniem, nie może zbyt często brać udziału w zabawach ruchowych, w czasie wolnym czyta więc i buszuje po internecie, szukając przeróżnych ciekawostek, których opowiadaniem wciąż zaskakuje otoczenie. Wychowywanie chorej dziewczynki, potrzebującej specjalnego fotelika do samochodu, całodobowej opieki, specjalnego wózka i aparatu ruchowego, bardzo obciąża finansowo rodzinę. Na zapewnienie godnej opieki i materialne zabezpieczenie przyszłości swej córki, matka Willow znajduje nietypowy, kontrowersyjny sposób. Będzie musiała zdradzić zaufanie swej najbliższej przyjaciółki, zaryzykować małżeństwo, oddalić się od starszej córki. Czy poświęci wszystko, by Willow żyło się lepiej?

Akcja nie toczy się zbyt szybko, to przecież książka obyczajowa, nie przygodowa. Powieść obfituje w retrospekcje, dzięki którym lepiej poznajemy życie Willow i jej rodziny. Jodi Picoult poświęca też sporo czasu na wyjaśnianie czytelnikowi czym jest wrodzona łamliwość kości. Widać, że dobrze przygotowała się do napisania książki i wie, o czym pisze. Wystarczy zerknąć na początkowe podziękowania dla ludzi, z którymi konsultowała się na ten czy inny temat.  Ponadto zagłębia się w psychikę swoich postaci, tak, by czytelnik mógł zrozumieć ich postępowanie. Skutkiem tego, zostaje on postawiony przed dylematami moralnymi, które trudno rozwiązać, gdzie każda ze stron konfliktu ma rację, a jednocześnie jest w błędzie. Gdzie tak naprawdę nie ma dobrego rozwiązania.

O postaciach mogłabym pisać naprawdę długo, bo są świetnie wykreowane, przemyślane, przede wszystkim „żywe” – ze swoimi zaletami i wadami, z problemami, lękami, marzeniami i nadziejami. Sama Willow jest uroczym, kochanym dzieckiem, którego nie da się nie lubić. Jej siostra, Amelia, to z kolei dojrzewająca nastolatka, która pozbawiona zbyt dużej uwagi otoczenia (bo otoczenie skupia się, rzecz jasna, na młodszej z dziewczynek), nie radzi sobie z własnymi emocjami i trudną sytuacją, w jakiej znalazła się jej rodzina. Mimo to, nie przestaje troszczyć się o młodszą siostrę, która ze swej strony kocha ją i podziwia.

Charlotte to matka, nie widząca życia poza swoim dzieckiem, kobieta, która zawsze będzie o nie walczyć. Jej mąż, Sean z kolei próbuje pogodzić życie zawodowe z rodzinnym i jednocześnie bardzo uważa, by przy opiece nad Willow, nie zaniedbać starszej córki. Jako małżeństwo, często mają odmienne zdanie na pewne sprawy, jednak ich miłość wydaje się być niezniszczalna.

Oprócz tego poznajemy także innych bohaterów, m.in.  Piper, przyjaciółkę, a zarazem lekarkę Charlotte, której życie zostaje nagle wywrócone do góry nogami  oraz prawniczkę, Marin Gates, borykającą się z własnymi prywatnymi problemami.

„Krucha jak lód” porusza wiele trudnych kwestii. Mówi o niepełnosprawności i stawia pytanie: czy życie wypełnione cierpieniem ma jakiś sens? Czy warto walczyć do upadłego? Podejmuje problem przyjaźni i lojalności, zwraca uwagę na zagubienie młodych ludzi w okresie dojrzewania. Opowiada także o  adopcji – czy można być zupełnie szczęśliwym, nie znając swej przeszłości i korzeni? Czy biologiczna matka, która nie chciała wychowywać swojego dziecka, ma prawo nadal matką się nazywać?

Jodi Picoult umieściła też w swej powieści coś praktycznego: kilka przepisów na ciasta. Skąd się tam wzięły? Otóż książkowa Charlotte jest cukiernikiem. Musicie przyznać, że to ciekawy i oryginalny pomysł. 

Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na przecudną, słodką okładkę, w jaką oprawiona jest książka. Naprawdę brawa dla wydawnictwa. 


Szczerze polecam tę książkę tym, którzy chcą nad lekturą trochę pomyśleć i są gotowi na wiele, wiele emocji. 


Cytat:
"Żyjemy w dużych domach dla lalek, kompletnie nieświadomi tego, że w każdej chwili może pojawić się wielka dłoń i zmienić wszystko, co nas otacza, wszystko, do czego jesteśmy tak przywiązani."

Ocena: 9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






czwartek, 4 grudnia 2014

[90] Ruiny Gorlanu

Tytuł: Ruiny Gorlanu

Seria: Zwiadowcy #1

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 320

Do przeczytania „Zwiadowców” zbierałam się naprawdę długo. Sporą zasługę w zainteresowaniu mnie tą serią miała Stella, nieustannie opowiadająca mi, jak świetne są te książki. Jednak wciąż pojawiało się na moim czytelniczym horyzoncie coś innego, co odwracało moją uwagę od słynnego cyklu Flanagana. W końcu jednak udało mi się zasiąść do czytania pierwszej części. Czy długo wyczekiwane spotkanie z lekturą okazało się ciekawe?

Głównym bohaterem jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca przy pałacu barona Aralda. Nadszedł dzień, w którym zapadną decyzje dotyczące przyszłości chłopaka. Mimo marzeń o nauce w Szkole Rycerskiej, główny bohater trafia do legendarnego, owianego tajemnicą korpusu zwiadowców, jako czeladnik mistrza Halta. Tam poznaje historię swego kraju (i nie tylko), uczy się bycia niezauważalnym i uważnego obserwowania, bierze udział a tajnej misji i przeżywa niezapomniane przygody.

Zacznę od tego, że „Zwiadowcy” zdają się być taką trochę mieszanką „Harry’ego Pottera” z „Władcą pierścieni”. Świat przedstawiony niby raczej podobny do tolkienowskiego, ale sama historia zdolnego chłopca – sieroty  przywodzi nieustannie na myśl sagę Rowling. Nie brzmi to pewnie zbyt zachęcająco i zapowiada dość schematyczną lekturę, prawda? Nic bardziej mylnego! Mimo pewnych schematów, podobieństwa są subtelne, czytelnik się nie nudzi, a klimat wydaje się być taki „swojski”. Akcja toczy się dość szybko i chociaż to pierwszy tom, więc sporo miejsca autor poświęcił na przedstawienie postaci i nakreślenie świata, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie ma miejsca na nudę. Ciekawie skonstruowana, choć nie najoryginalniejsza jak na razie fabuła, naprawdę wciąga. Świat powstały w wyobraźni Johna Flanagana intryguje.

Przejdę może do bohaterów. Will już  na wstępie zdobył moją sympatię. Jest inteligentny, zdolny i wrażliwy, ale zdarza mu się też popełniać błędy i zachować zwyczajnie głupio (bójka z Horacem), co sprawia, że nie jest postacią papierową. Z drugiej strony mamy Horace'a, u którego błędów jest jednak znacznie więcej, ale chłopak rozwija się i z pewnością nie należy do postaci negatywnych. 

Poznajemy też kilku innych przyjaciół Willa z sierocińca, z których każdy jest nieco inny, choć autor nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Nie było jednak chyba takiej potrzeby, ich wątki z pewnością zostaną rozwinięte w kolejnych częściach (jeśli się mylę, dajcie znać). Uśmiech na mojej twarzy wywoływali też Stary Bob czy wyrozumiały, wiecznie uśmiechnięty baron Arald. Moim ulubieńcem jednak został mrukliwy, posępny, zgryźliwy, zawsze opanowany Halt, o którym mogłabym mówić naprawdę w samych superlatywach. Nie uniknął on co prawda podobieństwa do bohaterów znanych z innych książek (głównie widzę w nim trochę Broma z „Eragona”), ale takich postaci nigdy dość.

Trochę gorzej wygląda sprawa wydania powieści. Naprawdę nie wiem, co porabia korekta w wydawnictwie „Jaguar”, ale chyba niekoniecznie to, co powinna. Błędów tutaj bez liku, a przypominam, że inne propozycje tego wydawnictwa dbałością o poprawność też nie grzeszyły (świetna seria „GONE” i nie najgorszy początek cyklu „Czarny Londyn”). Szkoda, że tak dobre książki pełne są usterek: interpunkcyjnych, językowych czy zwykłych literówek.


Krótko mówiąc, pierwszy tom „Zwiadowców” polecam. Mam wrażenie, że rozpoczęłam „Ruinami Gorlanu” jakąś niezapomnianą przygodę. Opowieść o przyjaźni,  odwadze i honorze, opowiedziana nietrudnym, ale dość interesującym językiem, mimo paru niedociągnięć wydawniczych i podobieństwa do innych książek, na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.


Cytat:
"Jeśli przezwyciężyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. Pochwałą możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób na to, by przysporzyć sobie wrogów. 

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






piątek, 28 listopada 2014

Na szklanym ekranie: Kosogłos. Część 1.

Tytuł: Kosogłos. Część 1.

Reżyser: Francis Lawrence

Na podstawie: Suzanne Collins, Kosogłos


Po miłym zaskoczeniu, jakim okazała się dla mnie ekranizacja drugiej części trylogii Suzanne Collins, z niemałą ciekawością oczekiwałam tegorocznego „Kosogłosa”. Niestety tu już tak miło nie było.

Zacznę od tego, na co wszyscy (prawie) narzekali: podzielenia książki na dwa filmy. I wiecie co? Nie mam nic przeciwko, bo podział był sensowny. Nie utworzony sztucznie, nic nie rozwlekli. Naprawdę, nie w tym tkwił problem tej produkcji.

Spytacie, w czym, w takim razie? Po pierwsze: w braku logiki. Niby pewne rzeczy były zgodne z książką, tylko tam zostały jakoś ukazane w sensowny sposób. Natomiast tutaj scena, w której rebelianci pod nosem mieszkańców Kapitolu przenoszą sobie bomby (nie, to, że trwała walka, nie sprawia, że można im przebiec tuż przed oczami!) wywołała u mnie parsknięcie śmiechem. Tak, wyszkoleni Kapitolińczycy z pewnością daliby się nabrać na coś takiego. Yhm. A jak odciąć im prąd, ślepną i głuchną. Były jeszcze inne takie „kwiatki”, ale nie chcę spoilerować.

Druga sprawa, chyba najbardziej bolesna: postacie. Katniss, którą zawsze lubiłam, pozbawiono rozumu. Wystarczy spojrzeć na scenę z ósmego dystryktu. Czy Katniss chce się gdzieś schronić, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo? Nie! Powiecie: no wiadomo, nie będzie uciekać, jest odważna. Tylko ona nie walczy! Stoi bezczynnie, biega i ogląda sobie bombardowanie. Potem wypuszcza jedną strzałę w kierunku samolotu, który powinien właściwie na nią spaść, bo akurat znajdował się centralnie nad nią. Och, zapomniałabym o nadawaniu propagity, kiedy nasza heroina uznała, że Snow to z pewnością nie zauważy ataku na Kapitol, bo zechce osobiście z nią porozmawiać. Nie dotarło do niej, że jest tylko TWARZĄ, a nie przywódczynią rewolucji? A wiecie, co jest najlepsze? Jej durny pomysł prawie działa.

Nie tylko Katniss nie była sobą (choć to chyba wina raczej scenariusza niż Jennifer Lawrence). Prezydent Coin (Julianne Moore)  jakoś inaczej sobie wyobrażałam, chociaż to tylko moje odczucia, a Peeta… Cóż, mam wrażenie, że nawet w tych kilku scenach, w których się pojawił, Josh Hutcherson, nie wypadł przekonująco. Poza tym mieliśmy też Gale’a zamieniającego się w bezdusznego żołnierza, co chyba następuje zbyt szybko. Przynajmniej w moim odczuciu. A Finnick (Sam Claflin) niestety prawie w tym filmie nie istnieje.

Było jednak parę naprawdę niezłych elementów. Kilka scen – perełek – rozstrzelanie ludzi w trakcie przemówienia Snowa (zdecydowanie robiło wrażenie), piosenka „Hanging tree” czy kręcenie pierwszej propagity. Oprócz tego genialna Elizabeth Banks jako Effie Trinket (nawet bardziej wyrazista niż jej literacki pierwowzór), Donald Sutherland jako prezydent Snow, prezentujący na ekranie złowieszczy spokój oraz mój ulubieniec – Haymitch, w którego ponownie wcielił się rewelacyjny w tej roli Woody Harrelson.



Nieźle wyglądało to wszystko także wizualnie. Charakteryzacja jak zwykle na plus, efekty specjalne też, sceny zbiorowe dość dopracowane. A projekt trzynastego dystryktu naprawdę może zachwycić.


Ja wyszłam z kina rozczarowana, ale chyba niektórym (z tego, co czytam w internecie, bo na seansie, na którym byłam, ludzie na zachwyconych nie wyglądali, a przy napisach końcowych parsknęli śmiechem) się podobało, więc nie będę kategorycznie odradzać. Według mnie najsłabsza z dotychczasowych części i mam nadzieję, że przyszłoroczny finał zatrze to złe wrażenie. 


Książka vs. Film: Książka

sobota, 22 listopada 2014

[89] Odszczepieniec

Tytuł: Odszczepieniec

Autor: Jack London

Wydawnictwo: Książka i wiedza

Ilość stron: 116

Nieczęsto sięgam po zbiory opowiadań, jednak nazwisko Jacka Londona na okładce skłoniło mnie do tego,  by dać szansę recenzowanej dziś książce. Czy „Odszczepieniec” na tę szansę zasłużył?
W książce możemy znaleźć cztery opowiadania i myślę, że najlepiej będzie, jeżeli opowiem krótko o każdym z nich.
  • Odszczepieniec

Johnny od maleńkiego pracował. Już jako mały chłopiec musiał zarabiać w fabryce, by wspomóc finansowo swą równie zapracowaną matkę. Praktycznie wychował młodszego brata, Willy’ego. Jego organizm jest wyczerpany, psychika również. Ten młody człowiek nigdy nie miał żadnych zainteresowań, przyjaciół. Jego życie to po prostu ciężka praca. Jak długo może tak wytrzymać człowiek?

W „Odszczepieńcu” Jack London zwraca uwagę na kwestię pracy i jej znaczenie w życiu człowieka. Mówi o wyzysku, o dzieciach wychowujących się w trudnej sytuacji materialnej, o narzuconej zbyt wcześnie odpowiedzialności.  Mówi niekiedy drastycznie, ale zawsze poruszająco. Sama przeżywałam wszystko razem z głównym bohaterem (a może nawet bardziej niż on?), podczas czytania tego krótkiego przecież utworu towarzyszyło mi mnóstwo emocji. Krótko mówiąc, opowiadanie jest naprawdę warte uwagi.
  •   Bury wilk

Kiedy młode małżeństwo znajduje i oswaja psa, zwierzę i ludzie bardzo przywiązują się do siebie. Ich spokojne wspólne życie nagle zostaje przewrócone do góry nogami – pojawia się człowiek, który twierdzi, że jest właścicielem Burego Wilka. Jaka jest prawda? Czy zwierzę jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie?

Po raz kolejny autor udowadnia, że akurat w pisaniu o zwierzętach, jest niekwestionowanym mistrzem. Okazuje się, ze nie tylko dłuższe utwory („Zew krwi”, „Biały kieł”) są rewelacyjne, „Bury wilk” wcale od nich nie odstaje. Wniknąwszy głęboko w psychikę zwierzęcia, London kreuje na długo zapadającą w pamięć postać psa, stającego przed wyborem pomiędzy życiem spokojnym, pełnym ciepła i miłości, a trudnym, wypełnionym przygodą, niebezpieczeństwami. Między nieoczekiwaną dobrocią, a lojalnością. Przed wyborem, który z całą pewnością nie należy do prostych. Czytelnik zaś może obserwować zarówno podejmowanie tej decyzji, jak i reakcje tych, których ona dotyczy. To zdecydowanie moje ulubione opowiadanie z tej książki.

  •  Odyseja północy

Malemute Kid i Prince podróżują zaprzęgiem. Ich zainteresowanie wzbudza nieznany nikomu podróżnik, którego nazywają między sobą Ulissesem. Ich drogi się rozchodzą, jednak jakiś czas później do Dawson, gdzie akurat przebywają dwaj mężczyźni, przychodzi ranny, przemarznięty człowiek. Okazuje się, że to Ulisses. Opowiada im dramatyczną historię swego życia.

„Odyseja północy” jest opowieścią o wielkiej miłości i tułaczce w jej poszukiwaniu, o okrucieństwie i zemście, o osądzaniu. Pokazuje najgorsze instynkty, drzemiące w człowieku, jego poczucie sprawiedliwości – różne u każdego, ale czy mamy praco kogokolwiek potępiać czy też rozgrzeszać? Takie właśnie trudne pytania zadaje w tym opowiadaniu Jack London. A czytelnik sam musi sobie na nie odpowiedzieć.

  •  Samotny Wódz

Ranny Samotny Wódz sprzeciwia się woli swego ojca, który przyprowadza mu kandydatkę na żonę. Mężczyzna w gniewie mówi, że w takiej sytuacji pogrzeb byłby bardziej odpowiedni dla niego niż wesele. Jego plemię wymyśla więc okrutną karę – poddaje obrzędom pogrzebowym żywego jeszcze wodza. Jaki będzie koniec tej makabrycznej maskarady?

Szczerze mówiąc, ten tekst najsłabiej zapadł mi w pamięć i najmniej zwrócił moją uwagę. Nawet nie bardzo wiem, co o nim napisać. Nie powiem, że był nudny, ale pozostałe z pewnością czytało się ciekawiej. W przypadku „Samotnego Wodza” najbardziej podobał mi się chyba sam pomysł kary dla Samotnego Wodza. Czegoś mi jednak w tej historii zabrakło.


Jack London w niedługich historiach potrafi zawrzeć sporo mądrych myśli, poruszyć i zaciekawić czytelnika. Za to należy mu się ogromny plus. Widać jednak, który temat zdominował jego twórczość – w pisaniu o dzikich zwierzętach ten autor nie ma sobie równych. I choć „Biały kieł” i „Zew krwi” wywarły na mnie większe wrażenie, zachęcam Was do sięgnięcia po „Odszczepieńca”. Lektura tej książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu, a może okazać się naprawdę wartościowa. 


Cytat:
"Są rzeczy większe od naszego rozumu, leżące poza zasięgiem naszej sprawiedliwości."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




poniedziałek, 10 listopada 2014

[88] Starcie królów

Tytuł: Starcie królów

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #2

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ilość stron: 1022


Odkąd skończyłam „Grę o tron” nie mogłam się wprost doczekać, kiedy zabiorę się za kontynuację i ponownie trafię do interesującego, ale brutalnego świata, który w swoich powieściach wykreował George Martin. Niestety, objętość tej książki jest jednak spora, a mnie gonią szkolne lektury, musiałam trochę poczekać. A apetyt czytelniczy rósł.

W Westeros trwa wojna i to na wszystkich możliwych frontach. Dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami, nikt nie jest zbyt skłonny do zawierania sojuszy, zdrada czai się na każdym kroku. Nawet bracia – Stannis i Renly Baratheon nie są w stanie dojść do porozumienia. W dodatku jeden z nich wprowadza w swym kraju nową religię. Nie mniejszy zamęt panuje w Królewskiej Przystani, w której Tyrion jako Królewski Namiestnik próbuje zaprowadzić porządek. Nie jest to łatwe na pełnym intryg dworze. Z kolei Robb Stark na polu bitwy radzi sobie świetnie, jednak nie ma pojęcia, co pod jego nieobecność dzieje się w Winterfell.

Oprócz tego obserwujemy przygody Jona, który wraz ze znaczną częścią Nocnej Straży wyrusza za Mur, by stawić czoła nieprzyjaciołom i… samemu sobie, Aryę, toczącą swą własną walkę i Daenerys, próbującą usilnie powrócić do ojczyzny. Jak potoczą się losy Siedmiu Królestw?

Po raz kolejny zostajemy wplątani w sieć intryg, zaciekłe walki o władzę i świat pełen wiarygodnie skonstruowanych, skomplikowanych postaci, z których każda jest zupełnie inna i ma swoją własną historię, nawet jeśli pojawia się  na kartach powieści stosunkowo rzadko. To zachwycające, jak autor potrafi połączyć te wszystkie wątki, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, w jedną spójną, logiczną całość. Polityka, wojna, sprawy zupełnie prywatne – wszystkie sfery ludzkiego działania przenikają się wzajemnie. Obserwowanie tego procesu to czytelnicza uczta.

Dodatkowo mam wrażenie, że akcja w tym tomie rozgrywa się znacznie szybciej niż w poprzednim, co sprawia, że jeszcze trudniej się od lektury oderwać. Wydarzenia w Westeros zdecydowanie nabierają tempa. Jak na powieść takiej grubości, naprawdę było tylko kilka momentów nużących, a to i tak krótkich. Poza tym, myślę, że to kwestia gustu, bo chodzi mi głównie o rozdziały z perspektywy Davosa. Jakoś wciągały mniej niż pozostałe, co nie znaczy, że były złe czy nie potrzebne. Tutaj nie ma nic niepotrzebnego. 

Niektórych może męczyć nie najprostszy chwilami styl Martina, ale sama nie miałam z nim żadnego problemu. Ba! Nawet nie gubiłam się w opisach walk, co często mi się zdarza w przypadku innych książek.

Jeśli chodzi o postacie, naprawdę nie wiem, co napisać, żeby nie wydłużyć tej recenzji do horrendalnych rozmiarów. Jeśli czytaliście - pewnie wiecie, co mam na myśli, jeśli nie – musicie uwierzyć mi na słowo: tutaj naprawdę KAŻDY jest wyjątkowy. Oczywiście pewnymi spostrzeżeniami się z Wami podzielę, nie byłabym sobą, gdyby tego nie zrobiła. Po pierwsze: brakuje mi zawsze honorowego Neda. Wiem, wiem, on kompletnie nie był przystosowany do życia w tym świecie, ale co ja na to poradzę? Po drugie: uwielbiam Jona, to się nie zmieniło. Moja sympatia do Tyriona z kolei wzrasta coraz bardziej, a Jaime zaczyna mnie intrygować. Jego dialogi z Catelyn są rewelacyjne. Do grona moich ulubieńców wciąż należy też Arya, ale i Sansa powoli się do niego dobija. Trzeba przyznać, że coś w sobie ma. Ogromnym plusem jest też rozbudowa postaci Theona. Z jednej strony – rozumiem go, z drugiej nienawidzę. I chyba jednak to drugie uczucie dominuje. A o tym, że Joffreya mam ochotę udusić w każdej scenie, w której jest, nie muszę chyba wspominać, prawda? To prawie tak oczywiste jak to, że Daenerys mnie irytuje, chociaż nie do końca wiem czemu. A, no i jeszcze jedno. NIE WOLNO przywiązywać się do którejkolwiek postaci, uwierzcie. Nie i już.

Na zakończenie napiszę króciutko, a, mam nadzieję zrozumiale: LEĆCIE CZYTAĆ. 


Cytat:
"Korony dziwnie wpływają na głowy, a które je włożono."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo