Harry Potter Broom -->

czwartek, 11 grudnia 2014

[91] Krucha jak lód

Tytuł: Krucha jak lód

Autorka: Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 606


Jodi Picoult nie boi się trudnych tematów. Widziałam to już w „Bez mojej zgody”, zobaczyłam także tym razem, w powieści „Krucha jak lód” tej samej autorki.

W obydwu tych książkach możemy dostrzec wiele podobieństw. Nieuleczalnie chora dziewczynka, jej rodzeństwo, rodzice, próbujący poradzić sobie z opieką nad niepełnosprawnym dzieckiem, w tle proces sądowy, dzielący rodzinę. A mimo tego, każdą z tych opowieści czytało się inaczej, każdą inaczej się przeżywało.

O czym w takim razie jest „Krucha jak lód”? Główną bohaterkę, Willow, poznajemy poprzez to, co mówią o niej (a właściwie do niej) inni. To ona jest adresatką poszczególnych rozdziałów, w których każda z ważniejszych postaci dochodzi do głosu w pierwszoosobowej narracji. Willow ma pięć lat, wzrost trzylatki i dojrzałość przynajmniej dziewięcioletniej dziewczynki. Te odstępstwa od „normy” to wynik ciężkiej choroby – OI – wrodzonej łamliwości kości. W ciągu swego krótkiego życia miała kilkadziesiąt złamań, wywołanych czasem prze kichnięcie czy zwykłe, niezbyt mocne uderzenie o, przykładowo, klamkę. Ma problemy z chodzeniem, nie może zbyt często brać udziału w zabawach ruchowych, w czasie wolnym czyta więc i buszuje po internecie, szukając przeróżnych ciekawostek, których opowiadaniem wciąż zaskakuje otoczenie. Wychowywanie chorej dziewczynki, potrzebującej specjalnego fotelika do samochodu, całodobowej opieki, specjalnego wózka i aparatu ruchowego, bardzo obciąża finansowo rodzinę. Na zapewnienie godnej opieki i materialne zabezpieczenie przyszłości swej córki, matka Willow znajduje nietypowy, kontrowersyjny sposób. Będzie musiała zdradzić zaufanie swej najbliższej przyjaciółki, zaryzykować małżeństwo, oddalić się od starszej córki. Czy poświęci wszystko, by Willow żyło się lepiej?

Akcja nie toczy się zbyt szybko, to przecież książka obyczajowa, nie przygodowa. Powieść obfituje w retrospekcje, dzięki którym lepiej poznajemy życie Willow i jej rodziny. Jodi Picoult poświęca też sporo czasu na wyjaśnianie czytelnikowi czym jest wrodzona łamliwość kości. Widać, że dobrze przygotowała się do napisania książki i wie, o czym pisze. Wystarczy zerknąć na początkowe podziękowania dla ludzi, z którymi konsultowała się na ten czy inny temat.  Ponadto zagłębia się w psychikę swoich postaci, tak, by czytelnik mógł zrozumieć ich postępowanie. Skutkiem tego, zostaje on postawiony przed dylematami moralnymi, które trudno rozwiązać, gdzie każda ze stron konfliktu ma rację, a jednocześnie jest w błędzie. Gdzie tak naprawdę nie ma dobrego rozwiązania.

O postaciach mogłabym pisać naprawdę długo, bo są świetnie wykreowane, przemyślane, przede wszystkim „żywe” – ze swoimi zaletami i wadami, z problemami, lękami, marzeniami i nadziejami. Sama Willow jest uroczym, kochanym dzieckiem, którego nie da się nie lubić. Jej siostra, Amelia, to z kolei dojrzewająca nastolatka, która pozbawiona zbyt dużej uwagi otoczenia (bo otoczenie skupia się, rzecz jasna, na młodszej z dziewczynek), nie radzi sobie z własnymi emocjami i trudną sytuacją, w jakiej znalazła się jej rodzina. Mimo to, nie przestaje troszczyć się o młodszą siostrę, która ze swej strony kocha ją i podziwia.

Charlotte to matka, nie widząca życia poza swoim dzieckiem, kobieta, która zawsze będzie o nie walczyć. Jej mąż, Sean z kolei próbuje pogodzić życie zawodowe z rodzinnym i jednocześnie bardzo uważa, by przy opiece nad Willow, nie zaniedbać starszej córki. Jako małżeństwo, często mają odmienne zdanie na pewne sprawy, jednak ich miłość wydaje się być niezniszczalna.

Oprócz tego poznajemy także innych bohaterów, m.in.  Piper, przyjaciółkę, a zarazem lekarkę Charlotte, której życie zostaje nagle wywrócone do góry nogami  oraz prawniczkę, Marin Gates, borykającą się z własnymi prywatnymi problemami.

„Krucha jak lód” porusza wiele trudnych kwestii. Mówi o niepełnosprawności i stawia pytanie: czy życie wypełnione cierpieniem ma jakiś sens? Czy warto walczyć do upadłego? Podejmuje problem przyjaźni i lojalności, zwraca uwagę na zagubienie młodych ludzi w okresie dojrzewania. Opowiada także o  adopcji – czy można być zupełnie szczęśliwym, nie znając swej przeszłości i korzeni? Czy biologiczna matka, która nie chciała wychowywać swojego dziecka, ma prawo nadal matką się nazywać?

Jodi Picoult umieściła też w swej powieści coś praktycznego: kilka przepisów na ciasta. Skąd się tam wzięły? Otóż książkowa Charlotte jest cukiernikiem. Musicie przyznać, że to ciekawy i oryginalny pomysł. 

Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na przecudną, słodką okładkę, w jaką oprawiona jest książka. Naprawdę brawa dla wydawnictwa. 


Szczerze polecam tę książkę tym, którzy chcą nad lekturą trochę pomyśleć i są gotowi na wiele, wiele emocji. 


Cytat:
"Żyjemy w dużych domach dla lalek, kompletnie nieświadomi tego, że w każdej chwili może pojawić się wielka dłoń i zmienić wszystko, co nas otacza, wszystko, do czego jesteśmy tak przywiązani."

Ocena: 9/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






czwartek, 4 grudnia 2014

[90] Ruiny Gorlanu

Tytuł: Ruiny Gorlanu

Seria: Zwiadowcy #1

Autor: John Flanagan

Wydawnictwo: Jaguar

Ilość stron: 320

Do przeczytania „Zwiadowców” zbierałam się naprawdę długo. Sporą zasługę w zainteresowaniu mnie tą serią miała Stella, nieustannie opowiadająca mi, jak świetne są te książki. Jednak wciąż pojawiało się na moim czytelniczym horyzoncie coś innego, co odwracało moją uwagę od słynnego cyklu Flanagana. W końcu jednak udało mi się zasiąść do czytania pierwszej części. Czy długo wyczekiwane spotkanie z lekturą okazało się ciekawe?

Głównym bohaterem jest piętnastoletni Will, wychowanek sierocińca przy pałacu barona Aralda. Nadszedł dzień, w którym zapadną decyzje dotyczące przyszłości chłopaka. Mimo marzeń o nauce w Szkole Rycerskiej, główny bohater trafia do legendarnego, owianego tajemnicą korpusu zwiadowców, jako czeladnik mistrza Halta. Tam poznaje historię swego kraju (i nie tylko), uczy się bycia niezauważalnym i uważnego obserwowania, bierze udział a tajnej misji i przeżywa niezapomniane przygody.

Zacznę od tego, że „Zwiadowcy” zdają się być taką trochę mieszanką „Harry’ego Pottera” z „Władcą pierścieni”. Świat przedstawiony niby raczej podobny do tolkienowskiego, ale sama historia zdolnego chłopca – sieroty  przywodzi nieustannie na myśl sagę Rowling. Nie brzmi to pewnie zbyt zachęcająco i zapowiada dość schematyczną lekturę, prawda? Nic bardziej mylnego! Mimo pewnych schematów, podobieństwa są subtelne, czytelnik się nie nudzi, a klimat wydaje się być taki „swojski”. Akcja toczy się dość szybko i chociaż to pierwszy tom, więc sporo miejsca autor poświęcił na przedstawienie postaci i nakreślenie świata, w którym rozgrywają się wydarzenia, nie ma miejsca na nudę. Ciekawie skonstruowana, choć nie najoryginalniejsza jak na razie fabuła, naprawdę wciąga. Świat powstały w wyobraźni Johna Flanagana intryguje.

Przejdę może do bohaterów. Will już  na wstępie zdobył moją sympatię. Jest inteligentny, zdolny i wrażliwy, ale zdarza mu się też popełniać błędy i zachować zwyczajnie głupio (bójka z Horacem), co sprawia, że nie jest postacią papierową. Z drugiej strony mamy Horace'a, u którego błędów jest jednak znacznie więcej, ale chłopak rozwija się i z pewnością nie należy do postaci negatywnych. 

Poznajemy też kilku innych przyjaciół Willa z sierocińca, z których każdy jest nieco inny, choć autor nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Nie było jednak chyba takiej potrzeby, ich wątki z pewnością zostaną rozwinięte w kolejnych częściach (jeśli się mylę, dajcie znać). Uśmiech na mojej twarzy wywoływali też Stary Bob czy wyrozumiały, wiecznie uśmiechnięty baron Arald. Moim ulubieńcem jednak został mrukliwy, posępny, zgryźliwy, zawsze opanowany Halt, o którym mogłabym mówić naprawdę w samych superlatywach. Nie uniknął on co prawda podobieństwa do bohaterów znanych z innych książek (głównie widzę w nim trochę Broma z „Eragona”), ale takich postaci nigdy dość.

Trochę gorzej wygląda sprawa wydania powieści. Naprawdę nie wiem, co porabia korekta w wydawnictwie „Jaguar”, ale chyba niekoniecznie to, co powinna. Błędów tutaj bez liku, a przypominam, że inne propozycje tego wydawnictwa dbałością o poprawność też nie grzeszyły (świetna seria „GONE” i nie najgorszy początek cyklu „Czarny Londyn”). Szkoda, że tak dobre książki pełne są usterek: interpunkcyjnych, językowych czy zwykłych literówek.


Krótko mówiąc, pierwszy tom „Zwiadowców” polecam. Mam wrażenie, że rozpoczęłam „Ruinami Gorlanu” jakąś niezapomnianą przygodę. Opowieść o przyjaźni,  odwadze i honorze, opowiedziana nietrudnym, ale dość interesującym językiem, mimo paru niedociągnięć wydawniczych i podobieństwa do innych książek, na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.


Cytat:
"Jeśli przezwyciężyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. Pochwałą możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób na to, by przysporzyć sobie wrogów. 

Ocena: 8/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:






piątek, 28 listopada 2014

Na szklanym ekranie: Kosogłos. Część 1.

Tytuł: Kosogłos. Część 1.

Reżyser: Francis Lawrence

Na podstawie: Suzanne Collins, Kosogłos


Po miłym zaskoczeniu, jakim okazała się dla mnie ekranizacja drugiej części trylogii Suzanne Collins, z niemałą ciekawością oczekiwałam tegorocznego „Kosogłosa”. Niestety tu już tak miło nie było.

Zacznę od tego, na co wszyscy (prawie) narzekali: podzielenia książki na dwa filmy. I wiecie co? Nie mam nic przeciwko, bo podział był sensowny. Nie utworzony sztucznie, nic nie rozwlekli. Naprawdę, nie w tym tkwił problem tej produkcji.

Spytacie, w czym, w takim razie? Po pierwsze: w braku logiki. Niby pewne rzeczy były zgodne z książką, tylko tam zostały jakoś ukazane w sensowny sposób. Natomiast tutaj scena, w której rebelianci pod nosem mieszkańców Kapitolu przenoszą sobie bomby (nie, to, że trwała walka, nie sprawia, że można im przebiec tuż przed oczami!) wywołała u mnie parsknięcie śmiechem. Tak, wyszkoleni Kapitolińczycy z pewnością daliby się nabrać na coś takiego. Yhm. A jak odciąć im prąd, ślepną i głuchną. Były jeszcze inne takie „kwiatki”, ale nie chcę spoilerować.

Druga sprawa, chyba najbardziej bolesna: postacie. Katniss, którą zawsze lubiłam, pozbawiono rozumu. Wystarczy spojrzeć na scenę z ósmego dystryktu. Czy Katniss chce się gdzieś schronić, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo? Nie! Powiecie: no wiadomo, nie będzie uciekać, jest odważna. Tylko ona nie walczy! Stoi bezczynnie, biega i ogląda sobie bombardowanie. Potem wypuszcza jedną strzałę w kierunku samolotu, który powinien właściwie na nią spaść, bo akurat znajdował się centralnie nad nią. Och, zapomniałabym o nadawaniu propagity, kiedy nasza heroina uznała, że Snow to z pewnością nie zauważy ataku na Kapitol, bo zechce osobiście z nią porozmawiać. Nie dotarło do niej, że jest tylko TWARZĄ, a nie przywódczynią rewolucji? A wiecie, co jest najlepsze? Jej durny pomysł prawie działa.

Nie tylko Katniss nie była sobą (choć to chyba wina raczej scenariusza niż Jennifer Lawrence). Prezydent Coin (Julianne Moore)  jakoś inaczej sobie wyobrażałam, chociaż to tylko moje odczucia, a Peeta… Cóż, mam wrażenie, że nawet w tych kilku scenach, w których się pojawił, Josh Hutcherson, nie wypadł przekonująco. Poza tym mieliśmy też Gale’a zamieniającego się w bezdusznego żołnierza, co chyba następuje zbyt szybko. Przynajmniej w moim odczuciu. A Finnick (Sam Claflin) niestety prawie w tym filmie nie istnieje.

Było jednak parę naprawdę niezłych elementów. Kilka scen – perełek – rozstrzelanie ludzi w trakcie przemówienia Snowa (zdecydowanie robiło wrażenie), piosenka „Hanging tree” czy kręcenie pierwszej propagity. Oprócz tego genialna Elizabeth Banks jako Effie Trinket (nawet bardziej wyrazista niż jej literacki pierwowzór), Donald Sutherland jako prezydent Snow, prezentujący na ekranie złowieszczy spokój oraz mój ulubieniec – Haymitch, w którego ponownie wcielił się rewelacyjny w tej roli Woody Harrelson.



Nieźle wyglądało to wszystko także wizualnie. Charakteryzacja jak zwykle na plus, efekty specjalne też, sceny zbiorowe dość dopracowane. A projekt trzynastego dystryktu naprawdę może zachwycić.


Ja wyszłam z kina rozczarowana, ale chyba niektórym (z tego, co czytam w internecie, bo na seansie, na którym byłam, ludzie na zachwyconych nie wyglądali, a przy napisach końcowych parsknęli śmiechem) się podobało, więc nie będę kategorycznie odradzać. Według mnie najsłabsza z dotychczasowych części i mam nadzieję, że przyszłoroczny finał zatrze to złe wrażenie. 


Książka vs. Film: Książka

sobota, 22 listopada 2014

[89] Odszczepieniec

Tytuł: Odszczepieniec

Autor: Jack London

Wydawnictwo: Książka i wiedza

Ilość stron: 116

Nieczęsto sięgam po zbiory opowiadań, jednak nazwisko Jacka Londona na okładce skłoniło mnie do tego,  by dać szansę recenzowanej dziś książce. Czy „Odszczepieniec” na tę szansę zasłużył?
W książce możemy znaleźć cztery opowiadania i myślę, że najlepiej będzie, jeżeli opowiem krótko o każdym z nich.
  • Odszczepieniec

Johnny od maleńkiego pracował. Już jako mały chłopiec musiał zarabiać w fabryce, by wspomóc finansowo swą równie zapracowaną matkę. Praktycznie wychował młodszego brata, Willy’ego. Jego organizm jest wyczerpany, psychika również. Ten młody człowiek nigdy nie miał żadnych zainteresowań, przyjaciół. Jego życie to po prostu ciężka praca. Jak długo może tak wytrzymać człowiek?

W „Odszczepieńcu” Jack London zwraca uwagę na kwestię pracy i jej znaczenie w życiu człowieka. Mówi o wyzysku, o dzieciach wychowujących się w trudnej sytuacji materialnej, o narzuconej zbyt wcześnie odpowiedzialności.  Mówi niekiedy drastycznie, ale zawsze poruszająco. Sama przeżywałam wszystko razem z głównym bohaterem (a może nawet bardziej niż on?), podczas czytania tego krótkiego przecież utworu towarzyszyło mi mnóstwo emocji. Krótko mówiąc, opowiadanie jest naprawdę warte uwagi.
  •   Bury wilk

Kiedy młode małżeństwo znajduje i oswaja psa, zwierzę i ludzie bardzo przywiązują się do siebie. Ich spokojne wspólne życie nagle zostaje przewrócone do góry nogami – pojawia się człowiek, który twierdzi, że jest właścicielem Burego Wilka. Jaka jest prawda? Czy zwierzę jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie?

Po raz kolejny autor udowadnia, że akurat w pisaniu o zwierzętach, jest niekwestionowanym mistrzem. Okazuje się, ze nie tylko dłuższe utwory („Zew krwi”, „Biały kieł”) są rewelacyjne, „Bury wilk” wcale od nich nie odstaje. Wniknąwszy głęboko w psychikę zwierzęcia, London kreuje na długo zapadającą w pamięć postać psa, stającego przed wyborem pomiędzy życiem spokojnym, pełnym ciepła i miłości, a trudnym, wypełnionym przygodą, niebezpieczeństwami. Między nieoczekiwaną dobrocią, a lojalnością. Przed wyborem, który z całą pewnością nie należy do prostych. Czytelnik zaś może obserwować zarówno podejmowanie tej decyzji, jak i reakcje tych, których ona dotyczy. To zdecydowanie moje ulubione opowiadanie z tej książki.

  •  Odyseja północy

Malemute Kid i Prince podróżują zaprzęgiem. Ich zainteresowanie wzbudza nieznany nikomu podróżnik, którego nazywają między sobą Ulissesem. Ich drogi się rozchodzą, jednak jakiś czas później do Dawson, gdzie akurat przebywają dwaj mężczyźni, przychodzi ranny, przemarznięty człowiek. Okazuje się, że to Ulisses. Opowiada im dramatyczną historię swego życia.

„Odyseja północy” jest opowieścią o wielkiej miłości i tułaczce w jej poszukiwaniu, o okrucieństwie i zemście, o osądzaniu. Pokazuje najgorsze instynkty, drzemiące w człowieku, jego poczucie sprawiedliwości – różne u każdego, ale czy mamy praco kogokolwiek potępiać czy też rozgrzeszać? Takie właśnie trudne pytania zadaje w tym opowiadaniu Jack London. A czytelnik sam musi sobie na nie odpowiedzieć.

  •  Samotny Wódz

Ranny Samotny Wódz sprzeciwia się woli swego ojca, który przyprowadza mu kandydatkę na żonę. Mężczyzna w gniewie mówi, że w takiej sytuacji pogrzeb byłby bardziej odpowiedni dla niego niż wesele. Jego plemię wymyśla więc okrutną karę – poddaje obrzędom pogrzebowym żywego jeszcze wodza. Jaki będzie koniec tej makabrycznej maskarady?

Szczerze mówiąc, ten tekst najsłabiej zapadł mi w pamięć i najmniej zwrócił moją uwagę. Nawet nie bardzo wiem, co o nim napisać. Nie powiem, że był nudny, ale pozostałe z pewnością czytało się ciekawiej. W przypadku „Samotnego Wodza” najbardziej podobał mi się chyba sam pomysł kary dla Samotnego Wodza. Czegoś mi jednak w tej historii zabrakło.


Jack London w niedługich historiach potrafi zawrzeć sporo mądrych myśli, poruszyć i zaciekawić czytelnika. Za to należy mu się ogromny plus. Widać jednak, który temat zdominował jego twórczość – w pisaniu o dzikich zwierzętach ten autor nie ma sobie równych. I choć „Biały kieł” i „Zew krwi” wywarły na mnie większe wrażenie, zachęcam Was do sięgnięcia po „Odszczepieńca”. Lektura tej książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu, a może okazać się naprawdę wartościowa. 


Cytat:
"Są rzeczy większe od naszego rozumu, leżące poza zasięgiem naszej sprawiedliwości."

Ocena: 7/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




poniedziałek, 10 listopada 2014

[88] Starcie królów

Tytuł: Starcie królów

Seria: Pieśń Lodu i Ognia #2

Autor: George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ilość stron: 1022


Odkąd skończyłam „Grę o tron” nie mogłam się wprost doczekać, kiedy zabiorę się za kontynuację i ponownie trafię do interesującego, ale brutalnego świata, który w swoich powieściach wykreował George Martin. Niestety, objętość tej książki jest jednak spora, a mnie gonią szkolne lektury, musiałam trochę poczekać. A apetyt czytelniczy rósł.

W Westeros trwa wojna i to na wszystkich możliwych frontach. Dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami, nikt nie jest zbyt skłonny do zawierania sojuszy, zdrada czai się na każdym kroku. Nawet bracia – Stannis i Renly Baratheon nie są w stanie dojść do porozumienia. W dodatku jeden z nich wprowadza w swym kraju nową religię. Nie mniejszy zamęt panuje w Królewskiej Przystani, w której Tyrion jako Królewski Namiestnik próbuje zaprowadzić porządek. Nie jest to łatwe na pełnym intryg dworze. Z kolei Robb Stark na polu bitwy radzi sobie świetnie, jednak nie ma pojęcia, co pod jego nieobecność dzieje się w Winterfell.

Oprócz tego obserwujemy przygody Jona, który wraz ze znaczną częścią Nocnej Straży wyrusza za Mur, by stawić czoła nieprzyjaciołom i… samemu sobie, Aryę, toczącą swą własną walkę i Daenerys, próbującą usilnie powrócić do ojczyzny. Jak potoczą się losy Siedmiu Królestw?

Po raz kolejny zostajemy wplątani w sieć intryg, zaciekłe walki o władzę i świat pełen wiarygodnie skonstruowanych, skomplikowanych postaci, z których każda jest zupełnie inna i ma swoją własną historię, nawet jeśli pojawia się  na kartach powieści stosunkowo rzadko. To zachwycające, jak autor potrafi połączyć te wszystkie wątki, opisywane z perspektywy poszczególnych bohaterów, w jedną spójną, logiczną całość. Polityka, wojna, sprawy zupełnie prywatne – wszystkie sfery ludzkiego działania przenikają się wzajemnie. Obserwowanie tego procesu to czytelnicza uczta.

Dodatkowo mam wrażenie, że akcja w tym tomie rozgrywa się znacznie szybciej niż w poprzednim, co sprawia, że jeszcze trudniej się od lektury oderwać. Wydarzenia w Westeros zdecydowanie nabierają tempa. Jak na powieść takiej grubości, naprawdę było tylko kilka momentów nużących, a to i tak krótkich. Poza tym, myślę, że to kwestia gustu, bo chodzi mi głównie o rozdziały z perspektywy Davosa. Jakoś wciągały mniej niż pozostałe, co nie znaczy, że były złe czy nie potrzebne. Tutaj nie ma nic niepotrzebnego. 

Niektórych może męczyć nie najprostszy chwilami styl Martina, ale sama nie miałam z nim żadnego problemu. Ba! Nawet nie gubiłam się w opisach walk, co często mi się zdarza w przypadku innych książek.

Jeśli chodzi o postacie, naprawdę nie wiem, co napisać, żeby nie wydłużyć tej recenzji do horrendalnych rozmiarów. Jeśli czytaliście - pewnie wiecie, co mam na myśli, jeśli nie – musicie uwierzyć mi na słowo: tutaj naprawdę KAŻDY jest wyjątkowy. Oczywiście pewnymi spostrzeżeniami się z Wami podzielę, nie byłabym sobą, gdyby tego nie zrobiła. Po pierwsze: brakuje mi zawsze honorowego Neda. Wiem, wiem, on kompletnie nie był przystosowany do życia w tym świecie, ale co ja na to poradzę? Po drugie: uwielbiam Jona, to się nie zmieniło. Moja sympatia do Tyriona z kolei wzrasta coraz bardziej, a Jaime zaczyna mnie intrygować. Jego dialogi z Catelyn są rewelacyjne. Do grona moich ulubieńców wciąż należy też Arya, ale i Sansa powoli się do niego dobija. Trzeba przyznać, że coś w sobie ma. Ogromnym plusem jest też rozbudowa postaci Theona. Z jednej strony – rozumiem go, z drugiej nienawidzę. I chyba jednak to drugie uczucie dominuje. A o tym, że Joffreya mam ochotę udusić w każdej scenie, w której jest, nie muszę chyba wspominać, prawda? To prawie tak oczywiste jak to, że Daenerys mnie irytuje, chociaż nie do końca wiem czemu. A, no i jeszcze jedno. NIE WOLNO przywiązywać się do którejkolwiek postaci, uwierzcie. Nie i już.

Na zakończenie napiszę króciutko, a, mam nadzieję zrozumiale: LEĆCIE CZYTAĆ. 


Cytat:
"Korony dziwnie wpływają na głowy, a które je włożono."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







niedziela, 26 października 2014

Malkiem [1]: Cztery drogi ku przebaczeniu

Witajcie! Ze względu na objętość "Starcia królów" i szkoły konsekwentnie próbującej doprowadzić do tego, by wyrażenie "czas wolny" było pojęciem dla mnie nieznanym, nie udało mi się sklecić na dziś recenzji. Nie mam zamiaru jednak powodować kolejnego przestoju na blogu. Notki okołoksiążkowe też się zaczynają już tworzyć, fanpage zacznie odżywać w swoim tempie, natomiast dzisiaj poratował mnie Malkiem. Spytał, czy nie zechciałabym gościnnie "przygarnąć" kilku jego recenzji, więc dzisiaj macie coś od niego. : ) 

Tytuł: Cztery drogi ku przebaczeniu

Autorka: Ursula K. Le Guin

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 296


Najbardziej znanym dziełem tej autorki jest cykl „Ziemiomorze”, który wpisał się do kanonu klasycznych dzieł fantasy. Doczekał się dwóch wydań w Polsce, drugiego całkiem niedawno, w jednym tomie.

Ta książka, o wiele mniej znana, zupełnie „Ziemiomorza” nie przypomina.

Możemy tu znaleźć cztery nowele science-fiction, ale o bardzo poważnej, jak na ten gatunek, tematyce. Łączą się one wspólnym miejscem akcji, bliźniaczymi planetami Werel i Yeowe, a także, trzy z nich, bohaterami.

Autorka pokazuje nam społeczeństwo, które opiera się na niewolnictwie i w którym kobiety nie są traktowane jak pełnoprawni obywatele, nawet jeśli nominalnie są „wolne”. Pierwsza opowieść mówi o parze staruszków, druga o wysłanniczce pokojowej i żołnierzu, który ma jej bronić. Kolejna opisuje losy człowieka, który wyrwał się z małej, zamkniętej społeczności, ostatnia natomiast opowiada o życiu niewolnicy.

Najlepiej było widać przekrój społeczeństwa, wyraźny podział na „panów” i „pracowników”, jak ich nazywano. I za to Le Guin ma u mnie ogromny plus, jej wizja jest niezwykle interesująca. Fabuła opowiadań też mi się podobała, mimo kilku (naprawdę krótkich!) momentów dłużyzny

Natomiast z pierwszym, najkrótszym opowiadaniem mam pewien problem. Nie łączy się ono z pozostałymi tak wyraźnie, nie wydaje się powiązane z głównymi problemami zbioru – niewolnictwem i nierównouprawnieniem (nie jestem pewien, czy nowych słów nie tworzę, ale trudno). Bohaterowie też nie spotykają się z postaciami z pozostałej części książki. Samo w sobie jest jednak warte uwagi.

Z twórczością tej autorki mam jeszcze jeden problem. Niektóre wydarzenia, ważne z punktu widzenia fabuły, zdarza się jej zbyć jednym zdaniem, a rzeczy niezbyt istotne rozwinąć do pół strony. Właściwie nie przeszkadza to w czytaniu, w moim przypadku sprawiło tylko, że miałem moment zawieszenia. „Jak to? To tyle? Nic więcej o tym nie ma?” No, wiecie o co chodzi.

Jeśli chodzi o wydanie, to jest niezłe, okładka zaprojektowana w ciekawy sposób, szczególnie jak na 1997, kiedy tę książkę wydano. Natomiast zdecydowanie nie zachęca opis z tyłu, gdzie życie, śmierć i miłość stawia się w jednej linii z seksem. Brzmi to okropnie.

Przyczepię się jeszcze do wydawnictwa, które pewnie nie miało wówczas ani dobrego tłumacza ani redaktora czy korektora, bo łączna i rozłączna pisownia „nie” po prostu leży. W jednym zdaniu był ten sam typ słowa (pewnie nie powinienem tak mówić, bo to ma swoją nazwę, imiesłów chyba jakiś), ten kończący się na „-ący”. Dzieliło je od siebie tylko małe „i”. A zapisane było raz łącznie, raz rozłącznie. Wydaje się, że spacje stawiali na zasadzie „atusewalne”.

Warto przeczytać, żeby spojrzeć w inny, nowy sposób na niewolnictwo i dyskryminację płciową.

Cytat: 
"Żyć w sposób prosty to niezwykle skomplikowana sprawa."

Ocena: 7/10

~Malkiem



sobota, 18 października 2014

[87] Boży bojownicy


Blogerka marnotrawna powraca. Strasznie Was przepraszam za tę ponad miesięczną nieobecność. Mój laptop postanowił odmówić współpracy, Blgoger w ogóle na nim nie działał. Na szczęście problemy natury technicznej są już rozwiązane i powoli wracam. Tu i na facebooka. Nie dam chyba rady nadrobić już zaległości u Was, nazbierało się ich zbyt wiele, przepraszam. Postaram się jednak od tego tygodnia zaglądać na Wasze blogi na bieżąco. Dziękuję wszystkim, którzy tu wytrwali. : )


Tytuł: Boży bojownicy

Seria: Trylogia husycka

Autor: Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: Supernowa

Ilość stron:588


Po genialnym "Narrenturmie" wprost nie mogłam się doczekać ponownego spotkania z Reynevanem i spółką. Zostałam co prawda wcześniej ostrzeżona, że kolejne części "Trylogii husyckiej" są coraz poważniejsze, a atmosfera zagęszcza się w każdym kolejnym tomie, ale nie miałam wątpliwości, że Andrzej Sapkowski z pewnością poprowadzi tę historię nie obniżając poziomu. Nie myliłam się.

Reynevan, Szarlej i Samson na dobre zadomowili się u husytów. Ten pierwszy przekonany jest już niezawodnie, że walczy o słuszną sprawę. Coraz bardziej cenią go też wysoko postawione w husyckiej hierarchii osoby. A i na rozwijanie talentów magicznych Praga wydaje się być miejscem idealnym. Szarlej robi karierę w wojsku, oczywiście zasłużenie. Samson zaś w końcu zyskuje szansę na powrót do własnej postaci. Krótko mówiąc - żyć, nie umierać. Gdy więc obowiązki wzywają na Śląsk, na którym wrogów spotkać łatwo, przyjaciele nie są zbyt zachwyceni. Ich osobiste opinie nikogo jednak nie interesują, gdy w grę wchodzi Vogelsang - tajna grupa wywiadowcza. Czy Renevan będzie w stanie ją zrekonstruować? A co z jego ukochaną, Katarzyną Bieberstain? Czy Samson Miodek znów będzie sobą? Jak zakończy się husycki napad na Śląsk i co zdziałać może Inkwizycja? A przede wszystkim - co planuje Pomurnik?

Akcji jest tutaj o wiele więcej niż w pierwszej części. Rozpędza się już na początku i właściwie nie zwalnia aż do ostatniej strony. Nie ma tu jednak przesady, żadnego nadmiaru, który sprawiłby, że czytelnik gubi się w natłoku wydarzeń. Dostajemy kilka króciutkich chwil oddechu, które tylko potęgują naszą ciekawość. Dodatkowo nawet te krótkie momenty mają swój niepowtarzalny klimat i są opisane w sposób, który wręcz nie ma prawa znudzić.

Niesamowite było kontynuowanie przygody z tymi samymi postaciami, teraz jednak znacznie lepiej znanymi. Nie brakło również i nowych bohaterów, jak członkowie wspomnianego wyżej Vogelsangu. Jest ich trzech, ale każdy ma swoje charakterystyczne cechy, można ich rozróżnić, a jednocześnie mają wiele ze sobą wspólnego, stanowią zwartą, wyróżniającą się na tle innych grupę.
Co do starych ulubieńców, to polubiłam ich jeszcze bardziej. Tajemniczy w pierwszej części Urban Horn stał się kimś nieco mniej tajemniczym, ale nadal diabelnie interesującym, Szarlej wciąż wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech, a Samson Miodek... Cóż, Samson Miodek jest po prostu genialny. Uwielbiam, kiedy wprawia innych bohaterów (zwłaszcza tych, z którymi styka się p raz pierwszy) w całkowite osłupienie (nie zdradzę jak, jednak uwierzcie mi na słowo - potrafi to zrobić jak nikt inny) bądź zaczyna cytować "Boską komedię" Dantego.

Jeśli chodzi o głównego bohatera, tj. rycerza Reinmara z Bielawy, to muszę powiedzieć, że od poprzedniego tomu dojrzał jak mało kto. Już nie jest aż tak naiwny, teraz zdarza mu się pomyśleć zanim zacznie działać (co z tego myślenia wynika to już inna historia...). Miło jest patrzeć, jak coraz więcej znaczy w szeregach husytów, jak kształtują się jego poglądy, jak powoli (i często boleśnie) zdobywa życiową mądrość. Zdecydowanie warto mu kibicować. Ustatkowały się także jego miłosne zapędy, choć wciąż stanowią niemałą przyczynę problemów.

Co do tych miłosnych zapędów: warto wspomnieć o postaciach kobiecych, których mamy tu nieco więcej niż w poprzedniej części. Na uwagę zasługują szczególnie obydwie panie de Apolda. Ciekawie rozwinął się też wątek  Adeli von Stercza, że nie wspomnę o rewelacyjnej Dzierżce.

Ponownie możemy wręcz delektować się umiejętnościami językowymi Sapkowskiego, idealnie wplecionymi archaizmami, błyskotliwymi dialogami, indywidualnym stylem wypowiedzi każdej z postaci.

Po raz kolejny w tle obserwujemy wojny husyckie. Chociaż właściwie to już nie w tle, ten wątek powoli zaczyna dominować. Możemy przypatrywać się, jak stopniowo rodzi się historia. I - wierzcie lub nie - ta powieść naprawdę może wzbogacić nasza wiedzę historyczną. Dociekliwym radzę też przejrzeć przypisy, gdzie zawarte są przeróżne fakty z okresu wojen husyckich czy wyjaśnienia wykorzystanych w tekście łacińskich senctencji i cytatów.

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, że polecam, to... POLECAM. Zwłaszcza tym, którzy lubią powieści z historią w tle. Ciekawe, niebanalne. Inteligentne i z humorem. Polecam raz jeszcze.


Cytat:
" Coraz to o kolejne marzenie jesteśmy ubożsi. A gdy umiera marzenie, ciemność wypełnia miejsce przez nie osierocone. W ciemności zaś, zwłaszcza, gdy do tego jeszcze rozum uśnie, zaraz budzą się potwory."

Ocena: 10/10


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







Popularne posty

The Hunger Games 32x32 Logo