Harry Potter Broom -->

środa, 25 czerwca 2014

Na szklanym ekranie: Wielki Gatsby

Tytuł: Wielki Gatsby

Reżyseria: Buz Luhrmann

Na podstawie: Francis Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby


Już od jakiegoś czasu zbierałam się do napisania tej recenzji, czy raczej opinii, bo zbyt niewielką mam wiedzę o filmach, by notki z cyklu Na szklanym ekranie nazywać recenzjami. Do samego filmu zresztą zabierałam się długo, bo obiecałam sobie najpierw przeczytać książkę. W końcu mi się udało, przyszła więc pora na film.


Krótkie streszczenie fabuły. Młody Nick Carraway poznaje swojego tajemniczego sąsiada, Jay’a Gatsby’ego. Wkrótce okazuje się, że na przyjęcie do Gatsby’ego został zaproszony ze względu na to, że gospodarz od wielu lat zakochany jest w kuzynce Carraway’a, Daisy, obecnie mężatce. Chce odzyskać ukochaną, wykorzystując do tego znajomość z jej krewnym. Realizacja tego planu wywróci życie bohaterów do góry nogami.

Zacznę od tego, że film chyba odrobinę spłyca książkę. Nie różni się od niej właściwie fabułą, ale brakuje w nim jakiejś zadumy, głębi, tego bodźca do refleksji, które daje nam dzieło Fitzgeralda.  Jednak obraz ten jest tak zrealizowany, że z całą pewnością można mu to wybaczyć. Wiem jednak, że wiele osób nie wybaczyło, że zraził ich trochę przerost formy nad treścią. No cóż, mnie nie. 


To po prostu przecudowny obrazek. Każda scena jest ucztą dla oka. Cudowne kostiumy (zasłużony Oscar dla Catherine Martin), charakteryzacja i scenografia (również oscarowa statuetka, którą zostali nagrodzeni Beverley Dunn i  Katherine Martin) sprawiają, że wprost nie można oderwać oczu od ekranu. Takie to wszystko śliczne!

Podobał mi się też pomysł połączenia lat 20. XXw. ze współczesną muzyką. Nie razi ona, a,  o dziwo, zgrywa się ładnie z całością.

Doskonale spisali się aktorzy. Nic w tym zresztą dziwnego, na planie Wielkiego Gatsby’ego zebrała się gwiazdorska obsada na czele z rewelacyjnym, ujmującym w tym obrazie Leonardo DiCaprio. Słodko i niewinnie wypada Carey Mulligan w roli Daisy, niezwykle przekonujący jest Tobey Maguire jako Nick Carraway – narrator całej opowieści. Nie polubiłam za to filmowej Jordan Baker, w którą wcieliła się Elizabeth Debicki. Miała w sobie coś demonicznego, niepasującego mi zbytnio do mojego wyobrażenia tej postaci.

Skoro już mowa o narracji, jest świetnie wpleciona w film, poprowadzona zgrabnie i z dużą wprawą. Widać, że Buz Luhrmann doskonale wiedział co robi.

Całość prezentuje się znakomicie. Nie oczekujcie tu jednak głębi, morałów, porywającej akcji. To po prostu wspaniałe widowisko, bezsprzecznie warte obejrzenia. 



Książka vs. Film: Remis

sobota, 14 czerwca 2014

[79] Wielki Mistrz

Tytuł: Wielki Mistrz


Seria: Trylogia Czarnego Maga

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Ilość stron: 718


„Gildia magów” chwilami wlekła się niczym czas do wakacji, „Nowicjuszka” odrobinę już przyspieszyła i miałam szczerą nadzieję, że „Wielki Mistrz” okaże się rzeczywiście najlepszy z tej trylogii, jak to wszyscy mi mówili. Mieli rację.

Sonea jako podopieczna Wielkiego Mistrza i zwyciężczyni oficjalnego pojedynku z Reginem nie jest już gnębiona przez innych nowicjuszy. Część z nich chętnie by się nawet z dziewczyną zaprzyjaźniła, ale ona unika bliższych kontaktów z rówieśnikami. Boi się, że Akkarin mógłby posłużyć się nimi, by ją szantażować. Główna bohaterka żyje w ciągłym strachu przed swoim mentorem odkąd widziała go uprawiającego czarną magię. Wkrótce poznaje kilka jego sekretów. Czy nie są aby tylko zmyśloną historyjką?

A co z Gildią, która nieoczekiwanie staje w obliczu wojny? Czy ze strachu i ignorancji odrzuciła jedyną możliwą formę pomocy? Co zrobi Lorlen rozdarty między tym, co słuszne, a dawną przyjaźnią? Czy Rothen zrozumie, w co wpakowała się Sonea?

Jaką rolę w tym wszystkim odegrają Złodzieje?

Co mnie zaskoczyło, to mnóstwo, naprawdę akcji. W porównaniu do poprzednich części, tutaj nie ma czasu na nudę, czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, wciąż coś się dzieje. Historię mimo trzecioosobowej narracji poznajemy z punktu widzenia różnych postaci, dzięki czemu wiemy, co w danym momencie dzieje się w poszczególnych miejscach. A zrozumienie pełnej fabuły tego wymaga.

Sama fabuła jest świetnie skonstruowana i całkiem nieźle dopracowana. Na siłę dałoby się wyszukać może i pewne niedociągnięcia, ale nie mają one absolutnie żadnego znaczenia. Czyta się to wszystko naprawdę interesująco. Gdyby tylko było tak przez całą trylogię, a nie dopiero w finale!

Postacie znowu się nam rozwinęły. No, niektóre. Z pewnością na pierwszy plan zaraz za Soneą, która, choć trochę wydoroślała i nabrała pewności siebie, wciąż jest jakoś tam pogubioną w życiu nastolatką (ale to naturalne i dobrze opisane)wysuwa się nam Wielki Mistrz. Poznajemy w końcu wielką tajemnicę Akkarina, który zmienia się praktycznie nie do poznania. Szczerze mówiąc, w tym miejscu mam mieszane odczucia. Z jednej strony uwielbiam nowego Akkarina. Jest spokojny, władczy, zaradny, ale równocześnie troskliwy. Z drugiej trochę brakuje mi wyniosłego, skrytego Wielkiego Mistrza. Można by się przyczepić, że ta zmiana następuje dość gwałtownie, ale mnie się wydaje to tutaj na miejscu. W końcu Akkarin na pewno nie był tak zamknięty w sobie całe życie. Wpłynęły na to pewne wydarzenia i masa sekretów, których musiał dopilnować. Gdy jego tajemnice ujrzały światło dzienne, wszelkie bariery puściły.

Rothen jak to Rothen wciąż jest kochanym, opiekuńczym magiem, Dannyl wreszcie ma o kogo się troszczyć (choć Tayenda nie ma w tej części zbyt wiele), Dorrien staje przed pewnym dość trudnym wyborem, a Cery… Cery to ktoś, kto tej książce dodał naprawdę mnóstwo kolorytu. Czytanie o Cerynim - Złodzieju, który stał się ważną postacią w podziemiu Imardinu to czysta przyjemność. A jego relacje z nową intrygującą postacią – Savarą są… warte uwagi. Cery się zmienił. Na plus.

Dostajemy tutaj także wątek romantyczny, którego zupełnie byście się nie spodziewali, więc nie zdradzę wam, kogo dotyczy. Mnie koleżanka zaspoilerowała i mam ochotę ją za to udusić. To mogło mnie naprawdę zaskoczyć! W każdym razie, wątek ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie wierzę, że to powiedziałam, bo na początku byłam pewna, że to durny pomysł i nie wypali. A jednak Trudi Canavan mnie zaskoczyła. Pozytywnie.

Co mnie denerwowało? Powtórzenia. Ja naprawdę rozumiem, że każdy ma jakieś swoje ulubione frazy i wyrażenia, które wplata w tekst czasami zupełnie nieświadomie. Ale ile razy mogę czytać o tym, że Tayend się rozpromienił (czy on kiedykolwiek zrobił coś innego?), Sonea zarumieniła, a kąciki ust Akkarina wygięły się/uniosły/powędrowały lekko do góry. W krzywym/gorzkim uśmiechu. Czułam się, jakbym czytała ponownie o niebieskich oczach i bladej cerze Marysia z „Gloria Victis”.

„Wielkiego Mistrza” oczywiście polecam i to gorąco. Nawet, jeśli nie czytaliście poprzednich części. Sądzę, że i bez nich zrozumiecie, o co chodzi. Ta książka jest naprawdę świetna. Z ciekawymi postaciami, wartką akcją, świetnie skonstruowanym światem przedstawionym. Bez cukierkowego happyendu. Mówi o wcale niełatwych wyborach, o moralności, odwadze, lojalności, przyjaźni, zaufaniu i nienawiści zmieniającej się w miłość. O tym, że najsilnejsi jesteśmy działając wspólnie.


Cytat: 
"Dwoje ma szansę przeżyć tam, gdzie jedno by padło."

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



środa, 11 czerwca 2014

Liebster Award 4

Witajcie! Dawno, dawno temu otrzymałam nominacje do Liebster Award od Marzenki P., której serdecznie za to dziękuję. Równocześnie przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam na pytania. Ostatnio zwolniłam z blogiem, trochę to wszystko zaniedbałam, ale już się poprawiam.^^

To zapraszam do moich odpowiedzi. : )

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 10 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 10 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.


1. Wyobraź sobie, że jesteś ogromnym fanem jakiejś zagranicznej serii i z utęsknieniem czekasz na każdą kolejną część (żeby nie było, znasz tylko i wyłącznie język polski). Nagle okazuje się, że seria źle sprzedaje się w Polsce, więc zaprzestania tłumaczenia kolejnych tomów. Jaka jest Twoja reakcja?
No, w tym przypadku raczej niewiele da się zrobić bez znajomości języków. Miałabym motywację do nauki.^^ A tak na poważnie - wściekłabym się. Mocno.

2. Czy często zwracasz uwagę na grubość książki?
Raczej tak, nawet podświadomie. Zdecydowanie wolę te grubsze - kryją w sobie jakąś obietnicę wielkiej przygody. No, niekoniecznie w przypadku lektur.

3.Uzbierałeś/aś pieniądze, ale stać Cię tylko na jedną książkę, choć masz ochotę kupić kilka. Wybierasz: 1. powieść autora, którego ubóstwiasz, choć nie interesuje Cię tematyka utworu, 2. nowość wydawniczą, która bardzo Cię interesuje i zbiera pozytywne recenzje, 3. zbierasz dalej, aby kupić sobie trylogię, na którą od dawna masz ochotę?
Trenuję silną wolę i oszczędzam na trylogię.

4. Pytanie jedno z podstawowych: Najpierw książka, czy film? Od czego to zależy?
Książka. A przynajmniej staram się, żeby tak było. Chcę sama wyobrazić sobie postacie zanim zobaczę je na ekranie. No i wolę najpierw znać pierwowzór, inaczej odbieram wtedy film.

5. Co zainspirowało Cię do stworzenia bloga?
Chyba inne blogi o podobnej tematyce.

6. Jakim sposobem masz aktualnie ułożone książki na półkach? Kolorystycznie, wydawnictwami, autorami?
Trochę tematycznie. Na dolnych półkach mam encyklopedie, słowniki i inne pomoce naukowe. Wyżej lektury, a jeszcze wyżej powieści. A już na poszczególnych półkach to wielkością.

7. Ulubiona zabawa z dzieciństwa?
Jeju, nie mam pojęcia. Lubiłam bawić się w szkołę zanim do niej poszłam. I grać w gry planszowe.

8. Jaką porę roku lubisz najbardziej i dlaczego?
Tak naprawdę lubię wszystkie pory roku i brakowałoby mi każdej z nich, gdyby jej nie było. Ale chyba postawię na wiosnę. Wczesną wiosnę z budzącą się do życia naturą, kwitnącymi pierwszymi kwiatkami, zieleniącą się trawą i młodziutkimi wierzbowymi gałązkami. Kiedy wreszcie można schować do szafy zimowe ubrania i poczuć się lżej. No i nie ma jeszcze wtedy upałów.

9.Jesteś typem bardziej wycofanym, czy duszą towarzystwa? Lubisz nawiązywać nowe znajomości?
Choć nie nazwałabym się duszą towarzystwa, do wycofanej raczej mi daleko. Jestem pyskatą gadułą i wszędzie mnie pełno. A nowych ludzi poznawać uwielbiam.

10. Najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłeś/aś w życiu?
Nie wiem. XD Ja mam zawsze jakieś durne pomysły, na przykład wskoczenie na jakś kładkę przy harcerskiej przystani wodnej nad Wisłą i odkrycie, że ta kładka do niczego nie jest przywiązana, a ja odpływam...

11. Ulubiony owocek?
Winogrono. Nie, truskawka. Albo wiśnia. A może jednak śliwka? O! Wiem! Arbuz! Ewentualnie kiwi. Nie no, nie wskażę jednego. :D


Mam nadzieję, że wybaczycie mi, że tym razem nikogo nie nominuję. Mam wrażenie, że i tak wszyscy brali już udział w tej zabawie, a z pewnością wszystkich, których chętnie bym nominowała. Nominowałam już kilkakrotnie i chyba nie ma sensu się powtarzać.

Jeszcze jedna sprawa. Trochę już za późno na podsumowanie miesiąca, robię więc tylko nową ankietę (zapraszam do głosowania!). Chcę Was też poinformować, że w głosowaniu na książkę kwietnia wygrała powieść Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz, Maurice'a Leblanc.



niedziela, 1 czerwca 2014

[78] Nowicjuszka

Tytuł: Nowicjuszka


Seria: Trylogia Czarnego Maga #2

Autorka: Trudi Canavan

Wydawnictwo: Galeria Książki

Ilość stron: 641


Kiedy przeczytałam Gildię magów, wydała mi się ona zaledwie wstępem do kolejnych tomów trylogii. Chwilami była nudnawa i miałam nadzieję, że w drugiej części będzie zdecydowanie więcej akcji. Na szczęście się nie zawiodłam.

Sonea mimo swojego pochodzenia została przyjęta Uniwersytet. Teraz może kształcić swój magiczny talent pod okiem doświadczonych magów. Uzyskuje też opiekę jednego z nich, Rothena, tego, który zaopiekował się nią, gdy tylko przybyła do Gildii. Rothen próbuje zrobić wszystko, by dziewczyna jako Nowicjuszka czuła się jak najlepiej. Jednak jej szkolni koledzy i koleżanki pochodzący z arystokracji  nie chcą zaakceptować dziewczyny ze slumsów. Banda Nowicjuszy z aroganckim Reginem na czele gnębi Soneę zarówno psychicznie, jak i fizycznie. A to przecież nie jej jedyne problemy. Dziewczyna nie może przecież zapomnieć o tym, że widziała Wielkiego Mistrza,Akkarina,  uprawiającego czarną magię. Ona, Rothen i Administrator Gildii, Lorlen, nie mają pojęcia co zrobić z tą straszliwą wiedzą. Czy pomoże im Dannyl, który został właśnie mianowanym ambasadorem Gildii i uzyskał możliwość podróżowania?

Mimo, że pierwszą część czytałam ponad rok temu (matko, kiedy ten czas zleciał?!), nie miałam najmniejszych problemów z „ogarnięciem” fabuły, Trudi Canavan zgrabnie od początku ją prowadzi. No i jest tutaj o wiele więcej akcji niż w Gildii Magów. Nadal odrobinę za mało, mogłoby być jeszcze lepiej, ale i tak na plus. Myślę, że w trzeciej części będzie się działo jeszcze więcej. Irytował mnie trochę wątek dręczenia Sonei przez kolegów, bo ileż można czytać o tym samym. Ok, zrozumiałam, że Regin niszczył jej notatki itp., nie muszę tego przeczytać jeszcze z pięć razy. Gdybym chciała czytać w kółko o tym samym, czytałabym Orzeszkową.

 Druga połowa książki wciąga jednak niezmiernie. Nudnawy z początku wątek z podróżą Dannyla okazał się później niezwykle ciekawy. Dzięki niemu czytelnik może poznać obyczaje i kulturę mieszkańców innych Krain Sprzymierzonych, nie tylko Kyralii, gdzie mieści się siedziba Gildii. Ponadto Dannyl w czasie tej podróży odbywa też inną – w głąb samego siebie. Można powiedzieć, że na nowo sam się poznaje i akceptuje. To niełatwy, ale pouczający wątek (nie powiem nic więcej, bo bym zaspoilerowała).

Nieco irytująca w pierwszej części Sonea przestała mnie denerwować, choć jakiejś mojej zbytniej sympatii nie zdobyła. Brakowało trochę Cery’ego, ale syn Rothena, Dorrien, był jego godnym zastępcą, a nawet polubiłam go bardziej niż dawnego przyjaciela Sonei. Jest po prostu przezabawnym, inteligentnym, szczerym i niepokornym młodzieńcem. Rothen to wciąż sympatyczny i opiekuńczy mag, Akkarin intryguje coraz bardziej (chyba zaczynam go lubić). Możemy też poznać nieco bardziej pozostałych magów i tak dowiadujemy się o feministycznych zapędach Vinary, niekonwencjonalności metod nauczania Yikmo czy gadatliwości Tyi. Spotykamy też młodego Elyńczyka Tayenda, który zostaje asystentem, a zarazem przyjacielem Dannyla.

Wspólnie z Soneą uczymy się także coraz więcej o magii, zaczynamy rozumieć historię, politykę i tradycje Gildii, zapoznajemy się z systemem nauczania na Uniwersytecie. Ta podróż po świecie stworzonym przez Trudi Canavan jest naprawdę pasjonująca.

Warto zwrócić uwagę na mnóstwo określeń typowych dla tego jednego świata. Autorka postarała się – wymyśliła nowe owoce, potrawy, zwierzęta. Dzięki temu czytanie Nowicjuszki jest jeszcze lepszą przygodą!

Cała opowieść zaczyna mieć też lekko niepokojący klimat. Tajemnica Wielkiego Mistrza przewraca życie biednej Sonei do góry nogami. Czytelnikowi nie trudno poczuć tę atmosferę strachu i tajemniczości, druga część Trylogii Czarnego Maga oddziałuje na emocje o wiele silniej niż jej poprzedniczka.


Zdecydowanie polecam i mam nadzieję, że trzecia część okaże się jeszcze lepsza. 



Cytat: 
"Bohaterowie mają to do siebie, że ich moc wzrasta w miarę powtarzania opowieści."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





środa, 28 maja 2014

Top10: Ulubione matki z literatury

Z okazji niedawnego Dnia Matki specjalne Top 10. : )


Dziś pora na... Ulubione matki z literatury!


1. Ania Blythe
z cyklu "Ania z Zielonego Wzgórza"


Ania jako mama w kolejnych tomach cyklu sprawdziła się idealnie! Ba! Jeszcze zanim miała własne dzieci, z powodzeniem pomagała Maryli wychowywać bliźnięta: Tolę i niesfornego Tadzia. Z kolei gromadka małych Blythe'ów była niemałym wyzwaniem. Pełna empatii i zrozumienia dla swoich pociech Ania była dla nich ogromnym autorytetem, troskliwą mamą i najlepszą przyjaciółką zarazem. Łagodna, sprawiedliwa, mądra i czuła. Mama idealna. 


2. Lily Evans
z cyklu "Harry Potter"


Macie tutaj znaleziony w internecie obrazek, bo nie za bardzo lubię filmowe przedstawienie Lily, wypada za staro, przecież została zamordowana mając zaledwie 21 lat. Nie wiemy, jak wychowałaby Harry'ego, bo nie miała takiej szansy. Oddała własne życie za życie swojego maleńskiego synka. Chyba nie muszę nic więcej dodawać, prawda?


3. Molly Weasley
z cyklu "Harry Potter"



Pocieszna pani Weasley dobro swoich dzieci zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Nieustannie się o nie martwiła, wciąż je strofowała, a nieraz i doprowadzała je tym do białej gorączki, ale wszystko to wynikało jedynie z głębokiej troski. A poza tym było takie kochane. Gotowała pyszne obiadki i miała swoje "mamine" dziwactwa, męża trzymała krótko i ogółem była przesympatyczna. Równocześnie nie brakowało jej odwagi (dobrze ci tak, Bellatrix!). Molly troszczyła się zresztą nie tylko o własne dzieci, matkowała również Harry'emu ("Harry, kochaneczku!") , a nawet Hermionie. Mam zresztą wrażenie, że chętnie przygarnęłaby co najmniej połowę Hogwartu. :D


4. Pani Errol
z "Małego lorda"




Pani Errol to według mnie po prostu uosobienie dobroci. To dzięki niej Cedryk był takim odważnym i zawsze radosnym dzieckiem. Nigdy niczego mu nie brakowało. I nie mówię tu o kwestiach materialnych. Pani Errol wychowywała synka przede wszystkim bardzo mądrze. Nigdy nie podnosiła głosu, nigdy nie nastawiała go przeciwko dziadkowi (który ją samą traktował, cóż... niezbyt dobrze. Nie mówiła mu wszystkiego, bo był jeszcze dzieckiem, ale cierpliwie tłumaczyła zawsze, że zrozumie, jak będzie starszy. I robiła to w taki sposób, że malec wcale się nie buntował. Najdroższa, jak ją nazywał, była dla niego najważniejszą osobą na świecie. PS. Zupełnie nie tak ją sobie wyobrażam, ale internet jest bardzo ubogi w chociażby zdjęcia z tych kilku ekranizacji, które powstały. 


5. Sara Heapz cyklu "Septimus Heap"



Powody znalezienia się Sary Heap na tej liście są bardzo podobne, jak te wymienione przy Molly Weasley. Sara była przesympatyczną, dobrotliwą, prostolinijną matką, która przede wszystkim pragnęła dobra swoich dzieci. Oprócz tych biologicznych, wychowywała też księżniczkę Jennę (nie wiedząc, że jest księżniczką) i traktowała ją zupełnie tak samo jak swoje rodzone pociechy (tego mogłaby się nauczyć od niej pani spod numeru 9). Bywała zabawna, jej ulubionym zwierztkiem domowym była jej gęś, nie zawsze rozumiała swoje pociechy, często przejawiała nadopiekuńczość, ale w gruncie rzeczy, strasznie ją lubiłam. I cała jej rodzinka również wiedziała, że bez Sary to wszystko byłoby nie tak. 


6. Marion Fleming
z cyklu "Heartland"




Marion znamy głównie z retrospekcji, ale zupełnie to wystarcza, by w naszych głowach pojawił się obraz czułej i kochającej kobiety, która wspiera swoje dzieci niezależnie od ich decyzji, choć, rzecz jasna, stara się nakierować je na te właściwe. To ona nauczyła Amy wszystkiego, to ona praktycznie sama wychowywała córki. Porzucona przez męża nie zalamała się - była silna dla swoich dzieci. I za tę siłę i mądrość Marion ląduje w tym zestawieniu, pomimo pewnego sporego błędu, który popełniła (sporego w moim odczuciu) - nie zdradzę, o co chodziło, bo może ktoś jeszcze nie czytał, a by chciał.


7. Annie 
z "Zaklinacza koni"




Och, tutaj wybór może być kontrowersyjny, bo Annie popełniła mnóstwo błędów, często postępowała wbrew woli swej córki, zupełnie nie pytała jej o zdanie i zachowywała się, jak gdyby wszytko wiedziała najlepiej. Wybaczam jej jednak, a wiecie dlaczego? Bo rzeczywiście zawsze okazywało się, że wiedziała najlepiej co wyjdzie jej dziecku na dobre. Na przekór wszystkim  ufała swemu matczynemu sercu i podejmowała decyzje z pewnością ryzykowne. Jednak gdyby nie ona, Grace nigdy nie wyszłaby z traumy po wypadku. Annie to dobry przykład na to, że czasami warto posłuchać mamy, nawet, jeśli się z nią nie zgadzamy.


8. Lucyna Malinowska
z cyklu "Zawrocie"



Lucyna tak naprawdę nie miała swoich dzieci. Była jednak opiekunką w domu dziecka i tam skupiła wokół siebie grupkę wychowanków, dla których była jak matka. Dzieciaki bez rodzin stały się rodziną Malinowskich, a ich więzy przetrwały próbę czasu, choć oczywiście rozluźniły się, gdy Malinowscy podrośli in założyli własne rodziny. Dała pozbawionym rodzinnej miłości dzieciom dom, opiekę, miłość i akceptację. Nie mogła nie znaleźć się na tej liście. Obrazka nie ma, bo Zawrocie popularne jakoś nie jest, ekranizacja nie powstała (a mógłby być z tego ciekawy serial!) i żadnych obrazków w internecie niestety nie ma. Macie więc okładkę części, w której poznajemy Lucynę.


9. Catelyn Stark
z cyklu "Pieśń Lodu i Ognia"




Kolejna pani, o której miejsce tutaj można by się sprzeczać. Nie wiem, jak tam z nią dalej, bo na razie czytałam tylko pierwszą część Pieśni Lodu i Ognia, ale jak na razie, stanowczo zdobyła moje uznanie w roli matki. Miała co prawda chwilowy kryzys, ale któż ich nie miewa? Dość szybko wzięła się w garść. Postawiona w trudnej sytuacji musiała podejmować trudne decyzje i pozwolić też dokonywać ważnych wyborów swym dzieciom, zwłaszcza dorastającemu Robbowi. Chyba właśnie tym mnie ujęła. Doradzała mu, ale nie narzucała nigdy swojego zdania, bo doskonale wiedziała, że do pewnych rzeczy musi dojść sam. I tylko szkoda, że Jona (bękarta swojego męża) tak strasznie nienawidziła. 


10. Nenneke
z cyklu wiedźmińskiego




Nenneke również dzieci nie miała, ale według mnie Geraltowi to jednak matkowała. Zawsze się o niego martwiła, choć stanowczo twierdziła, że jego mamuśką to ona nie jest i nie będzie. Ale czy w stosunku do Yennefer nie zachowywała się jak teściowa, martwiąca się, że ta nie jest dla Geralta... cóż... odpowiednia? Zabawne to było chwilami i pewnie nazwałabym to zjawisko uroczym, gdyby nie chodziło o te akurat postacie, co do których to określenie brzmiałoby jakoś tak zbyt... beztrosko. 

niedziela, 25 maja 2014

[77] Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Ech, obiecałam recenzję w środę, a znów jest w niedzielę. Przepraszam. I za zaległości u Was też przepraszam, poprawię się. : )



Tytuł: Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa


Seria: Opowieści z Narnii #1

Autor: Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Media rodzina

Ilość stron: 182


Lubię czasami wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Zawsze odkrywam w nich coś nowego.  To trochę jak spotkanie ze starym przyjacielem, bo książki to przecież są nasi przyjaciele, prawda? I tylko żałuję czasami, że tak mało czasu na czytanie, bo tylu książek jeszcze nie poznałam, a już jest sporo takich, które mogłabym czytać wciąż od nowa.

Jedną z takich właśnie książek, które warto sobie od czasu do czasu przypomnieć są Opowieści z Narnii. Pamiętam, że dawniej uważałam je za taki klasyczny przykład fantastyki, w którym to przekonaniu utwierdziły mnie jeszcze ekranizacje. Tym razem, czytając Lwa, czarownicę i starą szafę, miałam wrażenie, że nie czytam żadnej książki fantastycznej, a jedynie piękną baśń. Nie umniejsza to oczywiście zupełnie jej wartości.

Myślę, że fabuła jest prawie wszystkim znana, więc ograniczę się tylko do najważniejszego w jej przypomnieniu. Czworo dzieci, wysłanych w okresie nalotów bombowych na Londyn w czasie wojny do starego domu pewnego (również starego) profesora, wchodzi do szafy. Okazuje się,  że mebel prowadzi do zaczarowanej krainy zwanej Narnią, gdzie przez złą Białą Czarownicę panuje wieczna zima. Czy dzieciom uda się uratować Narnię?

Akcja nabiera tempa dość szybko, nie mamy tu zbyt długich opisów, książkę czyta się błyskawicznie. Ani się nie obejrzysz, już skończyłeś! A wszystko to za sprawą świetnego, lekkiego pióra C.S. Lewisa. Opowieści z Narnii przypominają nieco gawędę, jakąś opowiadaną gdzieś przy ognisku historię, bajkę. Narrator wydaje się wręcz naszym rozmówcą, co chwilę zwraca się do czytelnika, dopowiadając to i owo. Potęguje to jeszcze atmosferę swobodnie snutej opowieści. W dodatku cała powieść niepozbawiona jest niewymuszonego humoru.

Postacie są szalenie wprost sympatyczne. Waleczny i opiekuńczy w stosunku do młodszego rodzeństwa Piotr, poważna i spokojna Zuzanna, prostolinijna, odważna i zawsze radosna Łucja – to trójka dzieciaków, których nie sposób nie lubić. Specjalnie nie wymieniłam tu Edmunda, bo on różni się trochę od rodzeństwa. Nie znaczy to oczywiście, że go nie lubię. Ba! Lubię go chyba bardziej niż pozostałych, bo jest bardziej dynamiczny, zmienia się, popełnia głupstwa. Koniec końców, jest przecież tylko chłopcem, a nie superbohaterem, prawda?

Oprócz czwórki rodzeństwa Pevensie, w Narnii możemy też spotkać mówiące Bobry (czy tylko mnie pani Bóbr kojarzyła się trochę z Molly Weasley?), Białą Czarownicę, która jest typowym wręcz czarnym charakterem i Aslana. Tajemniczego, wspaniałego, groźnego, dobrego lwa Aslana. Chyba nie muszę mówić, że go uwielbiam, prawda? Poznajemy także całe mnóstwo mitologicznych istot z panem Tumnusem (faunem) na czele. Właściwie to właśnie obraz fauna idącego z paczkami przez ośnieżony las zainspirował C.S. Lewisa do napisania Opowieści z Narnii.

Można by się przyczepić, że to wszystko jest zbyt uproszczone, że to śmieszne, że Piotr, który nigdy wcześniej nie trzymał w ręku miecza, nagle prowadzi armię do walki itp., ale po co? Tutaj naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia. To baśń. Z baśniowym klimatem, baśniowymi postaciami i baśniowym urokiem.

Och, opisując postacie zupełnie zapomniałam o Profesorze. To dość intrygujący staruszek, no bo który dorosły uwierzyłby w istnienie Narnii? Wszystko staje się jednaj zrozumiałe, gdy tylko przeczytamy szóstą część cyklu, Siostrzeńca Czarodzieja. Bo tak naprawdę pierwsza część Opowieści z Narnii wcale chronologicznie nie jest pierwszą. Według kolejności wydarzeń jest druga. Chronologicznie można czytać w tej kolejności: 6, 1, 5, 2, 3, 4, 7. Prawdę mówiąc, miałam tym razem tak właśnie zrobić, ale znów zapomniałam. Myślę, że i tym razem odbiór byłby nieco inny.
\
Książka opatrzona jest świetnymi ilustracjami Pauline Baynes, a moje wydanie zawiera dodatkowo zdjęcia z filmu (który, swoją drogą, też kiedyś pewnie zrecenzuję).


Krótko mówiąc, kto jeszcze Lwa, zarownicy i starej szafy nie przeczytał, naprawdę sporo trac i radziłabym mu nadrobić te zaległości jak najprędzej. To cudowna historia o miłości, lojalności i przyjaźni. O walce dobra ze złem i sprawiedliwości. 


Cytat:
"Kto raz został królemw  Narnii, na zawsze nim pozostanie."

Ocena: 10/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






Książkę wygrałam w konkursie u Stelli - dziękuję! : ) 

środa, 21 maja 2014

[76] Wędrówka przez sen

Tytuł: Wędrówka przez sen

Seria: Spętani przez bogów #2

Autorka: Josephine Angelini

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 366

Mitologia grecka fascynuje pisarzy nie od dziś. Bywa też inspiracją do stworzenia powieści typowo młodzieżowych. Ponieważ bardzo ją lubię, niezmiernie się ucieszyłam, gdy w konkursie na Head over heels with books  (dziękuję!) wygrałam Wędrówkę przez sen, drugą część trylogii Spętani przez bogów, bazującej właśnie na mitologii greckiej. Mój entuzjazm nieco osłabł, kiedy zauważyłam, że to paranormal romance, jednak dałam mu szansę. Czy było warto?

Części pierwszej nie czytałam, ale nie miałam większych problemów ze zrozumieniem fabuły. Może chwilami myliło mi się, kto jest kim w rodzinie, ale szybko udało mi się w tym połapać. Bogowie olimpijscy (słynna wielka dwunastka) zostali uwięzieni, gdy cztery domy (rody, rodziny) półbogów, zwanych Sukcesorami, zawarły rozejm. Rozejm jednak nie oznacza zupełnego pokoju. Erynie, boginie zemsty, zmuszają Sukcesorów do wyrównywania dzielących ich domy długów krwi. Co to znaczy? Gdy ktoś z, załóżmy Domu Tebańskiego, ma do wyrównania dług krwi z Domem Rzymskim (bo przodkowie się mordowali) i znajdzie się w pobliżu członka tego domu, mimowolnie próbuje go zabić. Podobnie, gdy znajdzie się w pobliżu Wygańca – Sukcesora, który zamordował członka własnego domu. Ten krwawy maraton może zakończyć tylko jedna osoba – Helena (tak, jest jakimś tam wcieleniem Heleny Trojańskiej). Jako Podziemny Wędrowiec co noc w snach schodzi do Hadesu, próbując znaleźć sposób na pozbycie się erynii. Jednak wędrówki po Piekle przyjemne ani łatwe nie są. Helena potrzebuje pomocy.

Przyznam szczerze, że sam pomysł na fabułę mnie zaciekawił. Mity greckie wplecione we współczesny świat na nieco innych zasadach niż te, które znam z „Percy’ego Jacksona” zapowiadały się obiecująco. Ba! Cała afera z eryniami jest wciągająca, a sposób na uwolnienie się od ich klątwy naprawdę przemyślany i wcale nie taki oczywisty, jak mogłoby się wydawać. W dodatku mamy tu ciekawe przedstawienie Aresa, Hadesa, Persefony i wędrówki po Podziemiu, działającym na pewnych zasadach, ale jednocześnie zupełnie nieprzewidywalnym, okrutnym, zwłaszcza w początkowych rozdziałach książki. Szczerze mówiąc, to właśnie na początku Podziemie przypominało Piekło, potem jakoś zupełnie nie czułam grozy.

I tu zaczyna się pierwszy z moich problemów z tą książką. Nie czułam żadnych emocji podczas czytania. Znaczy, ciekawiło mnie, jak to wszystko się skończy, ale żebym jakoś szczególnie coś przeżywała to raczej nie. Ot, zwykła opowiastka. Ma to chyba jakiś związek z tym, że autorka rozwodzi się nad emocjami postaci, ich relacjami, a ważne wydarzenia, pchające fabułę do przodu, niemal streszcza. Byłoby to w porządku w przypadku obyczajówki, ale tutaj nie bardzo.

Kolejny problem to cała konstrukcja świata z bogami w tle. O ile podział na cztery domy i różne sukcesorskie tradycje są przemyślane,  o tyle mam wrażenie, że jakkolwiek ktoś byłby dyskretny i wzbijał się wysoko w powietrze, sąsiedzi (a nawet nie – ktokolwiek!) zauważyliby kiedyś, że dana osoba potrafi latać. Zwyczajnie ktoś w końcu by to zauważył. Podobnie jak inne nienaturalne zachowania czy reakcje Sukcesorów. Riordan załatwił to Mgłą, Josephine Angelini tego nie dopracowała.

Jeśli chodzi o postacie, miałam mieszane odczucia. Helena mnie drażniła, przez tę swoją całą wyjątkowość i to, że wszyscy ją uwielbiali, a połowa bohaterów płci męskiej jest lub była w niej zakochana. Lucas, jej ukochany, z którym nie może być, gdyż jest… jej kuzynem, jakoś nie zdobył mojej sympatii, ale też niczym mnie nie zdenerwował. Natomiast trzeci bok tego miłosnego trójkąta (no co? nie mówcie, że się nie spodziewaliście – to paranormal romance, musi być trójkąt, jakżeby inaczej), Orion, okazał się całkiem sympatycznym, inteligentnym, pełnym empatii chłopakiem.

Jednak moimi ulubieńcami bezapelacyjnie zostali Claire i Matt. Obydwoje są śmiertelnikami, ale naprawdę świetnie sobie radzą z boskim zamieszaniem, wciąż pozostając sobą – Claire zwana Chichotem odważną, roześmianą i rozgadaną dziewczyną, Matt rozsądnym, dzielnym, lojalnym chłopakiem.

Za co mogę jeszcze autorkę pochwalić? Dialogi. Naturalne, nienadęte, nie przesadnie „wydoroślane” dialogi. Młodzież z książki mówi tak, jak normalna, a w wielu powieściach mam z tym pewien problem. Duży plus.

Mogłabym się trochę uczepić do wydania, bo jest w nim trochę błędów, a poza tym, nie wiem jak Was, ale mnie strasznie irytują fragmenty recenzji Z PRZODU na okładce. Rozumiem, z tyłu. Ale z przodu? No a opis na jednym ze "skrzydełek" zapowiada powieść o wiele gorszą i nudniejszą niż jest. 


Nie wiem czy kiedyś sięgnę po inne części tej trylogii, niemniej jednak nie żałuję, że ją przeczytałam. Nienajgorsza książka z całkiem niemałym potencjałem. 


Cytat:
"Wiedzieć, czego się chce i mieć dość pewności, żeby powiedzieć to na głos, to dwie najtrudniejsze rzeczy w życiu."

Ocena: 6/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo